Polka ukończyła World Marathon Majors - cykl największych maratonów na świecie, do których zalicza się  Boston, Londyn, Berlin, Chicago i Nowy Jork a od 2013 roku również Tokio. Monika podzielia się z nami swoją relacją.  Zapraszamy do lektury i gratulujemy determinacji :)
 
Monika Caban-Benavides: Kiedy mówię „niebiegaczowi” o tym, to każdy patrzy na mnie jak na UFO. Biegacz wie, a maratończyk to już na 100 procent wie, o co biega.

Zaczęło się niewinnie. Po przebiegnięciu połówki w Berlinie dzwoni telefon. Claudia Amerykanka przyjaciółka biegaczka: Monika, gratulacje! Zakwalifikowałaś sie na maraton w Nowym Jorku! Ja: I co z tego? Ja nie chcę biegać maratonów. Claudia: Nie wiesz o czym mówisz, MUSISZ jechać!

I tak się zaczęła moja przygoda z poważnym bieganiem, 40-ty jubileuszowy maraton ING w Nowym Jorku przebiegłam w listopadzie 2009 jako mój pierwszy. Miałam pietra, bo nie dość, że pierwszy to na dodatek legendarny, najbardziej pożądany na świecie, największy, najlepszy....

Cała noc przed nie spałam tym bardziej, że na linię startu trzeba było wyruszyć na długo przed świtem. Dzięki niesamowitej logistyce i pomocy wolontariuszy, przetransportowano nas - ponad 40 tysięcy biegaczy - autobusami i promami, na drugi koniec świata, czyli na most Verrazano.

Dla elity - czyli w tym i mnie (czas kwalifikacyjny) - jest wydzielony specjalny grajdoł z WC i gorącą herbatką. Pogoda na maraton była idealna 7-10 stopni, słoneczko, brak wiatru. Biegło się lekko, jak na skrzydłach. Byłam świetnie przygotowana przez mojego trenera Huberta Duklanowskiego. Doping po drodze szalony, ponoć 2 miliony widzów. Dla nowojorczyków dzień maratonu to święto.  Wodopoje bez zarzutu, muzyka… Trasa ciekawa, przez wszystkie dzielnice Nowego Jorku, właściwie przewyższenia tylko na mostach, a zwłaszcza na jednym - Queensboro, było ciężko i wydawał się nie mieć końca.

Na metę w Central Parku dobiegłam ze łzami w oczach! W końcu to pierwszy maraton i to jaki! Biegłam z pożyczonym od kolegi Garminem- dotykowym- i tylko modliłam się żeby czegoś tam niepotrzebnie nie dotknąć, żeby coś się na nim nie poprzestawiało. Krótko mówiąc, biegłam na czuja, a w pamięci miałam słowa Roberta: „Monika tylko nie przyspieszaj, a w drugiej połówce - nie zwalniaj”. Minusem było brak miejsca, gdzie można odsapnąć już po mecie. Po odebraniu rzeczy z depozytu zostaliśmy wręcz wypchnięci poza strefę biegacza prosto w tłum dopingujących.

Następnego dnia przechodząc przez przypadek w okolicy Polskiego Konsulatu przypomniało mi się, że około południa jest impreza z polskimi maratończykami. Wpadłam w ostatniej chwili na wręczenie nagród i słyszę MOJE nazwisko! Dla najszybszej Polki puchar! Stoi teraz na honorowym miejscu na półeczce...

Po powrocie do Warszawy usłyszałam o pięciu światowych maratonach. I pomyślałam, że jak już Nowy Jork mam za sobą, to może by tak skompletować resztę.

I tak zaczął się paroletni program, który udało mi się zakończyć w tym roku w lutym maratonem w Tokio. W 2013 roku do Wielkiej Piątki (Nowy Jork, Chicago, Berlin, Boston, Londyn) dodano maraton w Tokio.

W 2010 pobiegłam Bank of America Chicago (10-10-10) z moim mężem. To były dobre czasy, kiedy można się było po prostu zapisać. Teraz trzeba brać udział w loterii lub mieć  kwalifikację czasową. Maraton w Chicago to klasyczna pętla, co bardzo ułatwia logistykę biegu. Trasa jest płaska, szeroka. Pogoda w Chicago jest nieprzewidywalna, jednego roku może być zero, a następnego 25 stopni. Tego dnia kiedy biegliśmy termometr pod koniec wskazywał 28 stopni. Start, już parę lat wstecz, ze standardowej godziny 9 został przełożony na 7:30 rano, właśnie ze względu na możliwość wysokich temperatur. Na linii mety dostaliśmy torebki z lodem, co okazało się zbawienne. Po biegu można było sobie poleżeć ze znajomymi i rodziną w Grand Park Millenium w atmosferze pikniku.

