Relacja 2011
Dział
NARTY BIEGOWE
Wyniki 2010

Galeria 2010

Wojtek Szota: Spełniłem swoje małe marzenie, jakie miałem od wielu lat... i wystartowałem w Biegu Piastów w Jakuszycach. Stało się to w roku, kiedy jako Polacy odnieśliśmy największy sukces na arenie międzynarodowej w nartach biegowych, a więc... chyba w najlepszym momencie. Mój start zawdzięczać mogę zimie, która pozwoliła trenować przed zawodami nawet w Warszawie a także cennym wskazówkom mojego znajomego Waldka Arnolda (startował w 29 z 34 edycji biegu!). Postanowiłem więc napisać kilka zdań o tym, co przeżyłem uzupełniając moją relację o garść pomocniczych informacji dla ewentualnych chętnych, którzy chcieliby przeżyć taką narciarską przygodę.

W Jakuszycach pojawiliśmy się na tydzień przed zawodami... i tu czekało na nas pierwsze duże i miłe zaskoczenie... pogoda. Nigdzie już praktycznie nie było śniegu. W oddalonej o 20 km, Jeleniej Górze prawie wiosna, a tu prawdziwa zima w pełni. Podobno jest tu tak nawet do maja. Drugie zaskoczenie to profesjonalnie przygotowane trasy biegowe. Dopiero w Jakuszycach pierwszy raz w życiu miałem okazję pojechać na takiej trasie, jaką znałem dotąd tylko z relacji telewizyjnych:). Codziennie wszystkie szlaki narciarskie w okolicach Polany Jakuszyckiej były ubijane i wyrównywane przez ratraki. Dodatkowo wytyczane były tory do jazdy techniką klasyczną. Muszę przyznać, że przyjemność z biegania na takiej trasie jest ogromna...  jest szybka i łatwo utrzymać równowagę zwłaszcza przy większym tempie jazdy. Pierwszy raz w życiu jechałem na prawdziwej trasie biegowej! 

Tydzień treningów poprawił moją technikę, ale też na pewno spowodował spore zmęczenie. Trudno jednak było nie korzystać z każdej okazji do potrenowania, nawet w dzień przed zawodami. Ciężko było się oprzeć przepięknym widokom... góry, na "choinkach" i trasach iskrzył się w słońcu biały, czysty śnieg... że tak górnolotnie to napiszę:) 

Sama impreza - 34. Bieg Piastów - trwała 2 dni. W sobotę odbywały się biegi techniką klasyczną na 50 i 26 km i to one cieszyły się głównym zainteresowaniem startujących. W niedzielę można było pobiec na dystansie 50 i 30 km techniką dowolną - wymaga ona jednak specjalnego sprzętu choć oczywiście biega się w ten sposób znacznie szybciej. Dla upartych wytyczony został dodatkowo jeden tor do biegu stylem klasycznym. 

Na moim dystansie (50 km) zgłosiło się dwa tysiące zawodników (uwaga: jest to limit i lista zapisów po przekroczeniu tej liczby jest zamykana). Miałem nieodparte wrażenie, że w tej liczbie prawie połowę zawodników stanowią obcokrajowcy. Wystarczy dodać, że Polak po raz ostatni zwyciężył w tej imprezie w 1999 roku. Numery startowe przyznawane są według zasług (np. decydują rezultaty w poprzednich edycjach), więc ja jako początkujący otrzymałem numer 1991, trzeci od końca:)
Start (godz. 10.00) z Polany Jakuszyckiej wygląda imponująco. Stojąc na starcie w ostatnim sektorze z przyjemnością obserwowałem jak kolejne grupy ruszały do walki na „maratońskim" dystansie. Początek trasy to podbieg, więc kibice mają doskonały widok. Pomyślałem, że ciekawe zdjęcia zrobi Dorota „Doris" Świderska, która także zdecydowała się wystartować, tyle że na dystansie 26 km (start jej biegu nastąpił dwie godziny później). Wraz ze mną, początek zmagań obserwowali także inni zawodnicy z mojego sektora, którzy rozmawiali między sobą po... norwesku, włosku, niemiecku... 
Jak się okazało potem ten rok należał głównie do braci Czechów.
Polaków w pierwszej setce było tylko 15-tu, a drugiej 25-ciu...

