Galeria
Odcinek 1. / Odcinek 2.
Strona imprezy

Dział - Maratony zagraniczne
 
 
Ekipa Szakale Bałut wybrała sie na maraton do Nowej Zelandii. Swoimi przeżyciami będą się dzielić z naszymi czytelnikami :) Zapraszamy do czytania - odc. 3
 
Szymon Drab: Po opuszczeniu krainy gejzerów zatrzymaliśmy się na noc w Taupo, a potem dotarliśmy do Turangi. Oba miasteczka dzieli 50 km., a leżą one na przeciwległych krańcach największego jeziora Nowej Zelandii. Zwie się ono Taupo, więc mieszkańcy Turangi czują się zapewne nieco pokrzywdzeni, ale nie zauważyliśmy, by z tego powodu dochodziło do ulicznych zamieszek.
   
Jeszcze przed Taupo zatrzymaliśmy się, by podziwiać przyrodnicze atrakcje. Najpierw Huka Falls. Rzeka przebija się wąskim skalnym przesmykiem, który kończy się wodospadem, niezbyt wysokim, ale takim, który jest w stanie zademonstrować potęgę wody. Później spacer po Craters of the Moon. Drewnianym chodnikiem kroczy się wśród mniejszych i większych jam w ziemi, z których wydobywają się siarkowe opary. Miejsce niewątpliwie interesujące, choć nie umywa się nawet do atrakcji Rotorua.

W Turangi znacznie ciekawiej. Po zajęciu pokoju w hoteliku dla backpackersów dojechaliśmy do Tongariro National Park, jednego z najstarszych parków narodowych na świecie, założonego jeszcze w XIX w. Nasz pojazd jeszcze nie odmówił posługi, więc wbiliśmy się w gruntową drogę i dotarliśmy do parkingu na jej końcu. Pogoda była znakomita, a widoki otwierały się na wszystkie strony, bo byliśmy już ponad granicą lasu (dziwne – bo zaledwie koło 1.000 m.n.p.m.). Szkoda tylko, że w chmurach schowały się trzy największe wulkany, z najwyższym zwanym Ruapehu (2.797 m.n.p.m.). Zachęceni sprzyjającą aurą ruszyliśmy na górski spacer, fragmentem sławnego szlaku Tongariro Alpine Crossing. Jego przejście zajmuje zwykle dwa dni, a noc spędzić można w jednej z górskich chat. Nie mają one obsługi, są otwarte dla wędrowców, zaś na tutejszych szlakach spotkać można jedynie prawdziwych turystów, a nie wandali, którzy byliby w stanie przerobić schron na stertę trocin.
    
Dzień mieliśmy prawdziwie wiosenny, ale mimo to idąc w górę wkraczaliśmy powoli w krainę zimy. Minęliśmy jedną z górskich chat, po obu stronach wznosiły się dwa wulkany: Tongariro i Ngauruhoe, i choć przez chmury nie dane nam było zobaczyć ich wierzchołków, to i tak napawaliśmy się widokami. Wokół nas zrobiło się biało i tak dotarliśmy pod przełęcz rozdzielającą oba wspomniane szczyty, gdzie po kilku minutach marszu w bok doszliśmy do niewielkiego wodospadu Soda Falls. Częściowo zamarznięty, delikatnym zapachem siarki przypominał nam, że jesteśmy w Nowej Zelandii, a nie pod Babią Górą.

Cieszyły nas widoki, ale jednocześnie powodem do zmartwień okazała się noga Szymona. Już po powrocie zdiagnozowaliśmy u niego zapalenie ścięgna Achillesa. Dostał olfen w tabletkach, zaś nogę – dla odmiany – posmarował sobie olfenem. Może wydobrzeje do maratonu, choć przydałby się jeszcze olfen w czopkach.
    
Kolejny dzień przywitał nas deszczem. Góry na dobre schowały się w chmurach, a Szymon tylko kuśtyka (popiskując i złorzecząc). Podjechaliśmy do największego na wyspach narciarskiego ośrodka, położonego pod wierzchołkiem Ruapehu. Wszystko jednak spowijały chmury, więc z widoków nici. Szymon został w pojeździe, a Klaudia z Maćkiem wyruszyli na górski spacer, szlakiem trawersującym zbocze wulkanu. Nie było lekko – nasilający się deszcz, zimny wiatr, zapadanie się w śnieg (czasami powyżej kolan) i niestabilne kawałki lawy pod nogami. I wciąż w chmurach. Na szczęście trasa jest dobrze oznakowana tyczkami, więc ryzyko zabłądzenia nie było wysokie. Rzeczywiście – udało się nam wrócić i dotarliśmy do hotelu. Rzeczy się suszą, a my piszemy relację.
{moscomment}