38 BMW Berlin w 2011 - to też pętla i na dodatek z górki. Przynajmniej takie miałam wrażenie bo byłam przygotowana dzięki morderczemu planowi treningowemu Jacka Gardenera. Podobnie jak w Chicago były to czasy zapisów na zasadzie kto pierwszy ten lepszy, dobra organizacja, trasa ciekawa, szeroka i doping po niemiecku! Na mecie prysznice rozstawione w namiotach polowych, piwko bezalkoholowe i piknik w parku na przeciw Reichstagu. W Berlinie zdecydowanie można zrobić „ŻYCIOWKę” – mnie też się udało i do tej pory nijak nie mogę pobić tego czasu (3:22:07) i tak już zostanie. Do mety za Bramą Brandemburską jest lekko z górki, więc ostatnie dwa kilometry nie są taką torturą, jak podczas innych biegów.



Zaraz po Berlinie zapisałam sie do Bostonu, gdzie czas kwalifikacyjny zwłaszcza dla mężczyzn jest zabójczy. To najstarszy maraton, który nieprzerwanie od ponad 100 lat odbywa się w połowie kwietnia w Partriot Day, nietypowo w poniedziałek. Legendarny, najszybszy (średnia ukończenia to 3:45), na który zapisy są we wrześniu i  czytałam niedawno, że skrócono czas kwalifikacyjny o 5 minut. Chętnych, biegających coraz szybciej, jest coraz więcej i ci, którzy do Bostonu chcą pojechać, musza nie tylko uzyskać wymagany czas, ale mieć nawet lepszy od limitu i siedzieć przy komputerze w momencie, kiedy otwierają się zapisy. Na 117-tą edycję John Hancock Boston Maraton zapisywałam sie 3 razy i jest to najdroższe wpisowe jakie zapłaciłam za maraton. Raz kontuzja, raz złamana stopa (na rowerze), w końcu ostatni raz pojechałam chora. Nie dość tego jeszcze w 2013 roku, 5 minut po moim dobiegnięciu na metę wybuchły dwie bomby.

 

Rano o godz. 6:30, autobusami zawieziono nas na przedmieścia - 20 mil od Bostonu do Hopkinton. Biegliśmy falami. Byłam w 2-ej, i pewnie tylko dzięki temu udało mi się dobiec przed wybuchem bomby i ukończyć bieg. Trasa na początku biegła ostro z górki i trzeba pamiętać, żeby się za bardzo nie rozpędzić. Druga połówka już pod górę i sam koniec w mieście. Przejmujący wiatr od zatoki, ostry doping, wszystko dobrze zorganizowane. Jednak przez atak terrorystyczny impreza stała się smutna. Następnego dnia miasto było pełne policji i wojska, a mój hotel otoczony zasiekami, linia mety zablokowana jako miejsce zbrodni, gdzie złożono już tysiące kwiatów i zniczy. Zginęły trzy osoby, nikt z biegnących, ale ponad 200 rannych, niektórzy stracili nogi lub ręce. Na szczęście nie widziałam tego na żywo, tylko w TV, ale od tragedii dzieliło mnie dosłownie 5 minut.
 


Po powrocie z Bostonu dzwoni Claudia: Tokio dodano do największych maratonów! Już myślałam, że jeszcze tylko Londyn i za rok mam komplet. Tokio to konkretna inwestycja, więc trzeba też przekonać męża, powoli oswoić go z nowym wyzwaniem. Póki co wzięłam się za Londyn, gdzie, żeby nie ryzykować przegranej w loterii, zdecydowałam się wybrać belgijską firmę specjalizującą się w tego typu wyjazdach.

