Maratonczyk.pl: Prezentujemy II część rozmowy z Jurkiem Skarżyńskim. Na pewno niektóre odpowiedzi mogą skłaniać do szerszej dyskusji - choćby o tym czy zawodnik pokonujący maraton metodą Galloway'a może nazywać siebie maratończykiem albo kto powinien pisać książki o bieganiu? Dowiecie się także o twórczych dylematach Jurka: "Pisząc „Biegiem po zdrowie" wielokrotnie stawałem przed ścianą, gdy myślałem, że już jej nie pokonam. Nie raz byłem na granicy rezygnacji. Udało się.." Zapraszamy do lektury i dyskusji. Ciekawi jesteśmy opinii naszych czytelników.

 

Odcinek 2.

maratonczyk.pl: Czy sądzisz, że Twoją drogą, autora poradników dla biegaczy, pójdą inni trenerzy lub zawodnicy? Wszak szybko rośnie w Polsce liczba biegających, a co za tym idzie rośnie popyt na wiedzę. 

JS: Nie jestem ani pierwszym, ani ostatnim, który się tym zajmuje. Może to się wydać niewiarygodne, ale namawiam innych do pisania! Na niemieckim rynku funkcjonuje przecież przynajmniej kilkanaście pozycji książkowych napisanych przez byłych zawodników, zarówno tych wysokiej klasy, jak i „amatorów", i każda ma wzięcie. 

maratonczyk.pl: Mówisz: „Namawiam innych" - konkretnie, z kim rozmawiałeś? 

JS: Uważam, że brakuje na rynku informacji na temat treningu kobiet. Bo to, że moja podopieczna wywalczyła mistrzostwo kraju, to jednak nie to samo, co przemyślenia treningowe napisane przez gwiazdę polskich biegów. Dlatego nie raz już sugerowałem Gosi Sobańskiej, by wreszcie usiadła do pisania. Jej głos może wiele wnieść do dyskusji. Cóż, na razie sprawa jest w zawieszeniu, ale czuję, że coś się z tego kiedyś urodzi, gdyż podczas maratonu poznańskiego zadawała mi coraz więcej pytań dotyczących technicznej strony pisania i wydawania książek. 

maratonczyk.pl: Czy fakt, że Małgosia ciągle jeszcze biega wyczynowo nie ma wpływu na to, że nie śpieszy się z „odtajnianiem" swoich metod treningowych?

JS: Na pewno ma to znaczenie, ale sam fakt, że nie wyklucza zajęcia się tym tematem, rodzi nadzieję na zrealizowanie tej idei. Oby. Ale faktycznie - niektórzy trenerzy, którzy mogliby także pisać książki, nie chcą ujawniać swego warsztatu pracy. Na razie. 

maratonczyk.pl: A Twoi koledzy, byli zawodnicy?

JS: Kariera zawodnicza karierą, plan planem, ale trzeba to ubrać w słowa pisane, a to nie jest takie łatwe. Pisząc „Biegiem po zdrowie" wielokrotnie stawałem przed ścianą, gdy myślałem, że już jej nie pokonam. Nie raz byłem na granicy rezygnacji. Udało się, ale „Biegiem przez życie" jest przecież jej poprawioną wersją. I ciągle jeszcze można to poprawiać. Moje książki są na pewno wskazówką dla kolejnych chętnych, ale w mojej ocenie główną trudnością nie będzie opisanie kolejnej metody, tylko wybór odpowiedniej formy przekazu, by wciągnąć czytelnika w wir czytania. Może formuła, którą obrałem wraz z Darkiem Sidorem, jest jeszcze do powielenia, ale być może muszą szukać innego sposobu. A że ich nie brakuje, więc... czekam na książki innych biegaczy i trenerów. 

maratonczyk.pl: A książki o bieganiu angielskich autorów, które są na polskim rynku - czy były wcześniej inspiracją dla Ciebie? 

JS: Jeszcze gdy byłem zawodnikiem czytałem mnóstwo literatury niemieckojęzycznej i na pewno na tej podstawie budowałem w swojej głowie obraz takiej książki, który ostatecznie zrealizowałem. Łatwo zauważyć, że „Podręcznik biegacza" Glovera ma dużo wspólnego z moją „Biegiem przez życie", ale tej książki akurat wcześniej nie znałem, więc trudno to nazwać naśladownictwem. Na pewno idea przekazu jest bardzo podobna. Różni je - tylko i aż - dobór słów. Ciekawa w mojej ocenie książka Glovera dużo traci na tłumaczeniu. Takiego fachowego przekazu nie może tłumaczyć biegowy laik. Ale na pewno warto sięgnąć po nią, by poznać podobne, ale jednak inne spojrzenie na trening biegowy. Co tu dużo gadać - na polskim rynku jest tych książek tak mało, że każda jest warta przeczytania. Choćby tylko jedno zdanie z każdej z nich utkwiło nam w pamięci, jedna rada, jedna sugestia. Warto ją przeczytać, by je poznać. 

maratonczyk.pl: Wracając do „metody Skarżyńskiego" - dla laików plany treningowe są takie same: OWB1, WB2, kros, przebieżki - to jedna melodia.

