Strona zawodów

Bardzo ciekawy reportaż i opowieść o marzeniach i ciężkim starcie. Gratulujemy Aureliuszowi wytrwałości i ukończenia tych prestizowych zawodów. Zapraszamy do lektury :)

Aureliusz Kosendiak: Triatlon Ironman to dla mnie przede wszystkim zabawa i relaks. Poprzez swoją postawę, dążenie do celu oraz konsekwencje w działaniu staram się pokazywać innym, że warto podejmować ten cały trud. Przygotowanie do tego typu zawodów to wiele ciężkiej, systematycznej pracy. Jako pracownik Wydziału Nauk, Uniwersytetu Medycznego we Wrocławiu staram się pokazywać wszystkim jak ważne jest podejmowanie systematycznej aktywności ruchowej w dobie szerzących się chorób cywilizacyjnych. Triatlon Ironman to zawody, które polegają na ukończeniu 226 km wyścigu. Zawodnicy w pierwszej kolejności mają do przepłynięcia 3,8 km, następnie przejechanie 180 km na rowerze i na koniec 42 km biegu, czyli pełen maraton. Na całe zmagania każdy uczestnik ma 17 h limitu, w którym to musi przekroczyć linię mety.

Po raz pierwszy, kiedy zobaczyłem film w intrenecie ze zmagań zawodów Ironman, aż mnie zmroziło. Zapragnąłem stać się Ironmanem i stało się to moim marzeniem. Postanowiłem, że samodzielnie przygotuje się do tych zawodów. Zawody Ironman i udział w nich to ogromne koszty, samo wpisowe to ponad 500 euro, dlatego w 2010 postanowiłem wystartować na nieoficjalnych zawodach w Czeskich Otrokowicach. Po 9 miesiącach ciężkich, żmudnych przygotowań ukończyłem te zawody w czasie 13 h.

 
 
 Marzeniem był start w oficjalnych zawodach, więc dalej ciężko pracowałem, żeby jedno z moich marzeń się spełniło. Brałem udział w różnych konkursach gdzie do wygrania był pakiet startowy na takie zawody, a to kręciliśmy filmy, które pokazywały, co może być marzeniem. Ciągle się nie udawało, a czasami brakowało bardzo niewiele. Porażki i przeszkody do realizacji swojego marzenia jednak mnie nie deprymowały i dalej dodawały sił do ciężkiej pracy. W 2012 roku nie miałem w planach startu na tym dystansie, ale postanowiłem się odwdzięczyć wszystkim tym, którzy oddali na mnie swoje cenne głosy (prawie 2800 osób) w jednym z konkursów. Zacząłem się zastanawiać ile jeszcze muszę pracy włożyć ile treningów wykonać żeby w końcu zrealizować moje marzenie. Udział w oficjalnych zawodach to ogromne jak dla mnie koszty, sam pakiet startowy to ponad 500 euro, do tego dojazd, hotel i masa innych wydatków.

W 2013 roku po raz 3 postanowiłem dla zabawy wystartować w nieoficjalnych zawodach w czeskich Otrokowicach. Przygotowywałem się tradycyjnie samodzielnie. Jestem dr Nauk o Kulturze Fizycznej, ukończyłem studia podyplomowe z żywienia i mam spore doświadczenie treningowe i startowe, co jest moim wielkim atutem w prowadzeniu optymalnych przygotowań.
 
