Relacja filmowa 2013 / maratonczyk.pl
Sekcja - maratony zagraniczne
 
 
Tomasz Domżalski: Jeśli chcesz przeżyć coś więcej niż tylko radość z nowej życiówki, to Florencja wydaje się idealnym do tego miejscem. Należy jednak mieć na uwadze to, iż nazbyt euforyczny zachwyt sztuką osoby o ponad przeciętnej wrażliwości, może warunkować kiepską formę w dniu maratonu. Kiedy tam dotarłem, była 19.30 i – szczerze powiedziawszy – miasto w pierwszym odczuciu nie rzucało na kolana. Ale tylko na początku. Z pozoru – małe miasto, bo niczym chmur „nie drapało”. Wystarczyło jednak wejść w głąb, wplątać się w ciasne i wąskie uliczki, żeby poczuć majestat dawnego imperium, kunszt architekta Filippo Bruneleschi, Michała Anioła, Leonardo i wielu innych, których nie sposób wymienić jednym tchem. Właściwie całą tę relację można by poświęcić temu, co we Florencji można zobaczyć (a można zobaczyć bardzo dużo). Do Florencji wybrałem się jednak ze względu na organizowany tam maraton i o nim poniżej słów kilka.

Start na uboczu, finisz w centrum.

Start zlokalizowano nad rzeką, blisko zabytkowego centrum. Trochę jakby na uboczu, schowany przed biegaczami. Ci ustawiali się w strefach już 40 minut przed startem, a może nawet i wcześniej. Dla porównania we Frankfurcie pół godziny przed strzałem startera można było jeszcze swobodnie zrobić rozgrzewkę.

Wystartowaliśmy. Od samego początku coś się działo. Kibice od pierwszego kilometra krzyczeli: „bravi, bravi, forza, forza”. Potem trasa maratonu coraz bardziej oddalała się od centrum, prowadziła przez parki, następnie skrajem miasta. Ale tam nie byliśmy sami, było nas przecież ponad 11 tysięcy! Jednak to, co przeżyłem na półmetku, kiedy wracaliśmy do centralnych dzielnic miasta, na wysokości Piazza de Pitti, przeszło moje najśmielsze oczekiwania. Nie wiem, czy to tłumy kibiców stłoczone przy wąskiej uliczce, a może ich zwykły entuzjazm sprawił, że ruszyłem w tempie 3:25 min/km. W żadnym z moich dotychczasowych biegów takiego aplauzu nie widziałem i nie słyszałem, dlatego też z czystym sumieniem stawiam 5+ włoskim biegowym tifosi. To była istna kulminacja. Później spotykało się mniejsze grupy, ale i te były cały czas widoczne i głośne aż do samej mety. Finiszowałem na stosunkowo niewielkim placu Santa Croce. Przed biegiem zastanawiałem się, jak to organizatorzy rozegrają nie mając stadionu ani wielkiej hali do dyspozycji. Najwyraźniej architekci renesansu projektując miasto zawczasu pomyśleli o ulubionej aktywności potomnych. Dlatego też niemal zaraz po otrzymaniu medalu wąskie uliczki „odprowadzały” do dalszej części bufetu. Nie było też większych problemów z tym, żeby wydostać się ze strefy maratonu.

Trasa na życiówkę.

 Wielu z Was zapewne interesuje, jaki jest profil trasy florenckiego maratonu. Z pewnością nie jest to tor wyścigowy, bo i podbiegi trzeba było „zaliczyć” chyba ze trzy razy. Te, które pamiętam, szybko się kończyły i to w dodatku miłym zbiegiem. Jednym słowem, na życiówkę można się we Florencji jak najbardziej porywać! Mi się to udało z czego bardzo się cieszę (2:45:45 netto – przyp. red.)

Pizza. Ta włoska

Zanim przeszliśmy do kulinarnej części maratonu, zwiedziliśmy z Magdą (Magdalena Mielnik - mistrzyni Polski U23 w triathlonie – przyp .red.) Galerię Uffize. Było więc coś i dla ciała, jak i duszy. Ogrom ilości rzeźb, obrazów, fresków i historii z nimi związanych wręcz przytłaczał, co niewątpliwie odczuły moje nogi. Siły na nowo odzyskałem dzięki pizzy i włoskiemu złotemu z pianką.

Treśd pełnego artykułu na asics.pl:
http://www.asics.pl/running/knowledge/florence-marathon-w-2-4545-relacja-tomka-domalskiego/

 

 

{moscomment}