ALARM! PASMO BIODROWO-PISZCZELOWE

Dominika Stelmach: O wychodzeniu z najczęstszej  kontuzji biegaczy, zarówno tych zaawansowanych, jak i początkujących. O kontuzji, której nie da się wyleczyć samym niebieganiem. O przypadłości, która potrafi doskwierać miesiącami!

Koniec grudnia. Jestem znowu w formie. Biegowo niewiele ustępującej moim najlepszym okresom (spokojnie wybieg uje 37 minut na dychę). Ogólnorozwojowo prezentuję poziom znacznie wyższy niż kiedykolwiek. Wydaje mi się, że jestem niezniszczalna, że teraz wystarczy tylko dodać objętość, zwiększyć prędkości i na wiosnę nikt mnie nie dogoni. Zapominam o umiarze. Idę na całość.

W 4 dni przebiegam sto kilometrów, do tego 3 treningi ogólnorozwojowe i niestety „nieszczęsny” crosssfit (koncepcja, której już zawsze będę przeciwna, bo wykonywanie na czas ćwiczeń technicznych nie powinno znaleźć się w treningu biegacza).

Zaczyna mnie boleć lewe kolano. Dziwny, nieznany mi dotąd ból. Niby z lewej strony, ale też jakby pod kolanem i trochę z prawej. 

Odpuszczam jeden dzień. Niebieganie pomaga. Mały dyskomfort nie przeszkadza mi w starcie w Biegu Sylwestrowym. Na początku prawie nie boli. Zaczyna po 7 kilometrze. Muszę zwolnić. Dobiegam. 37,20. Przyzwoicie. Ale po biegu nie mogę zrobić kroku. Kolano blokuje się. Idę kulejąc. W Sylwestra na szczęście nie tańczę, bo opiekuję się dziećmi. Mimo to następnego dnia jest dramat. Nie jestem stanie zgiąć nogi w kolanie, ból jest tępy, silny, umiejscowiony przede wszystkim z lewej strony (lewej nogi). Jestem przerażona, nie wiem, co mi dolega. Znajomi (jak miło!) pocieszając opowiadają historie o operacjach kolan…

 

 

Kolejnego dnia umawiam się na wizytę w Ortorehu. Wszystkie objawy (ból nie tylko w zewnętrznej części kolana) wskazują na stłuczenie rzepki (tylko!), wydaje się, że kilkudniowy odpoczynek powinien pomóc. Nic z tego. Po dwóch tygodniach przerwy zaczynam biegać. Bieg po Barcelonie (nie mogłam sobie odpuścić biegania w takim miejscu!) kończy się znowu silnym bólem.

Tym razem przed wizytą w Ortorehu mam się stawić na USG (zapisuję się do doktora Czyrnego, nauczona doświadczeniem, że USG w Medicover niewiele ma wspólnego z prawdą – ale o tym w innym tekście. Doktor Czyrny to w Warszawie chyba najlepszy specjalista). Raz dwa trzy stawia diagnozę – silne zapalenie kaletki pasma biodrowo-piszczelowego.

 

 

Zaczynam wertować artykuły w Internecie na ten temat. Odnajduję, że powód tej kontuzji to przeciążenie. W Ortorehu dowiaduję się, że rehabilitacja jest konieczna, bo bez niej nie da się wyleczyć tego schorzenia (potwierdza to dr Czyrny). Niestety nikt nie jest mi w stanie odpowiedzieć, jak długo nie będę mogła biegać (mam się przygotować na co najmniej miesiąc pauzyL

1.  STAN ZAPALNY

Na początku jednak trzeba opanować stan zapalny. Przez tydzień biorę Nimesil (którego lista działań ubocznych doprowadza mnie do najczarniejszych wizji), smaruję Voltarenem kolano i zawijam folią kuchenną. Co dwie godziny przykładam lód w żelu. Dostaję też skierowanie na laser i miejscową krioterapię.

 

 

2.   NAKŁUWANIA

Kolejnym etapem są nakłuwania igłami napiętych miejsc (tych z których promieniuje do kolana ból). Przed pierwszym zabiegiem boje się i… mam rację. Da się to znieść, ale gdy ktoś majstruje ci igłami w okolicach kolana… no nie jest to przyjemnie. Szczególnie, że po znalezieniu właściwego miejsca następuje skurcz, po którym prawie podskakuję. I tak kilka razy, w kilku miejscach. Na szczęście bardzo pomaga. Następnego dnia nie odczuwam już bólu przy codziennych czynnościach. Mogę swobodnie zejść po schodach.

3.       ROLLOWANIE

 

Równolegle rolluję się – co najmniej dwa razy dziennie po 15 minut. Robię to rzetelnie, wyjąc z bólu. Po kilku dniach jest już lepiej. Dokładam do tego masaż stickiem.


4.    ROZCIĄGANIE

    

3 razy w tygodniu chodzę na rozciąganie  – po każdych zajęciach czuję się jak nowo narodzona. Kolano jest spięte, ale nie boli. Pomaga też sauna – wykorzystuję czas spędzony w niej na rozciąganie. Nie przejmuję się tym, że niektórzy dziwnie na to patrzą. W końcu streching na rozgrzanych mięśniach jest najskuteczniejszy, a ja nie tracę czasu.

5.       CORE STABILITY

Zawsze bardzo dużo czasu poświęcałam na ćwiczenia stabilizacji, na mięśnie wewnętrzne. Teraz ćwiczę ze zdwojonym zapałem. Wiem tylko, że nie mogę wykonywać ćwiczeń siłowych obciążających pasmo biodrowo-piszczelowe. Nie teraz. Nie póki boli. Zaczynam dużo chodzić na rękach…

 

 

Po drugim zabiegu nakłuwania mam przyzwolenie na podjęcie próby biegania. Krótkiej próby – kilkanaście minut. Biegnę 12’ i jest dobrze. Następnego dnia próbuję zwiększyć dystans do 20’ (miała inne zalecenia, ale wiadomo…). Niby nie boli. Na wszelki wypadek poświęcam więc trochę więcej czasu na rolowanie i streching. Wydaje się, że będzie ok. Niestety w nocy ból się pojawia. Rano jest znowu bardzo silny. Jestem załamana.

Tymczasem okazuje się, że to niestety „normalne” przy takiej kontuzji. Nie można za szybko nakładać obciążeń treningowych, noga musi się przyzwyczaić, zaakceptować ból na jakimś poziomie. Dopiero wtedy można iść dalej. Kontynuuję zatem nakłuwania i rehabilitację.



6.       SZYBKIE MARSZE

Zamiast biegania zaczynam maszerować. Szybko. Naprawdę szybko. Na bieżni mechanicznej ustawiam nachylenie 2% i prędkość 8,7km/h. To poniżej 7 minut na kilometr. Można się zmęczyć, a i efekt jest rewelacyjny. Czuję jak z dnia na dzień „coś puszcza”, rozluźnia się. Dokładam zatem bieg. Po dwóch tygodniach bez bólu przebiegam 10 km. Potem 10’ marszu, profilaktycznie.

Wiem jednak, że to nie koniec. Że ta kontuzja może wrócić. Teraz jednak mam świadomość, jak wiele czasu może zabrać leczenie, jak ważna jest profilaktyka.

Dziękuję zespołowi z Ortoreh, za właściwą pomoc, ale też za to, że psychicznie nie upadłam…

Źródło: domwbiegu.pl

 

{moscomment}