 

Stronę oficjalnych zawodów Ironman śledzę bardzo często i zastanawiałem się już nie raz gdzie by tu wystartować. Czy może w Klagenfurcie gdzie było już tak blisko w 2012 roku, a może we Francji w Nicei gdzie trasa roweru biegnie wzdłuż Lazurowego Wybrzeża, a może jeszcze dalej. W sumie, co za różnica ważne by jedno z marzeń mogło się spełnić. Każdego dnia myślałem sobie przecież realizacja tego celu musi kiedyś nastąpić. Ciężko pracowałem każdego dnia czasami tylko brakowało szczęścia. W pierwszej połowie czerwca tego roku odezwali się do mnie przedstawiciele firmy z Warszawy Emarketing Experts, którzy byli organizatorami konkursu w 2012 gdzie do wygrania był darmowy pakiet startowy na zawody w Klagenfurcie. Zaproponowali mi darmowy pakiet startowy i możliwość startu w najbardziej prestiżowych zawodach triatlonowych w Europie, drugich, co do wielkości na świcie!!! Pierwsza myśl jak to? Czy to jest możliwe? 4 lata ciężkiej pracy i tu nagle telefon i moje marzenie może stać się faktem. Szok, zdziwienie, ale także nieopisana radość to uczucia, które wtedy mi towarzyszyły. Pomyślałem sobie, że do realizacji jednego z moich marzeń już tak mało brakuje. Po podpisaniu umowy z firmą z Warszawy zaczął się natłok spraw związanych z wyjazdem i nie tylko. A to prace licencjackie moich studentów, a to wpisy, artykuły związane z moją drogą do celu, zakup nowego stroju startowego, pożyczenie roweru-specjalne podziękowania dla Łukasza Grassa i Artura Pupki i wiele, wiele innych.

Czasu było bardzo mało a spraw do załatwienie bez liku. Do tego ostatnie 2 tygodnie przed starem tak naprawdę są kluczowe, jeśli chodzi o trening. Nie mogłem sobie pozwolić żeby nie trenować w ostatnim etapie przygotowań. Na jeden z wywiadów do portalu MM Wrocław (podziękowania) i do lokalnej telewizji dotarłem rowerem po treningu po przejechaniu ponad 100 km. W czasie tych 4 lat drogi do realizacji mojego marzenia wiele razy nie było łatwo, a nawet bardzo ciężko. Zawsze powtarzałem sobie w myślach czerp jak najwięcej przyjemności z tego, co robisz, nie łam się niepowodzeniami a kiedyś przyjdzie dzień, kiedy Twoja ciężka praca zostanie nagrodzona. Ten dzień miał nastąpić 30 czerwca 2013 roku.
 
 

Po ostatnich formalnościach wyruszyłem do Austrii do Klagenfurtu-miasta, które do końca życia zawsze będę dobrze kojarzył. Po całonocnej podróży dotarłem na miejsce w sobotę rano 29.06.2013. Zmęczony potwornie udałem się do miasteczka triatlonowego dopełnić formalności. Rejestracja, wykupienie licencji, odebranie pakietu, regulaminy, konferencja prasowa dla uczestników. Wszystko zorganizowane na najwyższym światowym poziomie. Każdy z moich kolegów i koleżanek (wszyscy startujący to jedna wielka rodzina) bardzo pomocni, uśmiechnięci, i cieszący się z faktu, że jutro rano będą mogli startować.

Pierwszy raz byłem na takich spektakularnych zawodach. Kibiców ogromne ilości, każdy z nich przeżywa to, co miało się stać nazajutrz. Samych startujących wg list 3000 osób. W Czechach gdzie dwukrotnie startowałem na nieoficjalnych zawodach samych zawodników było około 200. Po dopełnieniu kilkunastu formalności udałem się do hotelu gdzie uciąłem sobie 2,5h drzemkę. Organizm się domagał i trzeba było go słuchać. Zresztą jedną z moich zasad treningowych jest ta, która mówi „zawsze słuchaj się swojego organizmu”. Patrząc przez pryzmat swojej wiedzy oraz doświadczenia wiem doskonale, że nie należy „katować” swojego organizmu tylko dlatego, że mamy jakiś plan do wykonania.

