Monika Caban-Benavides: Kwiecień, słońce, Pola Elizejskie, Łuk Triumfalny. Tak zaczyna się dzień, w którym pobiegłam mój 12 maraton.

Maraton paryski jest biegiem masowym w każdym tego słowa znaczeniu. 54 000 zapisanych, bieg ukończyło ponad 40 000, 149 narodowości, 25 0000 widzów.  Rozmach, który towarzyszy imprezie, świetna komunikacja przed biegiem, e-mailowa i na Facebooku (80 000 fanów), fajna koszulka na mecie no i ten medal …. świadczą o tym, że jest to maraton światowy.

Przez miesiąc biłam się z myślami czy biec czy nie (pobolewający Achilles, który po maratonie jakoś cudownie ozdrowiał) i w końcu, dosłownie tydzień przed, zdecydowałam się na start. Ponieważ mieszkam w Brukseli, dla mnie przyjazd do Paryża to rzut beretem, na szczęście mam tam znajomych, którzy mają piękny apartament tuż przy Łuku Triumfalnym, więc ułatwia to logistykę. 

Zapisy na Paryż (kto pierwszy ten lepszy) odbywają się w trzech rzutach. Pierwszy, tuż po maratonie, wyczerpuje się w przeciągu 1,5 godziny. Potem są dwa następne i odpowiednio wzrasta tez cena pakietu. Organizatorzy wszystkich biegów we Francji wymagają certificat medical czyli zielone światło od lekarza że nie ma przeciwwskazań do biegu. Trzeba o tym pamiętać gdyż bez niego nie wydadzą pakietu startowego.

Zaskoczył mnie brak kontroli bezpieczeństwa. Biorąc pod uwagę fakt, ze niedawno był atak na Charlie Hebdo i dwa lata temu, atak w Bostonie. Na starcie wszyscy się przemieszczają dowolnie w tą i z powrotem i panuje lekki chaos organizacyjny (jak to w Paryżu - biegłam już dwa krótsze biegi i byłam na to przygotowana), ale jakoś każdy znalazł swój kojec, zdołał oddać torbę i stanąłna linii startu na czas.

Trasa maratonu jest bardzo ciekawa. Początek na Polach Elizejskich 200 metrów od Łuku Triumfalnego a meta na najdroższej ulicy w Paryżu, Avenue Foch też 200 metrów od Łuku tylko w druga stronę. Bieg zaczyna się o 9 rano. Już na starcie muzyka i widać, przy lekkim zbiegu, kolorową falę ludzi. Niebo bez jednej chmury i temperatura 12 stopni. Bajka. Biegniemy kolo Place de la Concorde, Bastille, do Chateau de Vincennes i tam w parku nawrotka żeby potem wzdłuż Tamizy przebiec koło katedry Notre Dame, Musee d’Ordey, wieży Eifla, do lasku Bulońskiego. Co tu dużo mówiąc - cały Paryż w pigułce. Na 30-tym kilometrze zbudowana ściana z tekturowych cegieł i zaraz za nią napis - “ściana już za tobą teraz możesz spokojnie biec dalej”. Rozczulające. Na 35 km, w lasku Bulońskim złapał mnie kryzys, walka ze sobą znana maratończykom; pytania typu co ja tutaj robię, postanowienia - nigdy więcej, wątpliwości - nie dam rady - będę szła, wszystko przeszkadza nawet włosy na głowie. Dzięki strategii “kolanka do góry” , muzyce, gejom i transwestytom tańczącym w stringach i w perukach, przeżyłam i dobiegłam do mety. Widok niesamowity-tylko w Paryżu. Animacje fantastyczne, wodopoje co 5 km (trochę mało), pomarańcze, banany, suszone owoce, żelki energetyczne, tony cukru (który okazał się dla mnie zbawienny), woda w butelkach (nie ekologicznie).

Ogólne wrażenie bardzo pozytywne. Na mecie techniczna koszulka w odblaskowym kolorze (nie taki badziew jak w Londynie) i piękny medal. Strefa biegacza spora, można się pobyczyć na słoneczku żeby potem wyjść na Avenue Foch gdzie znajomi i rodzina koczują na trawnikach, gdzie leci muzyka i smażą się szaszłyki i kiełbaski i co kto chce. Spotykam sporo Polaków. Każdy zadowolony, uśmiechnięty od ucha do ucha bo atmosfera jest genialna, nie mówiąc już o pogodzie.

Następnego dnia po Paryżu przechadzają się biegacze w swoich pomarańczowych koszulkach w dumnym napisem - ukończyłem maraton w Paryżu!
 
Piękny bieg!
 
 
 
 
FOTORELACJA
 
 
 
 
 
 
 
 
 
{moscomment}