Trasa była tak zaplanowana, że w pierwszej fazie biegu do pokonania były największe, kilkukilometrowe podbiegi. Postanowiłem wykorzystać ten fakt i od początku bardzo mocno ruszyłem do przodu. Oczywiście aby móc wyprzedzać musiałem zapomnieć o jeździe w torze. Biegnąc z boku lub między torami niestety zaliczyłem kilka upadków. Na zjazdach moje narty "z łuską" traciły, więc rekompensowałem to mocną pracą kijami. Jak się później okazało nie była to dobra taktyka, ponieważ szybko na tyle osłabiłem ręce, że w drugiej fazie zawodów nawet na zjazdach byłem zmuszony do stosowania kroku biegowego.

W trakcie imprezy mogłem się przekonać jak duże znaczenie mają narty i ich przygotowanie. Ja korzystałem z nart śladowych "z łuską". Doskonale trzymały się na podbiegach, ale na zjazdach traciłem już bardzo wiele. Gdy mijali mnie rywale słyszałem tarcie swojej łuski o śnieg i mimo rozpaczliwej pracy rękami nie mogłem utrzymać ich tempa. Na szczęście na trasie jest też kilka bardzo mocnych zjazdów a wtedy ma się wrażenie, że to może nawet lepiej że narty wolno niosą:)
Ja miałem nawet śmieszną przygodę gdy jeden z "szybko zjeżdżających", nie mogąc już zmienić toru najechał na tyły moich nart i w takim tandemie pokonaliśmy ok. 200 metrów zjazdu, cudem unikając upadku. Zadowoleni z "ocalenia"wymieniliśmy po angielsku grzeczności a ja jeszcze z zazdrością zlustrowałem jego profesjonalne żółte "fiszery".

Łuska na pewno jest dobra dla początkujących biegaczy lecz jeśli ktoś ma ambicje aby się pościgać, to z czasem i tak, będzie musiał się przesiąść się na narty "bez łuski". Moim zdaniem na Biegu Piastów lepiej jest gdy narty szybciej „jadą",  ponieważ nawet dobre podbieganie nie wyrówna strat na zjazdach. 

Mimo wszystko moje intensywne wysiłki sprawiły, że dookoła zaczęli się pojawiać zawodnicy z coraz niższymi numerami startowymi. Pod pierwszą górą dogoniłem numery w przedziale 1700 - 1500. Na drugim długim podbiegu zaatakowałem „pierwszy tysiąc". Zauważyłem nawet zawodnika z tysięcznym numerem, miał farta:) Bieg Piastów to impreza o charakterze masowym i w dużym stopniu familijnym, mimo to widać było, że zawodnicy chcą dać z siebie wszystko. Ja też cały czas biegłem bardzo ambitnie. Ci, którzy niespecjalnie lubią rywalizację po prostu biegną sobie spokojnie na końcu stawki i ucinają miłe pogawędki. Pod koniec biegu było mi nawet bliżej do tej postawy:)

Kresem moich możliwości były numery zaczynające się na 600, 700. Po mniej więcej 30-tym kilometrze czułem już duże zmęczenie. Bolały ramiona, mięśnie grzbietu i uda od nadużywanego przeze mnie kroku biegowego. Więcej już nie zyskiwałem. Tradycyjnie trzeba było zapłacić za zbyt szybkie tempo na początku... zupełnie jak na klasycznym maratonie. Na szczęście też nie traciłem za wiele. 

Punkty odżywiania nie są tak liczne jak na imprezach biegowych (z tego co pamiętam to były chyba cztery) więc warto dodatkowo zabrać coś ze sobą. Na punktach serwowana jest ciepła herbata, pomarańcze, czekolada, ciastka. Z pierwszego w ogóle zrezygnowałem ponieważ trudno było się przebić żeby chociaż chwycić kubek herbaty. Natomiast na kolejnych punktach starałem się oprócz picia także coś zjeść. 