Przygotowania do tego typu wyzwań i w ogóle całe postępowanie treningowe to złożony proces, w którym racjonalne, przemyślane działanie jest kluczem do osiągania zamierzonych celów. Po południu udałem się do check-in gdzie po dokładnym sprawdzeniu roweru przez sędziów mogłem w spokoju wprowadzić go do boksu. Oklejenie roweru żelami energetycznymi, uzupełnienie bidonów, umieszczenie specjalnych worków z rzeczami w strefie transition (to miejsce gdzie zawodnicy przebierają się po wyjściu z wody oraz po zakończeniu jazdy na rowerze) i kilkanaście innych spraw. Rower został przygotowany, wszystko pod kontrolą, więc mogłem udać się na kolację.
 
 

W głowie kotłujące się myśli: jak to będzie? Co się może wydarzyć? Czy trasa rowerowa rzeczywiście wymagająca? Co będzie na mecie? Odczuwalny lekki niepokój i podenerwowanie, bo do startu zostało niecałe 11 godzin. Z drugiej jednak strony ogromna radość, że już tak mało czasu dzieliło mnie od wystrzału startera i możliwości przeżycia tego wszystkiego kolejny raz. W sumie każdy start jest inny i dzięki nim zyskujesz i nabierasz nowych doświadczeń, wiedzy i przeżyć. Noc minęła spokojnie i nawet się nie budziłem. 6 godzin wystarczyło, żebym wstał jeszcze przed budzikiem a-miałem ich nastawionych 5 i zamówione nawet budzenia przez obsługę hotelową. Szybkie wysokowęglowodanowe śniadanie i pełen napięcia, lekko poddenerwowany, ale i niezwykle szczęśliwy udałem się do boksu sprawdzić po raz ostatni rower, była 5: 45 rano.

Czas uciekał nieubłaganie a adrenalina z minuty na minutę osiągała coraz to wyższy poziom. 3000 osób - przez niektórych określanych szaleńcami ustawiło się na plaży, aby za parę chwil wystartować na tym prestiżowym dystansie. Szaleńców? Dziwaków? A może po prostu zwykłych ludzi, którzy mieli właśnie takie marzenie lub cel? Założyłem piankę, krótka rozgrzewka-mam to na filmie- śmiechu co nie miara i te nerwowe oczekiwanie na start. W tym roku organizatorzy podarowali dla uczestników zawodów złote czepki, dla elity srebrne specjalnie na 15 edycję Ironman Klagenfurt. Każdy startujący w tego typu zawodach jest częścią historii, która za parę dosłownie chwil miała się rozegrać na oczach wielu tysięcy widzów.  
 
 

Elita, czyli zawodnicy PRO wyruszyli o 6.45 a my amatorzy, bo takim właśnie jestem, czekaliśmy do godziny 7.00 na rozpoczęcie swojej przygody. Poziom adrenaliny i napięcia urósł już do niebywałego poziomu, nagle strzał z armaty i się zaczęło. Cały tłum zawodników ruszył do wody, która zaczęła się gotować. Zamieszanie maksymalne, wiele ciosów w głowę, twarz, plecy a pod wodą nic nie widać. Podniosłem się na chwilę i przepłynąłem parę ruchów stylem klasycznym, bo nie mogłem nawet złapać oddechu. Widok imponujący ogromna kilku tysięczna ławica ludzkich ciał, niczym łososie podążające w górę rzeki, do boi kierunkowej oddalonej o 1400m od brzegu. Pływanie jest moją najsłabszą konkurencją (przyznam się, że w tym roku byłem tylko raz na basenie i popływałem jedynie 17 razy w wodach otwartych). Ostatni etap pływania to nie lada atrakcja dla wszystkich widzów, ponieważ płynie się bardzo wąskim kanałem i każdy z nich może niemal dotknąć zawodnika.

