Andrzej Wojakowski: Kolejnym wiosennym długim biegiem, w którym brałem udział, był maraton w Toronto. Dlaczego tam, dwadzieścia dni po maratonie w Bostonie ? Ponieważ nie byłem wcześniej w Kanadzie. Jednak najważniejszą sprawą dla mnie była możliwość dłuższego pobytu u mojego b. dobrego kolegi ze studiów, Jacka, który od dwudziestu kilku lat mieszka w Toronto. Warunki przygotowawcze, treningowe, lokalowe, żywieniowe, miałem wyśmienite. Niedaleko od domu, w którym mieszkałem był park w dolinie małej rzeczki, a pętla treningowa miała tam długość ponad 10 km. Zresztą na terenie tego parku rozgrywany jest corocznie charytatywny bieg na 10 km o nazwie Terry Run Fox. W drugim parku, trochę w dalszej odległości od miejsca pobytu była całkiem spora górka, na której trenowałem podbiegi. Tak, więc nic tylko trenować, co skrupulatnie wykorzystałem na porannych biegach.

W piątek przed maratonem udałem się do Biura Zawodów, odebrać  zestaw startowy z nr Bib.  W otrzymanym zestawie dostałem dwie techniczne koszulki, w tym jedną w pięknych biało-czerwonych barwach Kanady. Tak ładnej koszulki chyba jeszcze nie dostałem. Przy okazji pochodziłem po niewielkich targach Expo, zwiedzając stoiska, degustując różne specyfiki. Ceny na targach jednak nie na moją kieszeń.

Start do maratonu w niedzielę 5 maja, był zaplanowany na godz. 7.30. Tak wcześnie jeszcze nigdy nie biegłem. Organizatorzy, prawdopodobnie nauczeni doświadczeniami z wcześniejszych lat, ze względu na możliwość wystąpienia wysokiej temperatury w południe, prawdopodobnie dlatego zaplanowali tak wczesną godzinę startu. Dla mnie oznaczało to pobudkę na godz. 4.30, co by na 3 godz. przed startem zjeść niewielkie śniadanie. Przed 6.00 rano wyjeżdżamy z Jackiem, jego samochodem, na miejsce startu oddalone sporo kilometrów od centrum miasta. Nie muszę chyba mówić jaka to była wątpliwa przyjemność dla Jacka w niedzielę tak wcześnie rano wstać i bawić się w kierowcę.

Na miejscu było jeszcze niewiele osób, ale po krótkiej niepewności, co i gdzie, wszystko później było w porządku. Swoje rzeczy oddałem, poszedłem w pobliże miejsca startu na rozgrzewkę. Pogoda tego dnia o tej godzinie była słoneczna, ale w cieniu było jeszcze trochę chłodno. To dobrze, ale co będzie za 2-3 godziny? W ramach tego weekendu biegowego był rozgrywany jeszcze półmaraton, sztafeta, i później w południe bieg na 5 km. Jednak pierwszym startowym biegiem był maraton.  Przed startem spiker wymienia nazwy kilku krajów skąd pochodzą biegacze, było mi bardzo miło usłyszeć „Poland” - chyba się nie przesłyszałem z Holland:)

Start punktualnie o zaplanowanej godzinie, na początku biegnę prawie w samej czołówce, obok "pace rabbita",  tj. biegacza-królika, który na dużych uszach (oczywiście nie swoich, ale na czapce z uszami) ma wypisany czas 3:05. Oznakowanie trasy - co 1 km, ale jest oznakowanie w milach, co 5 mil. Na początku biegnie się szeroką aleją w stronę centrum, ruch zamknięty tylko po jednej stronie ulicy, po drugiej odbywa sie normalny ruch uliczny.

Jest z górki, po 5km patrzę na zegarek - czas ok. 20.00!, po 10 km - 43.25, na półmetku 1:34:37. Jest nieźle, ale drugą połowę mam zazwyczaj gorszą. Na początku biegnę w niewielkiej grupie biegaczy, później już tylko sam, walcząc z czasem i z sobą. W połowie maratonu jesteśmy w centrum miasta, w tzw. downtown, z każdej strony widać nowoczesne wieżowce (szkło i stal). W ogóle centrum Toronto to jeden wielki plac budowy, dużo widać dźwigów budowlanych, dużo rozkopanych miejsc. Znaczy to, że miasto się gwałtownie rozwija. Na chodnikach na trasie biegu jest trochę ludzi dopingujących biegaczy, od czasu do czasu zdarza się usłyszeć grający zespół. Stacje nawadniania w wodę i Gatorade rozmieszczone są bardzo często, co 3-4 km, obsługiwane przez ładne wolontariuszki :) często o azjatyckim pochodzeniu.

Po ok. 26 km trasa biegu biegnie wzdłuż jeziora Ontario, najpierw w stronę Missisagi (duże miasto obok Toronto), a potem z powrotem w stronę centrum do hal Expo do miejsca finiszu. Z jednej strony widok na wielkie jezioro, z drugiej promenada i bulwar miasta.  Biegnie sie tutaj niezbyt szeroką alejką wzdłuż promenady. A na tej alejce nie tylko biegacze z maratonu, ale również niedzielni joggowicze (widać to po ich sylwetce i sposobie poruszania się), rowerzyści, spacerowicze, niektórzy z pieskami. Jest niedzielne przedpołudnie, śliczna pogoda, dużo osób na spacerach, niezbyt zainteresowani maratończykami. Trochę to dla mnie nietypowe zjawisko, ale nie było żadnej kolizji, przynajmniej ja takiej nie widziałem.

W drugiej połowie maratonu można było co najmniej trzy razy dostać żelki wspomagające, co skrzętnie wykorzystałem, bo sił mnie nie przybywało. Z góry słońce, głowa gorąca, a w nogi zimno, bowiem leciutki wiatr od jeziora schładza moje nogi. Biegnie mi się wolniej z powrotem w stronę finiszu, na 35 km mam czas 2:46:51, na mecie powinienem mieć czas ok. 3:20. Ale na 39 km zaczyna się kryzys, tzw. ściana. Fabryka nie daje już mocy, zmuszony jesyem przejść do marszu. Ok. 200 m marszu, później bieg i tak ze trzy razy. Następnie łapie mnie skurcz w prawe udo, staję, próbuję rozmasować. Po chwili dalej biegnę. Ta historia powtarza się dwa razy, co nigdy mi sie jeszcze nie zdarzyło w mojej historii biegania maratonów. Ale że do mety już blisko biegnę, wpadam na aleję finiszową i walczę z półmaratończykami. Osiągam czas 3:29:59,8 (pierwszy raz spotkałem sie z czasem podawanym do dzeisiątej sekundy).

{moscomment}