Maratonczyk.pl: Zapraszamy do przeczytania relacji
debiutanta z akademiec.pl team. 
Michał Unolt: „Już 11 października rusza 10-ta edycja Poznańskiego Maratonu! Nie może Cię zabraknąć! Już ponad 4500 zgłoszeń! Biegnij lub kibicuj! Do zobaczenia na trasie!". Mniej więcej tak brzmiało ogłoszenie, które piąty raz w ciągu godziny usłyszałem w radiu. Był poniedziałek, 6 dni do startu. „Maraton" - myślę sobie - „no fajnie, jest co biegać, ciekawe w ile bym byłbym w stanie przebiec". Z jednej strony byłem bezczelnie pewien, że podołałbym trasie - w końcu regularnie biegam, a rajdy przygodowe trwają nieraz ponad 30 godzin; biegałem już parę razy z totalnie skatowanymi stopami, zasypiałem w marszu czy na rowerze, więc pewne obycie ze zmęczeniem mam...

Z drugiej strony nasłuchałem się sporo o „efekcie ściany", a na dodatek nigdy na raz nie przebiegłem więcej niż 25-30 kilometrów. Byłem więc niezmiernie ciekawy reakcji organizmu, a był na to tylko jeden sposób - wystartować!

Niedzielny, chłodny i pochmurny poranek, nie nastrajał zachęcająco do nadmiernego roznegliżowania. Żeby więc zbytnio nie wymarzać przed biegiem, ubrałem długie, luźne spodnie do biegania w terenie, długi rękawek i...poszedłem na linię startu. Tłumy rozciągających się, ewidentnie podekscytowanych i czekających na rozpoczęcie biegu ludzi robiły wrażenie. Przeciskając się w tłumie udało mi się dotrzeć do „mojego sektora". Na kilka dni przed startem postanowiłem trzymać się kurczowo grupy biegnącej na 3,5 godziny i ani nie odbiegać, ani nie dać się zgubić przed 35 kilometrem. Potem, w razie problemów, miała pomóc wola walki.

Start nieco wszystkich zaskoczył - nagle pojawiły się fajerwerki nad linią startową i... pobiegliśmy. Początkowe 5 kilometrów to jeden wielki chaos. Tysiące ludzi biegnących w ścisku, lekko się przepychających, szukających swojego toru i tempa biegu, miejsca na łokcie. Cały czas biegłem w pobliżu pacemakerów (doświadczonych maratończyków, którzy równym tempem mieli dobiec do mety w określonym czasie). Po kilku pierwszych kilometrach stawka nieco się rozciągnęła, biegło się już dużo swobodniej. Co 2-3 kilometry przygrywały zespoły, kibice dopingowali i zagrzewali do walki, a obsługa punktów żywieniowych uwijała się na najwyższych obrotach by każdy dostał coś do picia. Co prawda idea picia w biegu z plastikowych kubeczków jest raczej nietrafiona (parę razy wylałem wszystko na koszulkę, a raz nawet napiłem sie nosem...) no ale innej możliwości po prostu nie ma!

Od mniej więcej 5 kilometra biegłem w linii z pacemakerami, głównie, dlatego że nie lubię biec komuś na plecach. Przez kolejne, długie kilometry biegło mi się bardzo swobodnie i czułem nadmiar siły, urządzając pogawędki z kilkoma osobami w grupie. Mijaliśmy kolejne charakterystyczne miejsca, którymi poszatkowałem sobie w głowie trasę maratonu - operę, AWF, koniec „agrafki" na Drodze Dębińskiej, powrót do AWF-u, Rondo Rataje, koniec podbiegu na trasie katowickiej, w końcu linię startu. Tutaj - w połowie trasy - mieliśmy ponad 2 minuty zapasu w porównaniu do czasu „z rozpiski".

Ku zdziwieniu wielu osób jeden z pacemakerów biegł bardzo nierówno, a dzięki nieobliczalnemu systemowi przyspieszeń i spowolnień otrzymał nieco złośliwą ksywę „Szarpak". W zasadzie wszyscy biegnący na 3:30 zauważyli, że to chyba jednak nie tak należy biec i rozsądnie trzymali się drugiego z pacemakerów. „Szarpak" zapłacił za swoją ułańską fantazję stratą kilku minut na mecie...

Kolejne kilometry mijały mi dość szybko - automatycznie kontrolowałem czas na każdym oznaczonym kilometrze, raczej gubiąc myśli, skupiając się tylko na tym by pić na punktach żywieniowych i co 45 minut zjeść kolejnego batonika.

Długo oczekiwana „ściana" nie nadchodziła i tak naprawdę nie nadeszła aż do mety. Żeby jednak nie było zbyt przyjemnie, w okolicach 35 kilometra poczułem, że mam obite stopy od asfaltu i obtarte pachwiny, jednak o zwalnianiu nie było mowy! Każde 5 minut zbliżało nas o kilometr do mety, było więc coraz bliżej końca, a na jednym ze zbiegów zwiększyliśmy przewagę nad wirtualną rozpiską czasową do 3 minut. Im bliżej mety tym większy był tłum kibiców. Z ostatniego punktu żywieniowego już prawie nikt nie skorzystał - nie było sensu ryzykować kolki, a do mety było już tylko 10-12 minut. Na półtora kilometra przed metą rozważaliśmy z pacemakerem kwestię finiszu. On postanowił dobiec równo do mety, byle tylko skończyć poniżej 3,5 godziny. Ja zarzekałem się, że nie mam ochoty na ostre finiszowanie, że dobiegnę razem z nim... ale 200 metrów dalej - korzystając z tego, że było z górki - nogi same poniosły. Na ostatnim kilometrze odskoczyłem o minutę od „grupy 3:30", wyprzedzając jeszcze ponad 50 osób (kilka osób płaciło za zbyt szybkie tempo i dosłownie SZŁO) i czymś w rodzaju sprintu wbiegając na metę. Co czułem? Bardzo dużą satysfakcję, że organizm spisał się tak jak sobie tego życzyłem oraz że sprostałem własnym oczekiwaniom, pokonując 42,195 kilometra w 3:26:00 (czas z chipa od przekroczenia linii startu do mety).

Zanim odszedłem od mety, poczekałem minutę na przybycie pacemakera i kilku osób z grupy, którym podziękowałem za wspólny bieg i tak dobre rozprowadzenie na całej trasie.

Z medalem na szyi chodziłem po domu aż do wieczora! Strasznie fajne uczucie... :)

Na koniec - niemal tradycyjnie, ale inaczej nie można - wielkie podziękowania i gratulacje dla organizatorów! Wszystko dopięte na ostatni guzik i ponad 4 tysiące osób na mecie!

Michał Unolt, www.team.akademiec.pl


{moscomment}