Na starcie Poznańskiego Maratonu pojawił się znany alpinista Artur Hajzer. Przypomnijmy tylko, że wspólnie z Jerzym Kukuczką dokonał pierwszego zimowego wejścia na Annapurnę (03.02.1987). Artur Hajzer jest też współzałożycielem nieistniejącej już niestety firmy outdoorowej Alpinus. To kolejny alpinista, który zmierzył się z dystansem maratońskim. Największym biegowym dorobkiem może się pochwalić Jurek Natkański. Dziś prezentujemy męską relacje jego kolegi z Poznania.
Artur Hajzer: Pomny deprymujących doświadczeń z półmaratonu 4energy, gdzie wszyscy od początku do końca mnie wyprzedzali - ustawiłem się tym razem z tyłu. Wahałem się czy ustawić się przy zającach/balonikach na 4h (w półmaratonie miałem 2h 03') czy też nie przesadzać i ustawić się na 4.30. Marzyło mi się powalczenie o złamanie 4 h, nie chciałem być ciemięgą na 4.30.


Postanowiłem pójść na kompromis i ustawiłem się na 4.15. Jak będę mocny to będę gonił na 4 a jak słaby to spadnę na 4.30 - kalkulowałem sobie. Z grupą 4.15 biegło się początkowo świetnie choć tętno miałem 160 (mój HRmax to 178) i wiedziałem, że całkiem na luzie bieg jak dla mnie to nie jest (powinno być najwyżej 150-155, na półmaratonie idąc na maksa miałem 164-170). Ale biegłem sobie, nawet grupę z lekka wyprzedzając. Rozgrzałem się jak piec. Pozbyć się musiałem jednej koszulki - łatwe to nie było przebrać się w biegu i od tej pory byłem już za grupą. Grupa zostawiała mnie na punktach z wodą (jadłem żele, piłem w marszu) - ale baloniki miałem w zasięgu wzroku i przez kolejne 5 km udawało mi się je na powrót prawie doganiać. Na 18 km przyszedł kryzysik, czułem, że już grupy nie doganiam. Do 21 km jeszcze ich widziałem w oddali aż w koncu za którymś zakrętem znikli. Czując ograniczoną moc powiedziałem sobie ... - trudno i tak nie jest źle, ukończę w niezłym stylu - myślałem - ci na 4.30 na pewno mnie nie dojdą.
Moja grupa na 4.15.
Grupa na 4.00 poszła przodem.

To była połówka maratonu, zaczynałem drugą pętlę i po raz drugi przebiegałem linię startu - doprawdy dodawało to skrzydeł - mieć za sobą taki kawał drogi ...taki kawał Poznania, chyba wszystkie osiedla z wielkiej płyty tego miasta, starówkę, wylotówkę warszawską, Maltę itd. Zamiataliśmy wzrokiem i fabrykę VW w Antoninku i Ikeę przy wylocie na Katowice. Zobacz trasę.

Więc choć ciutkę jakby słabłem to się biegło. Dobrze, że tym razem ustawiłem się na starcie z tyłu , nie było tego deprymującego wyprzedzania choć nagle na Rynku (25 km) ... :-0.... ku mojemu zdumieniu....doszła mnie grupa Gallowaya 4.20.

(metoda pokonywania maratonu marszobiegem) i w ciągu śródmieścia mnie zostawiła :-0. Zając/Pacemaker jeszcze mnie zagrzewał - Dawaj! Dawaj z nami! Bo będziesz żałował!! - ale pary brakło. Po raz pierwszy pomyślałem, że tu trzeba oszczędzać siły bo może być różnie, mogą być kłopoty, nie ma co się napinać. Byłem na 26 kilometrze, zakładałem jednak , że Ci na 4.30 to na pewno mnie nie dojdą - byli zbyt daleko za mną.

Tętno było 157.

Teraz był przede mną wielokilometrowy prosty odcinek ul. Warszawskiej. Biegłem równo aż gdzieś pod koniec wzniesienia usłyszałem za sobą równie równy zbiorowy oddech typu lokomotywa grupy 4.30...wzięli mnie.
Grupa na 4.30.
Do 30 kilometra siedziałem im na ogonie ale nagle ciało od pasa w dół się wyłączyło. Skurcze w pośladkach, w górnej części ud, po obu stronach bioder sprowadziły mnie do marszu przez ok 30 sekund. Po rozmasowaniu znowu biegłem, ale nie więcej niż 3-5 min i znowu musiałem przystanąć, bolało, zaczęła się walka o to żeby w ogóle ukończyć maraton.

