Anna Pawłowska-Pojawa: A dlaczego by nie Azja...?
Tak pomyślałam po tym, kiedy mój misternie zaplanowany wyjazd na pierwszy pozaeuropejski maraton do Marakeszu zaczął się sypać organizacyjnie jeszcze na półtora miesiąca przed wyjazdem. Linie lotnicze zmieniły rozkład, co oznaczało powrót do Polski cztery dni później niż planowałam, na dodatek bardzo ważne firmowe wydarzenie też się przesunęło w grafiku z grudnia na styczeń, a potem na początek lutego. I kiedy na biegajznami napisałam, że mi się plany rozjeżdżają, Robert podrzucił mi pomysł na... Dubaj.

O ile Marakesz miał w sobie szczyptę egzotyki, o tyle Dubaj zabrzmiał zupełnie egzotycznie. Mnie jednak nie trzeba specjalnie namawiać do szaleństwa. Co prawda serce mi lekko zadrżało, kiedy okazało się, że wyjazd do Dubaju jest ciut droższy niż wyprawa do Maroka i zamiast rodzinnych zimowych wakacji czeka mnie samotna wyprawa w nieznane, ale moja determinacja do tego, żeby pobiec koniecznie w styczniu i koniecznie poza Europą była ogromna.

Dodatkowym argumentem za była... trasa dubajskiego maratonu. Organizatorzy nie ukrywali, że gwiazdą biegu będzie Haile Gebrselassie i że oczekują rekordu świata. I oprócz miliona dolarów nagrody za rekord do 250 tys. za zwycięstwo, dołożyli też starań, aby warunki miał komfortowe. Trasa maratonu miała wieść główną przelotową ulicą wzdłuż morza i była.... tak płaska jak tylko można sobie wyobrazić płaską trasę na dystansie 42 km.

Nie było zatem co się zastanawiać - jadę. Rejestracja, wpisowe, samolot... Uuups, pierwszy zgrzyt. Do Dubaju Polacy muszą mieć wizę. Sprawdzam procedury, niestety, na własną rękę tego nie załatwię. W Warszawie nie ma ambasady Zjednoczonych Emiratów Arabskich, nie ma też żadnego przedstawicielstwa konsularnego. A tu czasu nie za wiele, połowa grudnia. Szukam w sieci, okazuje się, że są firmy które organizują wyjazdy i komplet dokumentów. Niestety, załatwienie wizy to dodatkowe 230 USD. Może być w pakiecie z hotelem. No dobrze, niech będzie, jest koniec grudnia, nie mam czasu się zastanawiać. Wysyłam dokumenty, po dwóch dniach dostaję promesę wizową, mam zarezerwowany hotel, skromny, bo skromny, ale dla mnie wystarczy.

Z Warszawy wyleciałam w poniedziałek po południu. O 18 byłam w Paryżu. I mam prawie 5 godzin oczekiwania na lot do Dubaju. Ale przynajmniej nie denerwuję się, że się spóźnię, późniejszy lot był prawie na styk. O 23 wylatuję z Paryża w nieznane. W Dubaju lądujemy ok. 8.00. czasu miejscowego, w Polsce jest 5 rano, ale wysyłam sms-y, że doleciałam szczęśliwie.

Azja. To widać już na lotnisku. Większość mężczyzn jest ubrana w kandury, sięgające kolan białe szaty, na głowach mają białe chusty lub arafatki. Są wysocy, mają jasną karnację, czarne oczy i czarne włosy. Nie wyglądają specjalnie przyjaźnie, kiedy skanują mi tęczówkę oka specjalną kamerą. Ale po chwili wbijają pieczątki na wydruku wizy i już mogę przekraczać granicę. Odprawa paszportowa - tu kolejny szok, za kontuarem czarno ubrane kobiety, w chustach na głowach, ledwie im oczy widać. Kolejne pieczątki i już jestem w Dubaju. W punkcie informacji turystycznej  zaopatruję się w mapę (nie miałam) i mini przewodnik (w Polsce nie było).