Po 1:23 min dotarłem do brzegu i wybiegłem z wody do strefy zmian. Pomyślałem już po pływaniu, że najgorsze za mną a do mety już tylko 222 km a do spełnienia mojego marzenia jest już o wiele bliżej niż było to jeszcze 1,5 h temu. Ochoczo siadłem na rower i wyruszyłem na 180 kilometrową malowniczą przepiękna trasę. Organizatorzy zaplanowali 2 pętle po 90 km, a na każdej z nich podjazdy rzędu 12%. Początkowo trasa płaska wzdłuż pięknego Jeziora Wörthersee. Na trasie wielu żywiołowo dopingujących kibiców oraz wolontariuszy podających wodę, coca-colę, izotoniki, banany, żele energetyczne.
 
 

Żywienie na trasie wyścigu to chyba najważniejsza konkurencja. Musisz do swojego organizmu dostarczyć odpowiednią ilość węglowodanów, witamin a także płynów żeby Twój organizm się nie zbuntował. Wszystko musi być zaplanowane, cała strategia, logistyka dopięta do ostatniego szczegółu. Pogoda niestety nie pomagała, bo słońce niemiłosiernie operowało a to jeden z wrogów numer jeden każdego triatlonisty. Ciało łatwo się przegrzewa, zapotrzebowanie na płyny znacznie wzrasta i przy braku odpowiedniego działania istnieje duże zagrożenie nie ukończenia takich zawodów.

Kilometry uciekają na liczniku błyskawicznie, staram się nadrabiać na zajadach gdzie bardzo mocno pracuję, raz nawet udało się przez moment jechać 73km /h, dla mnie bardzo szybko. Zaczęły się podjazdy gdzie ustawiło się bardzo dużo kibiców. Każdy dopinguje, co sił, bo wiedzą doskonale, że to wielki wysiłek. Nawiasem mówiąc teraz wiem ile wysiłku kosztują takie podjazdy kolaży podczas Tour de France, czy np. podbieg na Alpe Cermis Justynę Kowalczyk gdzie nachylenie stoku sięga czasami 28%. 100 km było za mną a myśl, w głowie, że jestem coraz bliżej dodawała mi sił. Co jakiś czas kontroluje zegarek i średnią prędkość na liczniku i jest jak na mnie bardzo dobrze (średnia około 33km/h). Czerpię ogromną radość i satysfakcję jadąc na rowerze podziwiając piękne Alpy. Już nie mogłem doczekać się biegu, bo to moja najmocniejsza konkurencja. W okresie przygotowań bardzo często wykonywałem treningi łączone, czyli tak zwane zakładki gdzie łączy się dwie konkurencję np. jazdę na rowerze i bieg.

115 km i coś zastukało w kole, świst i nagle ogromny huk. Byłem wtedy na zjeździe i przy dużej prędkości ledwie opanowałem rower. Moja dętka i przednia opona niestety uległy uszkodzeniu. Pierwsza myśl w głowie straszna złość i niedowierzanie, dlaczego to musiało się akurat teraz stać-rower był bardzo dobrze przygotowany, pełen serwis przed startem cóż. Druga myśl moje marzenie musi zostać zrealizowane i nerwowo popatrzyłem na zegarek ile czasu pozostało do limitu roweru-miałem zapas, ale musiałem działać szybko, chłodna kalkulacja i postanowiłem dokończyć te 65km jadąc na flaku. Celowo siadłem dalej na siodełku, nie leżałem już na lemondce żeby odciążyć jak najbardziej się dało przednie koło roweru. 65Km to bardzo dużo, ale w głowie myśl nie mogę się poddać w takiej chwili, ukończę te zawody bez względu na wszystko. W ciągu tych 4 lat przygotowań brałem udział w licznych konkursach, aby móc wystartować na oficjalnych zawodach. Tylko w dwóch z nich poparło moją kandydaturę ponad 11 000 osób. Dlatego byłem tak zdeterminowany, że mogłem nawet biec z tym rowerem byle tylko dotrzeć do boksu.

