Strona zawodów
Wyniki
Dział - Maratony zagraniczne

Andrzej Wojakowski: Niniejsza relacje zacznę pod względem czasowym od końca maratonu. W momencie wybuchu dwóch bomb byłem juz poza strefa zawodnicza, czekając na przystanku na spóźniający sie autobus miejski (wcześniej z powodu korków ulicznych). Nagle usłyszałem dość potężny huk, za kilka sek. następny. Pierwsze skojarzenie, czy to czasem nie była eksplozja ładunku wybuchowego, za chwile drugie, czy to nie było coś innego. Niestety, moja pierwsza myśl okazała się prawdziwa. Jako ze stałem przy ruchliwym skrzyżowaniu, obok dużej galerii handlowej (Prudential Shops), wypadki zaczęły toczyć sie w b. szybkim tempie. Nagle na ulicy pojawiło się sie mnóstwo ludzi, bowiem nastąpiła błyskawiczna ewakuacja galerii, zamknięto dojazd w kierunku miejsca wybuchu. Z każdej strony zaczęły nadjeżdżać na sygnale wozy najróżniejszych policji (oznakowane i nieoznakowane), ale na sygnałach świetlnych i dźwiękowych. Po chwili zaczęły nadjeżdżać duże ambulansy rożnych szpitali, pojawili się nawet biegnący policjanci, a również policja na dużych motorach.

Na twarzach wielu ludzi widać było zaniepokojenie (może przerażenie), na niektórych twarzach widziałem łzy. Dużo ludzi szybko sie poruszało, niektórzy przebiegali ulice. Ambulansy zaczęły wracać z miejsca wypadku (na pewno z ofiarami), ponieważ ta ulica prowadzi w stronę wielu centrów medycznych. Boston znany jest, jako duże skupienie wielu szpitali. Najpierw zacząłem liczyć wracające ambulansy, ale po piętnastym zrezygnowałem. W niedługim czasie znów wracały do miejsca wybuchu. Mimo wszystko na „moim” skrzyżowaniu było spokojnie, policja zręcznie kierowała ruchem ulicznym, nie było żadnej paniki, prawie wszyscy rozmawiali przez tel. komórkowe. Jedna biegnąca młoda dziewczyna potwierdziła moją wersję, że dwie bomby eksplodowały. Zastanowiłem sie, co robić dalej. Zrobiłem kilka zdjęć, ale do stojących ambulansów na sygnale była jednak znaczna odległość. Wg moich obliczeń od miejsca wybuchu byłem ponad 500m. Chciałem wycofać się, ponieważ stojąc ok. 20 min. i obserwując, co sie dzieje, żaden autobus nie nadjeżdżał. Dwa razy spróbowałem poprosić kierowców, aby podwieźli mnie do najbliższej stacji metra linii Orange, ale mi odmówiono, raz w sposób b. zdecydowany. Wyjąłem z plecaka mapkę miasta i zobaczyłem, że do najbliższej stacji metra linii Orange jest bardzo niedaleko. W ciągu 5 min byłem w metrze, które normalnie kursowało, pojechałem do mojego przyjaciela Heralda, który mnie gościł. Po przyjściu do jego apartamentu chciałem jak najszybciej zadzwonić do mojego syna w Polsce, aby wiedział ze u mnie wszystko w porządku. Niestety, pomimo pomocy Heralda, linie tel były tak obciążone (wszyscy naraz dzwonili), że nie było żadnej możliwości polaczenia się z Polską. Wysłałem maila do syna i za kilka minut rozmawiałem z nim poprzez Skype, zdając mu moją relację. Okazało sie ze mój syn był dosyć spokojny o mnie, bo wiedział, jaki czas uzyskałem na mecie, a kiedy nastąpiły wybuchy. Tak dla mnie szczęśliwie zakończyło sie to niecodzienne wydarzenie.

A teraz parę konkluzji. Kto sie pierwszy próbował skontaktować ze mną, aby dowiedzieć się, co sie u mnie dzieje? Nie byli to dosyć bliscy, znani od lat koledzy czy przyjaciele, a osoby dużo mniej mi znane. Pierwszy mail otrzymałem od kolegi Mariusza z Polski (którego dodatkowo poprosiłem o tel. do syna, jako że wtedy nie mogłem sie połączyć do Polski, oczywiście zaraz go wykonał). Drugi mail otrzymałem od jeszcze nieznanej mi osoby z Nowego Jorku, od Everetta, który będzie mnie gościł w następnych dniach. Stara prawda znów zatriumfowała, bowiem prawdziwych przyjaciół poznaje sie w biedzie, w nagłej potrzebie, w udzieleniu pomocy itp., a nie wtedy, kiedy umawia sie na piwo. Dla mnie to kolejna, nieoczekiwana lekcja o moich „przyjaciołach”. Wnioski wyciągnę sam. Tyle o eksplozji z mojej, cale szczęście dalekiej perspektywy

Zanim przejdę do maratonu, kilka slow o targach EXPO przy biurze zawodów. Tyle firm, tylu wystawców, tak wiele konkursów, całe mnóstwo najróżniejszych degustacji produktów, nawet pokazy na batutach (np. salta na nartach czy snowbnoardzie) to jeszcze nie widziałem. Swoim gigantyzmem jednak zaskoczył mnie ten maraton. Ale wszystko dopięte na ostatni guzik, bardzo dobra organizacja, informacja. Nawet miała swoje stoisko Fundacja Maratonu Warszawskiego, dobrze żeby ta ekipa przekazała szereg uwag p. dyr. Markowi Troninie, oczywiście celem doskonalenia maratonu w Warszawie. Ale Boston ma juz 117 lat swoich doświadczeń.  Sporo produktów podobało mi się, szczególnie niebieska kurtka z tegorocznym logo maratonu, ale cena 100$ skutecznie ostudziła moje zamiary kupna.