Wychodzę przed terminal. Idę w stronę taksówek. Z boku podjeżdża taksówka z różowym dachem, krzyczą na mnie, że mam do niej wsiąść. Wsiadam, nie mam ochoty na dyskusje. Za kierownicą kobieta. Podaję kartkę z adresem hotelu. Potem doczytam w przewodniku, że pink taxi to taksówki dla kobiet, prowadzone przez kobiety. Na razie jeżdżą tylko z lotniska. Taksówkarka nie odzywa się do mnie. W przeciwieństwie do taksówkarzy, którzy mnie potem wozili i którzy bardzo byli zainteresowani skąd jestem, co robię, a trzecim pytaniu pytali czy jestem mężatką i po uzyskaniu twierdzącej odpowiedzi zamykali się już do końca podróży. 

Skoro już przy transporcie jestem. Dubaj jest miastem bardzo rozległym. Wzdłuż całego miasta biegną dwie trasy przelotowe po cztery pasy w każdą stronę - jedna wzdłuż wybrzeża i druga - przez  środek miasta. Po Dubaju jeżdżą przede wszystkim taksówki. To najbardziej ekonomiczny środek transportu, o czym się przekonałam, jadąc na start maratonu. Ale o tym za chwilę. Jeszcze o transporcie w Dubaju. Poza tym po mieście jeżdżą autobusy. I to jest ciekawostka. Kiedy wsiadałam do autobusu na takiej miejscowej pętli, stanęłam grzecznie na końcu kolejki. Zostałam wykrzyczana na początek - kobiety nie stoją w kolejce. A jeżeli - to stoją w oddzielnej kolejce i najpierw do autobusu wsiadają wszystkie kobiety, a potem panowie, ilu się zmieści. Pierwsze trzy rzędy siedzeń w autobusie jest oddzielonych od reszty szybą z pleksi i to miejsca zastrzeżona dla kobiet. Oczywiście kobiety mogą siadać i gdzie indziej, ale w wyznaczonym miejscu raczej nie usiądzie żaden miejscowy pan. Tyle na pętli. Dalej już jest gorzej. Pełny autobus nie zatrzymuje się na przystankach pośrednich. Można stać godzinę przy tej czteropasmowej trasie i na próżno czekać, że jakiś autobus się zatrzyma. A jak już się zatrzyma - to jest walka o wejście do środka.

W Dubaju budują też metro. Od czterech lat budują.  W tym roku ruszy, w przyszłym - skończą pierwszą linię, 50 km. Bez komentarza.

Dubaj okazuje się miastem pełnym kontrastów. Zatrzymuję się w Deirze, która kiedyś była oddzielną wioską, a dzisiaj stanowi część tego wielkiego organizmu. Deirę od reszty miasta oddziela Dubai Creek, kanał, który wcina się na kilka kilometrów w głąb lądu. Nad brzegiem kanału stoją wysokie konstrukcje z betonu, szkła i stali, a na kanale cumują łódki, które mogły tu cumować równie dobrze 50 i 80 lat temu. Głównym środkiem transportu przez kanał pozostają abry - wodne taksówki, drewniane łódeczki z silniczkiem elektrycznym, kierowane głównie przez przybyszów z południowo-wschodniej Azji. Do takiej łódeczki wsiada na raz jakieś 15-20 osób. W ciągu dnia łódeczki pływają jedna za drugą, wieczorem odbija ich od brzegu po kilkanaście jednocześnie. O dziwo, obywa się bez kolizji. A nad tym wszystkim górują drapacze chmur, jedne z najwyższych budowli na świecie, w tym ta najwyższa, która na moich oczach osiąga swoją docelową wysokość.