Każdy km zastanawiałem się i liczyłem żeby rower wytrzymał i kontrolujący trasę sędziowie mnie nie zdyskwalifikowali. Druga pętla kosztowała mnie bardzo dużo sił a na 12 % podjazdach uszkodzona opona bynajmniej nie ułatwiała mi zadania. Moje nogi najbardziej to odczuwały, bo zaczęły się kurcze mięśniowe i ból. Mam naturę osoby walczącej i zdeterminowanej na realizację swoich celów, więc zacisnąłem zęby i „gnałem„ do boksu. Wyprzedzało mnie wielu zawodników niedowierzając, że jadę na jednym kole. „Impossible”, „Incredible”, „You are crazy” to jedne z nielicznych określeń, jakie wtedy usłyszałem. Każde takie zachowanie dodawało mi sił i wiedziałem, że muszę dać rade. Startuję w tego typu zawodach dla własnej satysfakcji a wynik jest sprawą drugorzędową. Nie robię jedynie tego dla siebie, ale wielu osób, którym chcę pokazywać, że warto mieć marzenia i je realizować. Poprzez swoje zachowanie motywuje innych, a przynajmniej się staram, do podejmowania systematycznej aktywności ruchowej. Dojechałem szczęśliwie do boksu i odsapnąłem, teraz został już tylko maraton.
 


Nogi bolały przeokrutnie, ale pomimo upału i świadomości, że jeszcze 42 km biegu ochoczo wybiegłem na trasę. Dookoła tysiące kibiców, więc na pewno szybko minie rywalizacja biegowa. Teraz trzeba było pokonać swoje ciało, bo zaczęło się buntować. Załadowałem sobie grę, że gonie wszystkich i mijałem po kolei wielu zawodników. W świadomości miałem już metę, bo nic nie mogło się już wydarzyć na biegu. Z jednej strony nawet się cieszyłem, że biegłem wolniej niż zwykle, bo mogłem w tym przedstawieniu uczestniczyć dłużej. Atmosfera zawodów przepiękna, wielu ludzi widząc na moim stroju polska flagę żywiołowo dopingowało. Tutaj nie ma równych i równiejszych każdy jest „małym” bohaterem i sam fakt, że stanął już na starcie takiego wyścigu jest czymś wielkim. Ostatnie 5 km to już wielka euforia a poziom adrenaliny rósł chyba nawet do kwadratu w porównaniu do porannego oczekiwania na start. Kilkaset metrów przed metą odbieram flagę Polski i Uniwersytetu Medycznego we Wrocławiu i lecę do mety. Tak lecę, nie biegnę, bo chyba tak tylko mogę określić ten stan. Spiker zauważa Polską flagę i zapowiada moje wbiegniecie na linię mety. Zatrzymuje się 4 m przed nią ściągam czapeczkę i kłaniam się dziękując za doping wielotysięcznej zgromadzonej widowni i przekraczam upragnioną linię mety!!! „You are an Ironman” wysłuchuje te słowa ze łzami w oczach od obsługi wręczającej pamiątkowy medal. Czas, jaki osiągnąłem to sprawa drugorzędowa( dla zainteresowanych 11 h:37 min 05 sek.) a świadomość, że pomimo wielu przeszkód się nie poddałem daję mi o wiele większą satysfakcję i powód do zadowolenia.

Czas nagle się zatrzymał, moja długoletnia ciężka droga dobiegła końca. Jedno z moich marzeń zostało zrealizowane. Zapytacie czy warto było? Zostawię to pytanie bez odpowiedzi i uznam, że go nawet nie było!!! Korzystając z okazji chciałbym podziękować swojej rodzinie, przyjaciołom, znajomym, pracownikom Uniwersytetu Medycznego we Wrocławiu i wszystkim tym, którzy byli pomocni podczas mojej wieloletniej drogi do realizacji mojego marzenia. Teraz czas na zasłużony odpoczynek, ale znam siebie bardzo dobrze i wiem, że nie potrwa to zbyt długo, bo kolejne marzenia czekają na realizację.
 
 
     
 
 
{moscomment}