Czas mierzą chipy w numerach startowych. Klasyfikacja tworzona jest według wyników netto, mimo to lepiej startować z czołowych sektorów. Nie trzeba się wtedy męczyć wyprzedzając słabszych i nie ma ryzyka zakorkowania się w węższych miejscach, zwłaszcza zaraz po starcie. 

Ostanie kilometry biegłem spokojnie. Stawka był już rozciągnięta. Z zaciekawieniem przyglądałem się jakim sprzętem dysponują rywale... i w jakim są wieku. Z ogromnym zdziwieniem stwierdziłem, że dominującą grupę stanowią starsi zawodnicy.
Biegi narciarskie to kolejna ponadczasowa dyscyplina:)
Moja kategoria wiekowa M30 - liczyła 262 zawodników, dla porównania: M40 - 354, M50 - 442, M60 - 231. Startowało także całkiem sporo Pań. Bardzo podobało mi się, że jest to jedna z tych dyscyplin, które nie znają limitów wiekowych. Muszę dodać, że starsi zawodnicy także rewelacyjnie radzili sobie na trasie. Mój znajomy Waldek Arnold (57 lat) zajął 350 miejsce, będąc jednym z najlepszych zawodników z Warszawy. Jak dla mnie imponujące:) 

Końcowe kilometry to długi zjazd w dół z miejsca zwanego Cichą Równią. Gdy dojechałem do Polany Jakuszyckiej ktoś z kibiców krzyknął, że zostało 1200 metrów. Wiedziałem już, że się udało... i było warto wreszcie bliżej zaznajomić się z nartami biegowymi:) 

Na ostatnich metrach nawet nie starałem się specjalnie finiszować. Przekraczając metę czułem to co na swoim pierwszym klasycznym maratonie, ogromną radość i satysfakcję.

Mimo niskiej temperatury (-8 C) obserwowałem kolejnych zawodników docierających do mety. Spotkałem kilku znajomych z Warszawy, którzy co roku startują w Biegu Piastów, ale także takich, którzy byli początkującymi - tak jak ja. Wśród nich była też nasza fotoreporterka Doris, która ukończyła bieg na dystansie 26 km, z bardzo dobrym czasem jak na debiutanta, zajmując miejsce w środku stawki (wśród 1,5 tys. zawodników).

Krótko mówiąc narty biegowe to wspaniała zabawa. Jeśli za rok powtórzy się taka zima, warto wtedy pamiętać, że to doskonały sposób na uzupełniający trening do klasycznych biegów ulicznych. Moim zdaniem na poziomie amatorskim takie kilkugodzinne wypady narciarskie spokojnie mogą w zimie zastąpić długie wybiegania. Na pewno też damy wytchnienie naszym stawom. 

Największym problemem jest skompletowanie sprzętu. Nawet w Warszawie praktycznie nie ma specjalnie gdzie kupić nart biegowych, nie wspominając już o wiązaniach czy kijach. Jeśli już ktoś już ma taki asortyment to zwykle oferta jest bardzo skromna, przypadkowa i oczywiście nie można liczyć na fachową poradę sprzedawców. Tymczasem w Harachowie sąsiadującym z Jakuszycami (czyli kilka kilometrów za naszą granicą, w cieniu mamuciej skoczni:) wybór jest ogromny. W pierwszym napotkanym sklepie samych tylko wiązań było kilkanaście rodzajów, z wiodącymi systemami SNS Profil i NNN, do klasyka i łyżwy, w różnych odmianach od automatycznych do manualnych. Podobnie sytuacja przedstawiała się z butami, nartami, kijami i smarami. 

Warto pamiętać, że narty najlepiej dobierać do wagi zawodnika. Za miękkie będą hamować podczas jazdy ponieważ będziemy je za bardzo „dobijać" do śniegu. Twardych np. nie dociśniemy na podbiegu itp. Kupując nowsze narty mamy cenną wskazówkę. Obecnie producenci głównych marek oznaczają na nartach dla jakiego ciężaru zawodnika są przewidziane deski.   

Za rok chciałbym wystartować ponownie, już bogatszy w tegoroczne doświadczenia :)


FOTORELACJA
(fot. Dorota Świderska, Wojciech Szota)

 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

{moscomment}