Andrzej Wojakowski nadesłał do nas prywatną relację
z najstarszego maratonu w Europie. Maraton w Koszycach
jest wielkim świętem całego miasta. Zapraszamy do lektury :)
AW: Udział w tym maratonie był dla mnie finałem przygotowań z całego tegorocznego sezonu. Cel maratonu - zejście poniżej 3:30 godz., w moim przypadku jest to pobicie rekordu życiowego z ubiegłorocznego maratonu w Berlinie o ponad 27 min. Dlaczego tam?

Bo to nie tak daleko i nie tak drogo (moja sytuacja fin. nie jest imponująca), a poza tym ten maraton jest najstarszy w Europie, a drugi w świecie  (po Bostonie). Ci którzy już tam biegali, mówili że ten maraton ma „duszę". Dodatkowym impulsem było to, że w Maju br. wracając z nieudanego dla mnie maratonu w Łodzi, w pociągu poznałem Piotrka, który z grupą kolegów miał zamiar wybrać się po raz kolejny na ten maraton, a ja mogłem się do nich podłączyć.



No to w drogę. W sobotę pobudka o 4.20, wyjazd z W-wy o 6.00 samochodem Piotrka. Jedziemy do miejscowości Końskie, bowiem bo tam zbiera się cała grupa., głownie związana z klubem Pasat Końskie. Wyjeżdżamy w męskim składzie sześcioosobowym busikem jednego z uczestników. Skład naszej grupy jest kompletnie zróżnicowany:

a)      wiekowo - od 29 do 60 lat
b)      zawodowo - od robotnika budowlanego, poprzez wolne zawody , inteligencję pracującą, kończąc na bezrobotnym
c)      w ilości maratonów - od ponad stu czterdziestu kolegi Wojtka  po tylko trzy moje

I to mi się podoba w amatorskim bieganiu, pełna demokracja, bo jak za słabo pobiegniesz, to pretensje masz tylko do siebie, a nie do trenera, działaczy, sponsora itp.




Przez całą drogę do Koszyc pada deszcz, martwimy się co będzie jutro. Przyjeżdżamy do Koszyc na Stare Miasto, parkujemy blisko Biura Zawodów, aby odebrać nasze pakiety startowe. Wszystko idzie tutaj b. sprawnie i bez żadnych kłopotów. Jedziemy na nocleg do żeńskiego akademika. A tam zakwaterowanie przypomina czasy PRL (a może Czechosłowacji). Listy, kwity, tabele - trwało to ponad 0,5 h . Niestety studentki na czas maratonu musiały opuścić akademik. Z żalu wypijamy kolejne piwo, traktujemy to oczywiście jak napojenie przed maratonem, jak napój izotoniczny. Po to też się jeździ na Słowację, a może przede wszystkim J Wieczorem idziemy na spacer na Stare Miasto rozruszać się po całym dniu jazdy, odświeżyć się i zrelaksować. Nawet wieczorem Starówka jest  piękna, a fontanna wodna działająca w rytm grającej muzyki , podświetlona w różnych kolorach, robi na mnie wrażenie.



Pobudka zaplanowana na 6.30, ale chwilę przed tą godz. włączył się „kołchoźnik" tak głośno że największego śpiocha by obudził. Najgorsze że to był tylko głośnik, bez możliwości jakiejkolwiek regulacji. Dobrze że działał tylko kilkanaście minut. Lekkie wczesne śniadanie i jedziemy na start.  Najważniejsze że jest pogoda. W nocy przestało padać, nad ranem wiał porywisty wiat, ale teraz nie było zimno. Czasem nawet zza chmur wychodziło słoneczko. Korzystając z chwili wolnego idziemy do mobilnego stoiska pocztowego, aby kupić kartki pocztowe z okolicznościowym stemplem. W drodze powrotnej na chwilę wstępujemy do gotyckiej katedry, w czasie niedzielnej mszy, aby nie tylko się pomodlić, ale również chociaż trochę popatrzeć na wieki historii. Trochę się to wydłużyło, tak że po oddaniu rzeczy w przebieralni na Starcie pojawiłem się prawie w ostatniej chwili, 2 min prze rozpoczęciem, i niestety średnio rozgrzany.



Punktualnie o 10.00 na strzał startera ruszamy. Trasa maratonu to dwie pętle po mieście. Dwóch moich kolegów z grupy startuje w Półmaratonie, pozostali na dłuższym dystansie. Pomimo wiatru, który czasami jednak przeszkadzał biegnie mi się dobrze: po 5km - czas 23:20, po 10km - 46:10 po 15km - 1:10, a na półmetku mam dokładnie 1:39:49. Jestem z siebie zadowolony, w głowie mam tylko pytanie, czy kondycyjnie wytrzymam na drugiej pętli. W maju w Łodzi między 25 a 30 km stanąłem, nie miałem siły biec, więc szedłem.. ale w Koszycach jak do tej pory wszystko jest w porządku. Biegnę dalej, na 20 km czas 1:59, na 25km - 2:23. Czas pokazywany jest na elektronicznej tablicy umieszczonej na samochodzie. Co 5km oczywiście korzystam z punktów z napojami. Ze sobą miałem w kieszonce żel na trzy porcje. Pierwszą zażyłem przed startem, drugą na 25km w pobliżu punktu wodnego, aby to „świństwo" szybko czymś popić.  Wszystko idzie dobrze, biegnę dalej, często oklaskiwany przez licznych kibiców, jest tez bardzo dużo dzieci, które z każdym biegnącym chcą przybić „piątkę'. Ale na 31 km zaczynam odczuwać symptomy skurczu w prawej łydce. Staję, rozmasowuję, naciągam nogę i dalej w drogę. Ale sytuacja powtarza się z 5-6 razy na }przestrzeni 2km. Wiem że wybija mnie to z rytmu, czas się pogarsza, ale cóż zrobić, dobrze że przeszło.