Wbrew temu, czego się spodziewałam, nie jest gorąco. Temperatura powietrza nie przekracza 20 stopni, przeważają chmury, wieje, jest chłodno. To nie najgorzej rokuje na maraton. Drugiego dnia uświadamiam sobie, że start przewidziany na 6.30. odbędzie się sporo przed wschodem słońca, czyli... po ciemku. Jeszcze tego samego dnia przekonuje się, skąd taka decyzja. Wyszłam na ostatnią przebieżkę ok. 10. Akurat wyjrzało słońce. Po chwili koszulka przykleiła mi się do ciała i zaczęłam oddychać ciężko jak hipopotam. Trzeba zacząć wcześniej, zanim się zrobi gorąco. Nawet jeżeli nie ma upału.

 

Po południu jadę na drugi koniec Dubaju po pakiet startowy. Wzdłuż głównej drogi już widać oznaczenia trasy maratonu, już wiszą tabliczki zapowiadające punkty odżywcze, z boku leżą oznaczenia kilometrów. Czuję dreszczyk emocji. Na miejscu, wokół hotelu Westin, przygotowania idą pełną parą. Trwa budowa trybun przed hotelem, sam hotel już jest opatrzony stosownymi bannerami i napisami. U wejścia do punktu rejestracji - dwa ogromne bannery z podobizną Haile Gebrselassie.

Wchodzę do hotelu. Tu można odbierać numery do biegu maratońskiego oraz dwóch towarzyszących biegów - na 10 i na 3 km. Jest pustawo. Pochodzę do rejestracji, pokazuję dokument, dostaję pakiet startowy. Pakiet składa się z koszulki para startowej, bawełnianej, męskiej, koszulki typu T-Shirt, bawełnianej męskiej (obie Puma), opaski na głowę, soczku, mapy trasy, książeczki informacyjnej oraz jutowej torby na bagaż. I to tyle. Przy wyjściu - stoisko Pumy. Tu mnie zatrzymują hostessy, pytając, czy będę biegła. Tak. Aha. To należy mi się jeszcze różowa koszulka Pumy. Dla odmiany damska.

 

Z uczuciem lekkiego niedosytu wychodzę z hotelu. Tymczasem z głównego wejścia wychodzi dwóch czarnoskórych biegaczy. Jeden bardzo wysoki i bardzo szczupły, drugi znacznie niższy. Zerkam na tego niższego i przenoszę wzrok na bannery, na niego, na bannery - i stwierdzam, że oto 5 m ode mnie stoi Haile Gebrselassie we własnej osobie. A oprócz mnie przed hotelem jest jeden fotoreporter i ze 3 osoby obsługi. Robię jedno zdjęcie, drugie, tymczasem panowie z obsługi zaczynają sobie robić zdjęcia z Haile. Ha. Skoro oni mogą, to właściwie... Rozglądam się wokół, dziewczyna obok mnie domyślnie pyta: Zrobić ci zdjęcie? Aha. Ustawiam się i ... pstryk. Mam zdjęcie z Haile.

Potem pojawia się więcej osób, jeszcze małpuję kogoś i biorę autograf na koszulce (żółta, męska, i tak nie będę jej nosić). Ale zdjęć już nie ma, Haile wybiega na mała przebieżkę. Ja robię jeszcze kilka zdjęć hotelu i przygotowań i wyruszam na poszukiwanie przystanku. Idę wzdłuż ulicy. Jakieś półtora kilometra dalej natykam się na Haile, który już wraca. Wyciągam aparat, robię zdjęcie. O sekundy za wcześnie, bo za chwilę one mnie zauważa, uśmiecha się, podnosi w górę uniesiony kciuk.

 

Tego już nie mam na zdjęciach. Ale ten mały gest przywraca mi wiarę w to, że się uda. Że jednak pobiegnę tak jak zaplanowałam, że nic mi nie przeszkodzi, że zrobię tę życiówkę. Mimo nie najlepszego samopoczucia, mimo potwornego kataru, mimo wszystko.

Wracam do Deiry. W okolicach hotelu Westin pojawię się dopiero w piątek przed świtem. Niestety, coś takiego jak pasta party w programie nie występuje. Trudno, dopakuję się węglowodanami na własną rękę.

