Czy żeby dobrze biegać trzeba startować w zawodach..? Na to pytanie w swoim kolejnym artykule odpowiada Jurek Skarżyński:

Strach musi być uroczy, bo strach ma wielkie oczy - napisał kiedyś Jan Izydor Sztaudynger. Co ma piernik do wiatraka? - zapytasz. Bieganie to przecież ani boks, ani skoki narciarskie, gdzie faktycznie można mówić o strachu - dodasz.  A jednak ma, chociaż słowo strach użyte jest trochę na wyrost. Ale udowodnię ci, że tylko trochę.

Start w zawodach biegowych stanowi ważny, jeśli nie najważniejszy element oceny własnych dokonań treningowych. Powiesz, że na treningu też możesz się sprawdzić? Owszem, jednak na treningu nigdy nie doprowadzisz swego organizmu do takiej sprawności psychofizycznej jak podczas zawodów. Mówi się nawet, że najgorszy start jest więcej wart od najlepszego treningu. Jeśli już bowiem decydujesz się na udział w zawodach wykorzystujesz przecież cały dorobek dotychczasowego treningu. Do tego dokładasz element emocjonalny, związany ze świadomością rywalizacji z innymi zawodnikami. Teraz dopiero okaże się, jaki poziom sportowy reprezentujesz. Ta świadomość nieuchronnie spowoduje u ciebie stan napięcia wewnętrznego, coś na kształt strachu. Nie powoduje? To niemal niemożliwe, ale jeśli tak jest... nigdy nie osiągniesz wysokiego poziomu sportowego! Przesadzam?

Słyszałeś z pewnością nieraz o tym, że ktoś w przypływie strachu dokonał rzeczy niezwykłej - przeskoczył przeszkodę nie do przeskoczenia czy dźwignął ciężar, któremu w normalnych warunkach nigdy by nie podołał. Strach wyzwala bowiem w organizmie ludzi mechanizmy pozwalające dokonać rzeczy nadludzkich. Jednym z takich czynników jest pojawiająca się w chwili zagrożenia adrenalina - hormon stresu produkowany przez nadnercza. Z jego pomocą możesz dokonać rzeczy normalnie niemożliwych do zrealizowania. Każdy biegacz podczas zawodów korzysta z tego dobrodziejstwa. Z jej pomocą i ty będziesz o klasę lepszy. Ale już teraz uprzedzam - ma ona też skutki uboczne: nastraja... pesymistycznie! Jej obecność będzie cię czasami wprawiała w stan niewiary we własne możliwości. Stan ogólnej bezsilności i niemocy fizycznej, zwaciałe nogi, apatia - to wszystko normalne, ale napiszę też bardzo potrzebne elementy dostrajania się organizmu do szybkiego biegu. Bez tego nie ma szybkiego biegania! Uczucie to mija jednak zwykle w momencie rozpoczęcia treningu lub po strzale startera. Wtedy włączają się mechanizmy (które trzeba jednak wytrenować!) podnoszące twój poziom czynnościowy na dużo wyższy pułap. I dopiero wtedy bicie rekordów to pestka. To że większość biegaczy biegnie za szybko zaraz po starcie spowodowane jest właśnie działaniem adrenaliny, która oszukuje organizm - biegnie się wtedy zwykle bardzo łatwo, najczęściej za szybko. Za tę chwilę zapomnienia płaci się zwykle w końcówce biegu, dlatego uczulam wszystkich biegaczy, by kontrolowali pierwsze dwa kilometry biegu - sprawdzali międzyczasy i w razie czego, zwolnili do pożądanej prędkości. Nie piszę o przyśpieszaniu, bo raczej trudno wtedy biec wolniej - prawie wszyscy owczym pędem biegną za szybko!

Jeśli przed zawodami nie czujesz wewnętrznego niepokoju, stanu napięcia czy wręcz strachu, nadnercza nie wstrzykną do krwi adrenaliny. Dlatego przed zawodami... bój się, trochę. W jaki sposób? Myśl o zbliżających się zawodach, rób ambitne założenia przedstartowe: poprawa rekordu życiowego, zwycięstwo lub zwycięstwo w kategorii wiekowej, pokonanie rywala o podobnym poziomie, obserwuj mistrzów i twoich bezpośrednich konkurentów, myśl o ewentualnych nagrodach, które możesz zdobyć. To powinno wywołać u ciebie odpowiednie napięcie, gwarantujące pojawienie się adrenaliny. Ale uwaga: zawsze stawiaj sobie cele ambitne, lecz realne - nie bujaj w obłokach, bo się poobijasz spadając na ziemię! I wtedy koniecznie wierz w sukces, wierz w swoje umiejętności! To pomaga.

Zauważyłem, że z wiekiem coraz bardziej przeżywam swoje starty. Teraz, w okresie weterańskim, czuję się w dniu startu jak... junior, jak na początku mej kariery - przed 35 laty! Aż ciśnie się do głowy słowo dziecinnienie, ale z infantylizmem nie ma to na pewno nic wspólnego. Nie jest to strach, ale dość specyficzne podenerwowanie, które pewnie jest też widoczne przez innych. Skupianie się na zawodach sprawia, że bywam wtedy raczej małomówny, na pewno nie wylewny, ale bywa, że staję się wręcz opryskliwy. Lepiej czuję się w samotności, niż w nazbyt gwarnym towarzystwie. Nawet zasłyszane żarty nie śmieszą tak, jak powinny. Po mojej głowie znów krążą myśli typu po co mi to wszystko. Wiem jedno - to baaardzo dobry objaw, bo taka destrukcja... buduje! Organizm w obliczu stresu związanego z ekstremalnie dużym wysiłkiem mobilizuje swoje rezerwy. Teraz każda komórka organizmu stoi w obliczu tej walki, by potem pracować na wynik końcowy. Trzeba umieć to wykorzystać. Rzadko zdarzało mi się być w tej walce pokonany!

Niepokój, podenerwowanie czy strach, o których wspominałem, nie mogą być jednak nadmierne. Jeśli przekroczą pewne wartości (niemierzalne, niestety) nastąpi tragedia! Wystąpi zjawisko tzw. hamowania, mające kierunek zupełnie przeciwstawny do zamierzonego - organizm nie tylko nie zmobilizuje się, ale wpadnie w stan totalnej apatii, niewiary we własne możliwości, a w konsekwencji także fizycznej niemocy po wystrzale startera! Na pewno i ty znasz takich treningowców, ludzi którzy zrobią niemal wszystko na treningu, ale stojąc na linii startu... gubią gdzieś tę znakomitą formę. Jeśli są lepsi na zawodach, to zdecydowanie mniej, niż wynikałoby to z prognoz przed nimi. Bój się więc, ale... nie panikuj, kontroluj to!

Jerzy Skarżyński
Źródło: Gazeta Sołecka, IX 2006 {moscomment}