Wyniki
Dział poświęcony imprezie

Marcin Kargol: A może byś napisał relację? - to pytanie od Bodzia Jurka, które zadał mi w mailu. I mnie namówił, chociaż ciągle zastanawiam się od czego zacząć. Najlepiej będzie, jak zacznę od początku...
Tylko gdzie on jest?:)
Ściana, skurcze, żyć się nie chce, biegnij, boli, do przodu, meta, 38, 39, już blisko, jesteś maratończykiem!!! - oj, ile ja się nasłuchałem i naczytałem przed biegiem o tym wszystkim. Generalnie to na starcie powinienem powiedzieć „starczy, dziękuję, po co mi to wszystko, idę na piwo".

Nie zrobiłem tego jednak. Stanąłem na linii startu, założyłem słuchawki i ruszyłem na trasę swojego pierwszego maratonu w życiu. Po raz pierwszy miałem pokonać dystans 42.195 metrów. Docelowo miało się to stać jesienią w Poznaniu, wyszło jednak tak, że trafiłem do Katowic. Silesia Marathon 2010.

Jechałem do Katowic pewny siebie. Wiedziałem, że co by się nie działo, to ukończę ten maraton. Wiedziałem, że przeżyję ściany, ból, skurcze i inne cuda, które mnie na trasie będą zniechęcać do biegu. Dodatkowo bardzo chciałem ukończyć bieg w czasie poniżej 4 godzin, co byłoby wymarzonym debiutem. Zważywszy na to, że miesiąc wcześniej połówkę w Poznaniu skończyłem w 1:48, czułem w kościach, że jest to możliwe. Życie pokazało, że nie było wcale tak kolorowo, jak zakładałem...

3, 2, 1 i poszli. A ja wśród nich. Cztery okrążenia po 10,5 kilometra. A raczej cztery okrążenia po 10,5 kilometra z mnóstwem zakrętów, podbiegów, zbiegów i gdzieniegdzie dziurawego i nierównego asfaltu. Asfaltu, który w moim przypadku odegrał decydującą rolę.

Na początku wszystko układało się bardzo po mojej myśli. Biegłem swoim, nie za szybkim tempem. Pierwsza dyszka to było badanie trasy i próba ustabilizowania tempa na jakimś znośnym poziomie, bo przez te wzniesienia i górki wahało się między 5:35 a 5:15/km. W rezultacie po pierwszej pętli miałem czas 55:23. I grupę na 4h za swoimi plecami. Druga pętla poszła tak, jak powinna - trzymałem równe tempo przez cały dystans i po 21 kilometrach miałem czas 1:54, co dawało mi bardzo realne szanse na złamanie 4 godzin w końcowym rozrachunku. Warto dodać, że dzięki pogodzie, która czasem uraczyła biegaczy deszczem i dzięki strażakom z rozłożonymi kurtynami wodnymi, biegło się bardzo przyjemnie i do 25 kilometra nie czułem zmęczenia. A na 25 kilometrze poczułem wszystko...

Przed punktem żywieniowym, na zakręcie trafiłem w jakąś nierówność na asfalcie. Trafiłem na nią w taki sposób, że poczułem niesamowity ból w prawej nodze. Od kostki, przez kolano, aż do biodra. Musiałem się zatrzymać. A jak się zatrzymałem, to zaczęło boleć jeszcze mocniej. Do tego stopnia, że poczułem, że kręci mi się w głowie. A jak zaczęło się kręcić, tak zaczęło mi być niedobrze. A jak zaczęło mi być niedobrze, tak już byłem pewien, że o 4h na mecie dzisiaj mogę zapomnieć. Przez chwilę myślałem też, że w ogóle o dzisiejszym biegu mogę zapomnieć. Czy to była ta słynna ściana? Czy mogła się pojawić już teraz, spowodowana kontuzją? Miałem nadzieję, że to jest właśnie ten moment i że później już się z takim stanem nie spotkam. Zacząłem delikatnie truchtać. Z kroku na krok ból był coraz mniejszy. Nie znikał jednak całkowicie. Powyżej pewnej prędkości zaczynał być jednak nie do zniesienia. Musiałem więc utrzymywać bardzo wolne tempo. Ale parłem do przodu, mimo, że tak naprawdę, to byłem przerażony - przecież do mety mam jeszcze kilkanaście kilometrów, przecież muszę przebiec jeszcze jedną pętlę, która teraz wydawała się niesamowicie długa. Ale biegłem. A przynajmniej starałem się. Dobrze, że obok mnie nie było małych dzieci, bo mogłyby się nasłuchać różnych niecenzuralnych słów w wielu konfiguracjach. Przed ostatnimi dziesięcioma kilometrami na raz zjadłem jeden żel, zapiłem izotonikiem i poleciałem dalej. Mimo, że moim prywatni kibice namawiali mnie do zejścia z trasy. Wiedziałem jednak, że gdybym to zrobił, to bym sobie tego nie wybaczył. Nie po to przyjechałem taki kawał drogi, żeby po 30 kilometrach zejść z trasy z powodu jakiegoś tam kolana. Wolny i nienaturalny krok (generalnie cały czas kuśtykałem) spowodował, że w tej samej nodze zaczęły pojawiać się bolesne skurcze. Raz musiałem skorzystać z pomocy wolontariusza, bo nie byłem w stanie tego rozbiegać. Potem jakoś sobie radziłem sam. A droga do mety wydawała się wiecznością...

Iron Maiden nagrali kiedyś piosenkę "Loneliness of Long Distance Runner". Samotność biegacza. Doświadczyłem tego na własnej skórze na ostatnich kilometrach. Posuwałem się z ledwością do przodu w ślimaczym tempie (8:00/km). Chciało mi się wyć z bólu, odległości między punktami odżywczymi były jakby coraz większe, a do mety było jakby coraz dalej. Strasznym uczuciem było też to, że chciałem biec szybciej, wiedziałem że mam na to siłę, ale każda próba przyspieszenia kończyła się skurczem, bólem w kolanie i stratą kolejnych sekund. I ta bezsilność, kiedy kolejni biegacze mijali mnie jak tyczkę, a ja nie mogłem zrobić absolutnie nic. 35 kilometr. 36 kilometr. 37 kilometr. 38 kilometr i ostatni podbieg. Za plecami widziałem tabliczkę pacemakera na 4:30. Stwierdziłem, że co jak co, może i debiutu do udanych nie zaliczę, ale czasu poniżej 4:30 mieć nie chcę. Doczłapałem się do ostatniego punktu żywieniowego, wypiłem morze izotonika i pognałem ostatnie 700 metrów do mety.
04:27:49 - przynajmniej będzie łatwo zrobić życiówkę następnym razem.

Zrobiłem coś, co 7 miesięcy temu było dla mnie czymś zupełnie niepojętym. Jak można przebiec 42 kilometry? I to z własnej, nieprzymuszonej woli? Okazało się, że można. I że człowiek po przebiegnięciu takiego dystansu jest, paradoksalnie, o wiele silniejszy...
Kiedyś tylko marzyłem, żeby móc to powiedzieć, a teraz mogę to zrobić i cieszyć się z pokonania nie tylko tego dystansu, ale też bólu i własnych słabości: jestem maratończykiem.

Podziękowania: tradycyjnie dla całej Drużyny Szpiku (szczególnie dla Doroty i Hani za wiarę we mnie i dla Bodzia za garść porad), dla Tomka Żaka za masę wskazówek i dobrych słów, a przede wszystkim dla Emilki i mojej mamy - dobrze, że byłyście ze mną, dzięki!

{moscomment}