W piątek budzę się przed 4. Wszystko mam przygotowane, spakowane. Szybki prysznic, ubieram się, zbieram rzeczy i schodzę do taksówki. Na miejsce docieram chwilę po 5. Jest ciemno i zimno. Na szczęście mogę już kupić kawę. Wypijam kubek gorącej dużej czarnej. Są już samochody na rzeczy, są toalety (też na samochodach, takie wozy z kilkunastoma kabinami w środku). Robię sobie zdjęcia przed linią startu. W końcu uznaję, że pora się przebrać. Ściągam dres. Zostaję w króciutkiej koszulce z orzełkiem i w bardzo krótkich spodenkach. Zakładam na to foliową kangurkę z Amsterdamu. Jest nieźle, tym bardziej, że atmosfera robi się gorąca.

 

6.30. Start. I tu zaskoczenie. O 6.30. startuje... Haile Gebrselassie i elita. Startują daleko, dobre 100 metrów przed nami, nic nie widzimy, na dodatek oddziela nas barierka. Potem startują wózkarze (bardzo dziwna koncepcja, zwłaszcza, że wózkarzy jest trzech czy czterech) i dopiero za jakieś 3 minuty - cała reszta, czyli my. Mnie to w sumie nie przeszkadza, znam swoje miejsce w szeregu, ale takie oddzieleni elity od reszty biegaczy wydaje mi się nie najlepszym pomysłem. Równi i równiejsi...?

Ruszam minimalnie wolniej od założonej prędkości, ale i tak jestem zadowolona. Ciągnę równiutko po 5:03. Idealnie. Biegnę na zegarek, jak nigdy. Oznaczenie zgada się co do metra z tym, co pokazuje Garmin. Na 5. kilometrze pierwsze stanowisko z wodą i izotonikami. Potem co 2,5 km jest woda, co 5 - gąbki i izotonik. Zaraz za 5. km jedyne odbicie trasy - agrafka, w sumie pewnie z 1,5 km i wracamy na główną ulicę. Na wysokości Burj al-Arab, jednego z dwóch siedmiogwiazdkowych hoteli na świecie, miła niespodzianka - wyfraczeni kelnerzy w białych rękawiczkach podają nam wodę. Jest siódma rano, dopiero wschodzi słońce. Widok jest niepowtarzalnie absurdalny. To dodatkowy punkt, oprócz normalnych organizatorskich.

 

Na 15. km zaczynam odczuwać, że na punktach brakuje jakichś bananów czy innych owoców. Gdzieś na 16 - 17. km mijamy się z biegnącym już w druga stronę Haile. Jeszcze biegnie na rekord świata. Ja jeszcze biegnę na życiówkę. Na spokojne 3:35.  Jednak superpłaska i superprosta trasa zaczyna mnie już nużyć. Ma swoje zalety, ale ma i wady, zero odpoczynku dla mięśni, cały czas muszą pracować jednakowo. Mijam półmetek, za kilkaset metrów - nawrót, lekko zwolniłam, ale dalej biegnę dość równo.

Po 26 km zwalniam wyraźnie. Mija mnie Australijka, z którą wcześniej rozmawiałam, że biegniemy na podobny czas. Zostaję z tyłu. Nic, jeszcze nadrobię. Spokojnie, nie musi być 3:35. Na 28 wyraźnie czuję, że moja współpraca ze stopami robi się trudna. Zaczynam podchodzić kawałki. Na 32. ktoś mnie zaczepia po polsku. Polak, pracuje w Dubaju, biegnie tu drugi raz, w zeszłym roku miał 3:55, ale była gorsza pogoda. Biegniemy razem kilometr. Mówię mu, że stopy mi przestają pracować. Niestety, na 33 km odpuszczam.

Boli mnie zewnętrzna krawędź prawej stopy. Próbuję biec na placach, ale po 30 km mięśnie już nie bardzo chcą tak pracować. Próbuję nie przenosić ciężaru na prawą stopę, biegnę kulejąc. Wygląda to rozpaczliwie i tak ja się czuję. W końcu się poddaję i przechodzę do marszu. Trudno. Wszyscy mnie mijają. Na dodatek spuchłam. Mam potwornie spuchnięte dłonie i palce u dłoni. Próbuje podbiegać, ale boję się, żeby się nie „doprawić". Na 38. kilometrze łzy same napływają mi do oczu. Już powinnam być na mecie. Ktoś z organizatorów pyta mnie, czy wszystko w porządku. Tak, w porządku, nic mi nie jest... Tylko nie mogę biec... Staram się chociaż iść szybko.

