Wojciech Szota: W Poznaniu startowałem siedem razy. Wszystkie te maratony są dla mnie bardzo żywym wspomnieniem. Zawsze działo się coś nieprzewidzianego, coś co wspominam dziś z przyjemnością. Najbardziej utkwił mi w pamięci maraton z 2006 roku, choćby z tego względu, że przebiegłem wtedy chyba ponad 50 kilometrów. Wszystko zaczęło się od spóźnienia pociągu, który podobno nigdy się spóźnia. Jak mnie poinformowano w kasie biletowej, pociąg miał jechać dalej do Berlina więc nie miał prawa się spóźnić, ale.. oczywiście spóźnił się… Ogromnie zdenerwowany wyskoczyłem z wagonu kiedy jeszcze się toczył. Dwadzieścia minut do startu, a ja wymijam slalomem tłumy pasażerów na dworcu.

Taksówka był moją ostatnią nadzieją. Kierowca ze skrzywieniem przyjął moje wykrzyczane zamówienie - „Na Maltę!!!". „Dzisiaj jest maraton i nie da się tam dojechać!" - usłyszałem w odpowiedzi, „ale ja właśnie na maraton, niech mnie pan podwiezie jak najbliżej!" - nie ustępowałem. Zamiast na „Maltę", gdzie były szatnie i meta, dojechaliśmy gdzieś w pobliże ulicy Arcybiskupa Baraniaka, czyli na start. Z daleka ujrzałem majaczącą się bramę startową maratonu. Nie byłoby może jeszcze tak źle... gdyby nie fakt, ze nie miałem ani chipa, ani numeru.

Pakiet startowy, na tzw. „oświadczenie", odebrał dzień wcześniej mój brat Jarek, również uczestnik maratonu. Jeszcze jadąc pociągiem umówiłem się z nim, że w przypadku spóźnienia, pakiet będzie czekał na mnie „przy przednim prawym kole samochodu", zaparkowanego gdzieś na „Malcie"... czyli 2,5 kilometra dalej. Biegiem, co tchu rzuciłem się, aby jeszcze ratować swój maraton. Brama startowa była coraz bliżej. Nad maratończykami wisiał śmigłowiec. Gdy zostały ostatnie metry usłyszałem odliczanie i huk pistoletu startera.

 

Baloniki, serpentyny, konfetti wstrzeliły w górę. Wspaniały widok dla biegacza! Ledwo łapałem powietrze, ale patrzyłem zafascynowany na to widowisko. Z letargu wyrwał mnie jeden z moich znajomych krzycząc zdziwiony - „Dlaczego dziś nie biegniesz?". „Jak to nie biegnę?". Znowu w sprinterskim tempie popędziłem w kierunku „Malty". Bagaż przeszkadzał, ale nie zwalniałem nawet na moment. Na asfalcie widziałem znaki z odległością do mety. Moja pierwsza dziś meta... to wystartować...  Miałem ogromną nadzieję, że uda mi się dziś jeszcze raz dobiec do „Malty" tym razem jako zawodnik.

Mój pierwszy cel był jednak trudniejszy do realizacji niż myślałem. Biegałem po parkingu zdezorientowany szukając samochodu mojego brata. Już traciłem nadzieję, gdy nagle prawie na niego wpadłem. Szybko schyliłem się do koła...  Uff, jest! Z ulgą wymacałem reklamówkę z numerem. Błyskawiczne przebieranie, torba z ciuchami wciśnięta pod samochód i biegiem z powrotem na start. Takiej rozgrzewki jeszcze nigdy nie robiłem przed maratonem.

Gdy dobiegłem miałem już sporo kilometrów w nogach, a ręce trzęsły mi się ze zmęczenia. Kolejny problem to jak wystartować? Maty „chipowej" nie ma... Stoją za to fotoreporterzy czekający na drugie okrążenie maratonu. Zdyszany poprosiłem jednego z poznańskich redaktorów, aby mnie wystartował. Mimo zdziwienia został moim starterem i jednocześnie świadkiem mojego uczestnictwa w biegu od startu. Niezgrabnie przeskoczyłem barierkę. Zrobiono mi pamiątkową fotkę - dla mnie bezcenny dowód ... i ruszyłem.

Na szczęście dla mnie ta edycja odbywała się na pętlach, więc ruch uliczny był wyłączony. Wiedziałem jednak, że nie mogę się ociągać. Nadal nie byłem przecież pewien czy będę klasyfikowany. Szybko połykałem kilometry i około ósmego złapałem „mój maraton". Zameldowałem się sędziom i dopiero teraz odetchnąłem z ulgą. W nogach miałem już przynajmniej z piętnaście kilometrów pokonanych w ekspresowym tempie. Pot zalewał oczy, ale byłem szczęśliwy. Gdzieś kołatał się tylko niepokój, czy znajdę się w oficjalnych wynikach. Okazało się, że niepotrzebnie.

 

 Bez zbędnych dyskusji „system chipowy" zaliczył mi czas brutto, który wyniósł na mecie trochę ponad 5 godzin. Wynik, którym trudno się chwalić, ale zawsze z dumą myślę o tym osiągnięciu.

Podczas tego maratonu miałem jeszcze swoją nagrodę, „chwilę chwały". Wtedy maraton przebiegał przez poznański rynek. Wszyscy czekali na czołówkę. Gdy wbiegałem zerwała się wrzawa. Zdziwiony obejrzałem się i 50 metrów za sobą zobaczyłem czołówkę składającą się z czarnoskórych biegaczy, którzy mieli mnie zaraz dublować. Ktoś wtedy krzyknął - „Polak prowadzi!". Zobowiązany tym wezwaniem, wyprostowałem się i mocno wydłużyłem krok. „Pod poznańskimi koziołkami" widziałem jak uniosły się wszystkie fotoreporterskie obiektywy, a kibice bili brawo. Po tylu przygodach pozwoliłem sobie na ten żart i na moment zostałem liderem maratonu. Tak zapamiętałem edycję z roku 2006. Wygraną było ukończenie maratonu!

To wspomnienie było najintensywniejsze, ale każdy start dokładnie pamiętam. Bywało, że pogoda ... albo forma płatały figle. Spotykałem interesujących ludzi, prowadziłem ciekawe rozmowy, walczyłem o rekordy życiowe, biegałem raz szybko, raz bardzo wolno. Na pewno Maraton Poznański ma szczególne miejsce w moim kalendarzu i maratońskim sercu. Żałuję, że nie mam zaliczonych wszystkich edycji, ale zawsze będę starał się tu być. Może jeszcze kiedyś będę miał okazję się z wami podzielić moimi wrażeniami... najlepiej na trasie! Powodzenia!
{moscomment}