W niedzielę wywieziono biegaczy żółtymi szkolnymi autobusami na miejsce startu tj. do miejscowości Hopkington pod Bostonem. Jako że startowałem z tzw. pierwszej fali (RED WAVE), a z Corralu 7, byłem wcześniej dowieziony, tj. już po godz. 7.00 rano. A tam na trawie śniadanie (ale nie te od C. Moneta), tylko dla biegaczy, z całkiem dużym wyborem. Odpoczywam, siedzę, przebieram sie, robię kilka zdjęć, wokół masa biegaczy, ale np. na druga wizytę w toi-toi musiałem czekać ponad 10 min. Truchtam do swojego Corallu 7 (tz. że czas z kwalifikacji ustawił mnie w siódmym tysiącu biegaczy) na miejsce startu. W oczekiwaniu na sygnał startu rozciągam się.

Punktualnie sygnał startu o godz. 10.00, no i w drogę z powrotem do Bostonu, tyle że tym razem na własnych nogach. Pogoda do biegu wymarzona, lekkie zachmurzenie, jest dosyć chłodno, ale nie zimno. Na trasie całe mnóstwo kibiców, b. żywo dopingujących biegaczy (żeby nie powiedzieć wrzeszczących), serwujących napoje, wodę, cząstki pomarańczy, a nawet w jednym miejscu widziałem meksykańskie piwo. Takiego zainteresowania biegiem to jeszcze nie widziałem, a przebiegłem dotychczas trzynaście maratonów.

A jak mój bieg? Pierwsze 5 km OK, czas ok. 21:25, ale później okazuje się że kombinacja trzech rożnych żelków nie była najlepiej odebrana przez mój żołądek. Do tego doszło jednak lekkie wcześniejsze zmęczenie moich nóg. Ostatnie dni przed maratonem b. intensywnie zwiedzałem Nowy Jork, a w ostatnim dniu Boston. Ale muszę też przyznać że ostatnie trzy tygodnie przed maratonem opuściłem wiele zaplanowanych treningów, z rożnych przyczyn. A to wszystko odbiło sie później na wyniku. Do połowy biegłem całkiem nieźle- międzyczas 1:34:37, ale wiedziałem ze druga połowa będzie słabsza. Po drodze orkiestry, a w jednym miejscu nastolatki krzyczały, dodatkowo wymachując plakatami “KISS ME”. A było ich dużo, do wyboru, do koloru. Niektórzy biegacze z tego korzystali, ja nie, teraz myślę, ze jednak popełniłem błąd, była to bowiem rzadka możliwość pocałunku np. z ładną afroamerykanką. 10 sek straty, ale ile przyjemności. Trasa maratonu okazała się łatwiejsza niż przypuszczałem, było więcej zbiegów w dół, niż podbiegów w gore, a słynne Wzgórze Złamanych Serc (Heart Broken Hill) pokonałem może wolniej, ale bez zadyszki, bez żadnych trudności.. Stacje nawodnienia rozmieszczone bardzo często, zarówno po lewej, jak i po prawej stronie trasy biegu, jednak trochę oddalone od siebie (co ułatwiało “tankowanie” biegaczom). Wbiegam do Bostonu, na ostatniej prostej trochę przyspieszam (znaczy że mam rezerwy), nie daję się już za bardzo wyprzedzać. Pomimo tego, uzyskuje, wg mnie oczywiście, całkiem niezły czas netto:3:23:17. Za metą najpierw woda, następnie napój z proteinami, później folia, i dopiero medal. Wszystko tak przemyślane, aby biegacze po biegu przesuwali sie powoli, nie stali w miejscu. Następnie owoce, torebka ze smakołykami, i można juz iść do swojego autobusu po zdany bagaż. Wszystko należycie oznakowane, jednak na swój bagaż czekałem parę min.. Było trochę wietrznie, a w cieniu zimno, wiec staram sie jak najszybciej przebrać w suche ubranie, wyjść ze strefy zawodniczej maratonu, iść na przystanek autobusowy, aby szybko dostać sie do apartamentu Heralda, aby wziąć PRYSZNIC.

Ten sposób mojego postępowania okazał sie nieoczekiwanie bardzo dobry, uniknąłem chaosu i paniki w strefie zawodniczej. Od momentu ukończenia przeze mnie maratonu do czasu wybuchu upłynęło ok. 43 min. Co to znaczy jednak dosyć szybko biegać jak na mój wiek, ale trzeba też mieć trochę szczęścia w życiu, aby uniknąć sytuacji znalezienia się w niewłaściwym miejscu o niewłaściwym czasie.
Wypadki w Bostonie nie zniechęciły mnie do dalszego udziału w maratonach. Piątego Maja br startuje bowiem w kolejnym maratonie w Toronto. Mam trochę czasu na regenerację organizmu, na dalsze doskonalenie formy, aby poprawić rezultat z Bostonu. Przy okazji trochę pozwiedzam Kanadę, a w szczególności prowincje Ontario.
Ale o tym może następnym razem.

Boston 16.04.2013
Andrzej Wojakowski

PS. Dzisiaj wiele osób na moim kolejnym lekkim spacerze po Bostonie, widząc mój medal na piersi, były bardzo życzliwie nastawione do mnie.
{moscomment}