 

Jeszcze dwa kilometry do mety, jeszcze jeden... 800 m przed metą stoi grupa Skandynawek, kogoś dopingują, ale przy okazji zaczynają i mnei dopingować, strasznie głośno, strasznie intensywnie... Zbieram się w sobie, próbuję zacząć biec, zaskakuję, do mety już biegnę. Wpadam na metę, potwornie smutna, ale jednak - dotarłam. Czas: 4:07. Gorzej było tylko w debiucie...

Tuż za linią mety dostaję do ręki dwa izotoniki, wodę, kanapkę, medal, szarą koszulkę (Puma). Wlokę się do szatni. Odbieram rzeczy, zmieniam koszulkę. Idę do toalety, potem zatrzymuję się przy stoisku z masażami. Chwilę czekam, ale kolejka nie jest duża. Tymczasem już się skończył bieg na 3 km, wokół trwa sportowo-rodzinne święto. Ja w różowej koszulce idę do namiotu Pumy specjalnie dla kobiet - te różowe koszulki to karta wstępu. Dostaję zieloną herbatkę, mogę sobie zażyczyć masaż stóp, manicure, makijaż, masaż barków. Do wszystkiego jednak czekają kolejki.  Wypijam jeszcze  filiżankę herbaty i wychodzę, w głębi duszy rozważając zarzucenie biegania.

 

Załapuję się akurat na finisz ostatnich kończących w limicie. Patrzę na tych, którzy dobiegają po prawie 6 godzinach. Widzę jak na ich twarzach zmęczenie walczy z bólem i radością. Widzę nielicznych coraz bardziej kibiców na trybunach. Ech, ja ze swoimi czterem godzinami chyba za bardzo się nad sobą użalam. Rozglądam się za tablicą z wynikami. Nic z tego, to chyba taki europejski wymysł. Pakuję się zatem do centrum prasowego. O media tu zadbano. Biorę wyniki ze stolika informacyjnego. Zerkam na wynik Haile. 2:05:29. Jemu też się nie udało. - Don't think like a loser - powie mi potem na przystanku Kenijczyk, z którym rozmawiam.

Tymczasem już jest 13. Powoli maraton przechodzi do historii. Zwijane są barierki z ulic, sprzątane trybuny. Toalety na wozach przestają pracować. Zaczyna funkcjonować sygnalizacja świetlna, zaczynają jeździć autobusy.

Jadę do Deiry. Nie wrócę już wieczorem na after party. Trochę żałuję. Na after party można wejść z numerem startowym. Można zabrać ze sobą swoich kibiców. Ale powoli zaczynam odczuwać, że wstałam przed 4 rano. I coraz wyraźniej czuję, że ból stopy nie był moim wymysłem...

 

Sobota jest ostatnim dniem, który spędzam w Dubaju. Tym razem mam plan, żeby trochę pozwiedzać. O 10.30. wsiadam do piętrowego autobusu wycieczkowego z przewodnikiem. Ruszam na trasę... centrów handlowych, które tu są niewątpliwie atrakcją turystyczną. W jednym jest nawet normalnych rozmiarów stok narciarski, w innym - lodowisko o wymiarach olimpijskich. Jeszcze inne wygląda jak muzeum starożytnego Egiptu. Przesiadam się do autokaru, który ma trasę bardziej historyczną. Tu zdecydowanie krócej, głównie po Deirze.  I jeszcze rejs po Dubai Creek. I jeszcze jakieś muzeum. Kończę zwiedzanie dobrze po 18.

Pora się pakować do domu. Stopa mnie dalej boli, ale już wybiegam myślami do następnego maratonu
{moscomment}