2014 Virgin Londyn Marathon to impreza poświęcona organizacjom charytatywnym. Jest dużo mniej biegaczy takich, jak w Bostonie czy w Berlinie – skupionych na biegu. Biegnący są poprzebierani wspierając w ten sposób jakąś organizację. Pamiętam faceta który biegł z 42 kg lodówką na plecach. Trasa zaczyna się w Greenwich w parku. Początek z góry, dużo przewyższeń, nawet do tego stopnia że trzeba było parę razy się zatrzymać i poczekać. Przy rezerwacji podaje się swój szacunkowy czas i biegnie się falami. W mojej - na 3:30 już na starcie wiedziałam, że większość podała nieprawdziwy czas. I faktycznie widziałam na jednej z nawrotek, że “moja” grupa Hiszpanów z linii startu biegła za mną dobre 45 minut. Trasa do przebiegnięcia przez Tower Bridge raczej nudna. Potem przez St Catherine Docs w jedną stronę i powrót nad Tamizę, gdzie wzdłuż rzeki, przez parę kilometrów biegnie się do Buckingham Palace i tuż za, w St James’s Park jest meta. Tam panowie obcięli mi sznurówki w moich ulubionych butach żeby odebrać chipa i nie wspominam tego maratonu dobrze.

W końcu przyszedł czas na Tokio. To pełna egzotyka. Loteria z ponad 300.000 chętnymi na 35.000 miejsc. Zapisy od 1 sierpnia i we wrześniu 2014 roku mam upragniony e-mail z gratulacjami. Wygrałam numer startowy!

Lot do Japonii trwa 14 godzin i jest 8 godzin różnicy czasu. Pojechaliśmy z mężem na tydzień przed, żeby mieć czas na aklimatyzacje i przyzwyczajenie się do japońskiej diety.

Dzień przed maratonem zorganizowany jest Friendship Run, kiedy to towarzysząca zwykle biegaczom rodzina, ma okazję przebiec linię mety tokijskiego maratonu. Już tego dnia mieliśmy okazję zasmakować japońskiej organizacji i dyscypliny.
 
 
 
Na dzień startu, prognoza pogody zapowiadała deszcz i 7 stopni. Ubrałam się więc w celofan i wraz z moim mężem, uzbrojeni w parasol, pojechaliśmy metrem na start do Shinjuku. Już od stacji, spotkamy setki wolontariuszy (na maratonie było ich 12 tysięcy) którzy kierują biegaczy na odpowiednie stanowiska. Wszyscy stoją tam grzecznie w kolejkach do bramek prześwietlających każdego, policja przeszukuje torby. Od zamachu terrorystycznego w Bostonie wzmocniono ochronę na wszystkich tego typu imprezach. Nie wolno wnosić swojego picia, własne dozwolone są tylko żelki. Od startu mam łzy w oczach. Nie biegnę na czas i mam właśnie czas na to, żeby dać ujścia emocjom. Podziwiam jak Japończycy zorganizowali maraton dla 35 tysięcy biegaczy (7 edycja dopiero) w jednym z największych miast na świecie. Maraton odbywa się w samym Tokio, gdzie biegnie się po ścisłym centrum, a meta leży nad morzem w Odaba Marine Park. Wodopoje i izotoniki co dwa kilometry, biegną z nami policjanci, lekarze (zmieniają się co 10 km) żeby zapewnić bezpieczeństwo na trasie. Zadbano o każdy szczegół. Na dodatek pogoda dopisała i deszcz zdecydował nie padać. Biegacze poprzebierani tak, że przyjemnie na nich patrzeć. Nawet jest Michael Jackson, który robi moon walk w czasie biegu, przeważają Japończycy. Potem czytając statystyki okazało się, że obcokrajowców było tylko pięć tysięcy.
 
 
 
Na metę dobiegam z Japończykiem, który od 40-ego kilometra pociesza mnie, że już niedługo i nie wie, że ja płacze ze wzruszenia, nie rozumie, co do niego mówię. Na mecie dziękujemy sobie, kłaniając się po japońsku: „Arigato”.

Zdobywam swój upragniony medal z ostatniego maratonu… do kompletu. Mój program dobiegł końca. Mogę teraz odsapnąć i zastanowić się, czy warto było przez ostatnie 6 lat przebiec 11 maratonów, w tym 6 tych “Majorsów” i wybiegać w czasie treningów tysiące kilometrów. I teraz wiem, że jak najbardziej: „TAK”. W tym czasie poznałam setki wspaniałych ludzi, z wieloma sie zaprzyjaźniłam. Zwiedziłam parę pięknych miast i krajów. Zainspirowałam innych do biegania i sportowego trybu życia i zdrowego odżywiania. Czuję się świetnie i zupełnie nie czuję swojego wieku.

Maraton w Tokio miał być ostatni, ale mam już pakiet do Paryża.....

Monika Caban-Benavides

 

 

{moscomment}