Tętno było 154.
Otępiałe spojrzenie.

No i zaczęło się wyprzedzanie. Grupa na 4.30 dawno zniknęła teraz kolejno (jak na pólmaratonie) zaczęła mnie wyprzedzać plejada indywidułów.
Nie było co prawda klubu Zadyszka Oświęcim ale był Truchtacz, no i Człapak a do tego jeszcze parę klubów AA, niewidomi z przewodnikami i facet z wózkiem z rocznym dzieckiem - tego już było dość i wózka się już trzymałem - tym bardziej, że dziecko płakało i musiały być postoje na karmienie (ale gościu i tak był na mecie przede mną).

W Poznaniu zaczęło być mniej Festynowo. Kapele rozstawione co parę kilometrów już nie miały siły grać, smętnie rzępoliły. Grilujące przy trasie komuny mieszkańców zwijały wersalki z powrotem do domów. Na punktach żywieniowych zabrakło wody, ludzie z uśmiechniętych i dopingujących zamienili się w psioczących w korkach no i ciągle WYŁY SYRENY karetek pogotowia.
Ludzie padali jak kawki, leżeli na poboczach, trawnikach, asfalcie. Głównie skurcze ale nie tylko. Padali wręcz na moich oczach. Zrobiło się jak na froncie wschodnim - lej po bombie - młodzież medyczna, strażacy, straż miejska - mieli co robić.
To była już teraz tylko walka o przetrwanie. Urwanie kolejnego kilometra 36, 37 kazało wierzyc , ze może się uda. Pieprzyć czas, byle skończyć.

W końcu pokazała się tabliczka 40. Do mety zostało 2 195. Minęło 4.40. Przestraszyłem się, że jak skurcze jeszcze się nasilą, sprowadzą do parteru, to nie zmieszczę się w nawet 5 godzinach :-0. Gimnazjalistka z pomocy medycznej nasmarowała mi d... maścią ogrzewającą ale to się nie na wiele zdało. Udało mi się znaleźć butle wody Kropla Beskidu. Włożyłem ją sobie z tyłu w gacie. Popijałem - pomagało - miałem jeszcze żele - ale nóg nie czułem - biegłem na "maksa" ale tętno było tylko 134 - od pasa w dół byłem jak z waty - nogi nie chciały kręcić.
Wtedy doszła mnie Pani ANIA. Dość tęga, niska, wydawała z siebie za każdym wydechem takie AJJA!! AJAA! AUA! UŁA!
Miała koło siebie dwóch jakby trenerów, którzy trzymali ja za rękę i zagrzewali: Ania dajesz! Dajesz! Twój pierwszy maraton poniżej 5 godzin, jeszcze trochę ale nie przyspieszaj!!! Nie przyspieszaj!!! Będzie poniżej 5, poniżej 5, wielka jesteś , wielka jesteś. Ania miała też doping z widowni - jest chyba kimś ważnym.[Ania miała numer 44 - czyli była z grupy VIP i ma swój blog.

Ania jest podobna (ale sporo młodsza) do znanej mi z biegu Kukuczki Pani Gil (wielokrotna, budząca szacunek maratonka - teraz też biegła)

K... co za los. Biegnę koło Ani i się wkurwiam. Wyprzedzić tego nie mogę. Jezu !!! Widać metę !! Przecież jak razem wbiegniemy na metę to będę z nią na ZDJĘCIU !!! :-0 . Jak ja to znajomym pokażę ??? Robię stop !!!!!!!!!!!!!! Odczekuję...
Ania wbiega na metę.

Potem ja.

Tętno było 145.
Czas 4.53
Miejsce 2257, miejsce w swojej kategorii wiekowej 291.

Ania wśród kobiet była 142 - szacun - a w swojej kategorii wiekowej 24 !!!! No Mistrzyni !!!
:-)))

Artur
Wygrali Ci co zawsze {moscomment}