Michał Unolt: Zawody o wdzięcznej nazwie „Mistrzostwa Polski w Adventure Racingu" od samego początku wywołują spore kontrowersje. Wszystko to właśnie ze względu na nazwę, którą organizator zwyczajnie nadał, nie mając żadnego formalnego uzasadnienia. W związku z tym niektóre zespoły z założenia nie pojawiają się na tej imprezie. My jednak spojrzeliśmy na zagadnienie z innej strony - jest to ciekawy, wymagający i naprawdę dobrze zorganizowany rajd, więc tak, chcieliśmy w nich startować.


Ze względu na szereg przeciwności losu - od wyjazdów po kontuzje w naszym zespole, musiałem poszukać partnera z innego teamu. Dość szybko porozumieliśmy się z Rafałem Niedźwiedzińskim z zespołu Sąsiedzi i wystartowaliśmy jako akademiec.pl/Sąsiedzi Team.

Terenem zmagań były w tym roku przepiękne Kaszuby - olbrzymie, czyste jeziora, wspaniałe lasy, pagórki i świeże powietrze. Innymi słowy - rewelacja. Dodatkową atrakcją były mapy, wprawdzie dokładne, lecz wydane w 1962 roku...łatwo sobie wyobrazić, co mogło wydarzyć się z lasem przez ostatnich 47 lat!


 

Zmagania na 150-cio kilometrowej trasie Speed (wystartowało 15 zespołów) rozpoczęły się w piątek rano od etapu kajakowego. Wiosłowanie jest jedną z najważniejszych dyscyplin rajdów przygodowych na świecie, jednak w Polsce jest raczej traktowane po macoszemu. Organizatorzy, mając pod ręką rozległy system jezior, zafundowali nam na początek 40-to kilometrowy etap kajakowy. W losowaniu sprzętu nie mieliśmy szczęścia - nasz kajak był absolutnie niesterowny, nie pomagały różne techniki wiosłowania, zwyczajnie płynął tam gdzie chciał. Namęczyliśmy się niesamowicie, a i tak skończyliśmy ten etap na przedostatnim miejscu, pływając ponad 8 godzin! Do tego byliśmy dość głodni, bo woda zalała nasze kanapki i płynęliśmy tylko na kilku batonikach...

Mocno rozdrażnieni przez nasz kajak, przepakowaliśmy się w strefie zmian (czyli w naszym domku kempingowym) i ruszyliśmy na etap rowerowy. Już przy pierwszym punkcie kontolnym minęliśmy dwa teamy. Kolejne dwa punkty znaleźliśmy bardzo szybko i na 9 miejscu dotarliśmy do pierwszego zadania specjalnego, gdzie mieliśmy do pokonania rozciągnięty nad wodą most linowy (z rowerem). Trochę nas pech nie opuszczał, bo gdy dotarłem na drugi koniec liny, karabinek na którym wisiałem zupełnie się zatarł i nie mogłem go odkręcić. Miotając się na linie rozpiąłem więc uprząż i zeskoczyłem. Z racji tego, że będąc na drugim brzegu mogłem pomagać Rafałowi, przeszedłem przez płytką wodę i przeciągnąłem go przez całą linę, dzięki czemu odrobiliśmy kilka minut straconego czasu.

Jeszcze za dnia zaliczyliśmy sprawnie 1-2 punkty, lecz wraz z nadejściem ciemności nasza prędkość zdecydowanie spadła. Masy piasku na drogach nie pozwalały na skupienie się na mapie w czasie jazdy, więc zatrzymywaliśmy się dosłownie co kawałek - priorytetem było dla nas niezgubienie drogi. W zasadzie szło z tym nieźle, poza 3-4 punktami, gdzie pozwiedzaliśmy trochę więcej niż chcieliśmy... Punkty były ciekawie poustawiane, kilka stało na bagienkach, a szczególnie w pamięci został nam punkt na wyspie, na którą musieliśmy przejść po kilku cienkich pieńkach, pełniących funkcję kładki... Bez zamoczenia stóp po kostki się nie obeszło.

Przed końcem odcinka rowerowego musiałem zaliczyć 3 minuty snu - ogarniał mnie już intensywny „sleepmonster", ledwo mogłem jechać na rowerze... Na szczęście po tych 3 minutach obudziłem się „dobrze wyspany" i do końca zawodów nie miałem już problemów z sennością.

Zaraz po mojej drzemce czekała nas kolejna przeprawa wodna. W oryginalnym założeniu mieliśmy przepłynąć ok. 200-300 metrów z rowerami wpław, do pomocy mając jedynie samochodowe dętki. Organizatorzy zaminili jednak dętki na kajak, za co byliśmy im niesamowicie wdzięczni :) Rafał trzymał oba rowery z przodu, a ja spokojnie dowiosłowałem do drugiego brzegu. Byliśmy wtedy na 7 miejscu i powiedziano nam, że trasa 40-to kilometrowego trekingu została skrócona o 2 punkty kontrolne.

 

 

 

Po dość powolnym przepaku ruszyliśmy z mapą w ręku na przedostatni etap rajdu. Było już jasno i nawigacja byla dużo łatwiejsza niż w nocy. Wykorzystując to, przebiegliśmy zdecydowaną większość trasy, jednak kilka razy nie uniknęliśmy błędów. Największy popełniliśmy pod koniec etapu, gdy przebiegając przez Wdzydze Tucholskie zostaliśmy wyprowadzeni...hmmm...w pole przez asfalt, którego na naszej mapie nie było...

Szczęśliwie udało nam się naprawić błąd i dotrzeć na początek ostatniego etapu - dwukilometrowego spływu tratwą. Tę trzeba było jednak najpierw zbudować z 2 opon i 2 desek, z czym uwinęliśmy się w kilka minut, głównie dzięki zeszłorocznym doświadczeniom ze spływu takimi samymi amfibiami Nysą Kłodzką. Presja rosła jednak z każdą chwilą, gdyż do limitu całych zawodów mieliśmy tylko 45 minut. Wiosłując z całych sił udało nam się przepłynąć jezioro i dotrzeć do mety dokładnie na 3 minuty przed limitem czasu, a zawody ukończyliśmy na 5 miejscu.

Duże podziękowania za wspólny start należą się Rafałowi, a Pawłowi Fąferkowi i całej grupie organizatrów za świetnie zorganizowane zawody i atmosferę po ich zakończeniu.

 

Michał Unolt

akademiec.pl Adventure Team
www.team.akademiec.pl
{moscomment}