JS: Dobre porównanie z tą piosenką, bo przecież wszyscy muzycy też mają tę samą pięciolinię i te same nuty, a efektem ich pracy może być przebój, ale i muzyczny bubel. To, że trenerzy używają tych samych narzędzi wcale nie znaczy, że efekty ich pracy są identyczne. Tyle, że każdy rozpozna specyficzny styl muzyka, ale trzeba fachowca, by rozpoznać w planie styl pracy trenera. Muzyk musi nuty odpowiednio na pięciolinii rozpisać, w planie treningowym bardzo istotnym jest nie tylko rodzaj użytych narzędzi treningowych, ale także ich długości, prędkości, kolejność realizacji, rodzaj odpoczynku. To stanowi o bardzo specyficznym „stylu" trenera, o melodii, która z tego powstaje. Każdy może być jednak autorem planu treningowego. I nazwać go swoim nazwiskiem! To ostatnie rodzi jednak świadomość odpowiedzialności za jego funkcjonowanie. Nie zdecydowałbym się trenować na „bezimiennych". Musiałby wiedzieć, kto za nimi stoi, bo... wiara czyni cuda! 

maratończyk.pl: Każdy, kto pójdzie wskazaną przez Ciebie drogą, ma więc szansę nabiegać kiedyś, jak Ty przed ponad 20 laty, 2:11:42 w maratonie?

JS: Bez przesady, nie każdy! Zauważ, że stawiam pewne warunki brzegowe. I to nie tylko ze sfery technicznej, ale także ze sfery mentalnej. Jednemu zabraknie dobrych butów, innemu cierpliwości, a zaręczam, że to tylko dwa z ogromnej liczby problemów, które należy pokonać w drodze do 2:11:42. 

maratonczyk.pl: Czy droga do 2:11:42 jest... droga?

JS: Nie da się ukryć, że koszty jej pokonywania rosną w miarę poprawy wyników, a wyczynowe bieganie to już duże pieniądze. Nie każdego na to stać, a sponsor - jak uda się go znaleźć - wykłada pieniądze dopiero na mistrza. Tylko jak bez pieniędzy na szkolenie dojść do mistrzostwa? To teraz największy problem tych wszystkich, którzy pukają do jego bram. Mają zdrowie, chęci, ambicje, szczytne cele, ale brakuje środków na ich zrealizowanie. Dlatego taka krótka jest teraz lista zawodników biegających poniżej 2:15. A 2:30 nie pokonała w tym roku żadna Polka. Nie twierdzę, że to tylko efekt braku pieniędzy na optymalne przygotowania, ale to zwykle czynnik najistotniejszy. 

maratonczyk.pl: W „Maratonie" dość stanowczo rozprawiłeś się z „metodą Gallowaya", czyli pokonywaniem trasy maratonu marszobiegiem. „Galowejowcom" odbierasz nawet prawo do nazywania siebie maratończykiem! Nie chcesz na starcie biegów maratońskich ludzi, których stać na razie tylko na marszobieg? 

JS: Nie chcę powtarzać swojej książkowej argumentacji, ale podtrzymuję zdanie, że metoda Gallowaya to półprodukt, a czyż nie ma różnicy pomiędzy zjedzeniem czekolady i wyrobu czekolado podobnego? Ustalanie, jaką częścią dystansu maratonu musi być bieg, a jaką marsz, przypomina słynne określanie ilości cukru w cukrze. Można przecież sprowadzić ten problem do absurdu: czy maratończykiem jest każdy (zdrowy!) człowiek, który pokona dystans maratonu, choćby tylko marszem? Może dla kogoś tak, dla mnie nie. Dla mnie maratończykiem jest zawodnik, który pokona ten dystans biegiem. 

maratonczyk.pl: Ale przecież metoda Gallowaya to metoda znana i praktykowana na całym świecie.

JS: Było i jest światowe zapotrzebowanie na ukończenie maratonu, to i metoda się znalazła. Marszobieg jest najlepszym środkiem dla początkujących, by stopniowo uczyć się biegania, ale na etapie opanowania już tej umiejętności pozostaje on tylko melodią przeszłości, pierwszych lekcji. Dla biegaczy tylko bieg jest formą pokonywania dystansu. Jest to oczywiście moja opinia. Jeśli pokonywanie trasy maratonu metodą Gallowaya na poziomie 5-6 godzin to raczej wymóg (trudno biegać tak wolno), to jednak irytuje mnie w jego książce sugerowanie, że ta metoda jest odpowiednia, ba - zalecana (!), dla każdego, bez względu na poziom sportowy. „Podpiera" się przy tym wypowiedziami Billa Rogersa (rż. 2:09:27) i Fabiana Roncero (2:07:26), gwiazd światowego maratonu, którzy powiedzieli w jakimś wywiadzie, że podczas niektórych biegów przy punktach odżywczych czasami przechodzili do marszu. To - moim zdaniem - zwykłe nadużycie, nadinterpretacja, która ma uwiarygodnić jej „pole działania". Wybaczcie, ale żaden biegacz wysokiej klasy nie zatrzyma się przy punkcie odżywczym, by realizować założenia metody Gallowaya. Przejście do marszu bywa zwykle wymuszone sytuacją, bo nie wyobrażam sobie, by ktoś walczący o wynik z tego poziomu zrobił to dla dobra wyniku. Ja nigdy nie widziałem sytuacji, by ktoś przeszedł do marszu po to, by uzyskać lepszy wynik podczas biegu maratońskiego. Marsz w takiej sytuacji to tylko jedyne rozsądne rozwiązanie, by dotrzeć do mety. CDN...

Jerzy Skarżyński{moscomment}