Na tym odcinku wyprzedza mnie Marian, najstarszy z naszej grupy. Ucieka mi na jakieś 150m , staram się go gonić, dochodzę go na ok. 30m i biegniemy jakiś czas równo. Nagle Marian staje, udaje się na bok, widzę że ciężko oddycha. Dobrze że kryzys u mnie przeszedł, biegnę dalej. Podejrzewam że ten całkiem chłodny wiatr chciał z moją łydką zrobić swoje, ale mu się nie udało.. Biegnę dalej dopingowany przez coraz liczniejszych kibiców. Pierwszy raz miałem tzw. imienny nr startowy (402), a pod nim moje imię i nazwisko a z boku polska flaga, zresztą nr startowy był nie tylko z przodu ale również i z tyłu. Przy jednym ze skrzyżowań kolorowo przebrany clown skacze i głośno krzyczy moje imię. Chwilę później powoli, ale systematycznie wyprzedza mnie Czeszka, staram się przy niej utrzymać, bo wcześniej już dwa razy ją wyprzedzałem, ale jednak teraz oddala się systematycznie ode mnie. Czy dobiegnę poniżej 3:30, tempo już nie to samo, na 40km czas na wyświetlaczu to niecałe 3:20. Ostatnie 2 km to bieg po bardzo długim , rozciągniętym  rynku , w szpalerze kibiców. To miasto żyje maratonem, jest dla mieszkańców wielkim wydarzeniem. Ruch uliczny wyłączony (nie widziałem żadnych jeżdżących aut w zasięgu wzroku, (na trasie biegu wyminęły mnie tylko dwa autobusy miejskie).



Ciekawe, za ile lat doczekamy takiego stanu w W-wie? Przed samą metą niebieski dywan, wpadam z czasem 3:30:37 brutto. No i cóż powiedzieć, "życiówkę" pobiegłem o prawie 27 min szybciej, ale trochę chyba zabraknie do złamania 3:30 (czas netto dotychczas nie podano, ale raczej wiem, bo w miarę szybko wystartowałem). No cóż, z wyniku jestem zadowolony, ale niedosyt pozostał, w przyszłym roku też będzie o co walczyć (gdyby nie ten wiatr!?). Za Metą dostaję medal, bardzo ciekawie zaprojektowany, w kształcie stopy ludzkiej, dostaje również zestaw regeneracyjny, okrywam się folią i od razu ustawiam się w kolejce po piwo. Trzeba uzupełniać niedobory płynu w organizmie. Ok. 1,5 min po mnie na metę wpada kolega Marian. Wychodzę z pływalni gdzie była przebieralnia i spotykam Wojtka - jego czas 4:08. Pytam policję gdzie można tanio, a dobrze zjeść J. Udaję się do Gazdowskiej Piwnicy na solidny obiad, na który rzetelnie zapracowałem. Na toast zamawiam czerwone wytrawne wino - Frankovska Modra.

O 16.00 wszyscy spotykamy się przy naszym busiku . Prezentacja wyników : koledzy z półmaratonu wypadli dobrze : Robert był nawet 22 w klasyfikacji generalnej, Grzesiek miał 2:04. W maratonie Marian był 4 w swojej kategorii wiekowej, a Piotrek ukończył z czasem 4:36. Od razu wyjeżdżamy, po drodze zakupy, gdzie ? - oczywiście w TESCO, i na granicy w Mnisku n/Popradem. Trzeba zrobić „odpowiednie" zapasy. U mnie zapasy to nie tylko „oczywiste" towary. Lubię na Słowacji kupować wodę mineralną Baldowską, gorąco polecam (bez niej nie mam po co wracać do W-wy).



Reasumując - polecam maraton w Koszycach, chociaż po to, aby zobaczyć co znaczy dla mieszkańców ten maraton. Jak oni się cieszą, jak klaszczą, jak dopingują. Jak w W-wie stałem w tym roku na trasie maratonu, i oklaskiwałem biegaczy to niektórzy przechodnie patrzyli na mnie jak na dziwoląga. Warto też pojechać do Koszyc to bardzo ładne i zabytkowe miasto, warto też, bo to niedroga finansowa impreza, mnie np. transport wyniósł 70zł, nocleg ok. 30zl, obiad - ok. 19zl, , a na zakupy każdy wydał tyle ile chciał. Fajnie jest też pojechać w nowej grupie, przez drogę można wymienić się szeregiem cennych informacji o bieganiu, zawodach.

W maratonie w męskiej kwalifikacji zająłem 220 miejsce na 647 osób które ukończyły maraton, a w swojej grupie wiekowej byłem 79 na 193 osoby, ale w Koszycach grupy wiekowe są co 10 lat, a ja mam prawie 49. W przyszłym roku będę już w następnej grupie wiekowej. Wyprzedziło mnie tylko 15 kobiet :)

 Myślę o następnych maratonach, chciałbym wystartować w Chicago i we wszystkich WMM ( Word Major Maraton- Berlin, Londyn, Nowy Jork, Boston, Chicago) :)

Andrzej Wojakowski{moscomment}