Generał Roman Polko - fot. Archiwum prywatne
 
Specjalnie dla portalu Maratończyk.PL Generał Roman Polko opisał swoje wrażenia z 37. Maratonu w Paryżu, który odbył się w ostatni weekend – 7.04.2013

Generał Roman Polko: Na maraton w Paryżu - drugi największy po nowojorskim, wybrałem się przede wszystkim ze względu na samo miejsce i malowniczą trasę. Zaraz po przylocie wybrałem się metrem do biura zawodów, pokazałem certyfikat medyczny i odebrałem pakiet startowy. Bez kolejek, mnóstwo stanowisk, ale... pakiet ubogi. Żadnej koszulki, tylko numerek, parę kiepskich gadżetów i broszura informacyjna.

Później kolacja - uroczych knajpek w Paryżu nie brakuje, hotel i studiowanie otrzymanych materiałów. Wczytałem się i byłem pod wrażeniem - konkretne wskazówki dla biegaczy amatorów. Choćby ta, żeby za wiele nie chodzić po samej wystawie i mieście, bo to może niekorzystnie wpłynąć na kondycje w dniu startu. Oczywiście nie zamierzałem się do niej zastosować, wszak nie samym maratonem żyje człowiek.
Pogoda bardziej zimowa niż wiosenna, jak w Polsce, ale to nie przeszkadzało w podziwianiu uroków miasta. Za to w dniu startu zaświeciło słońce i przy temperaturze trzech stopni z rana nie było źle. Doświadczony innymi biegami miałem na sobie starą kurtkę, która po starcie wylądowała na poboczu.

Start spokojny, bez żadnych przepychanek, ostatni rzut oka na Łuk Triumfalny, parę słów dla mojego najwierniejszego kibica stojącego za płotem (żony - Pauliny) i zaczęło się. Trasa raczej płaska i szybka, tyle że moje przygotowania do startu były tak zakłócone, że nie miałem pojęcia na co mnie stać. Dlatego założyłem cel optymalny: trójka z przodu (poniżej 4 godzin) i minimum - nie więcej niż cztery z przodu.

Tempo równe i spokojne, cały czas około 5 minut i 10 sekund na kilometr - bez szarpania i lepiej niż założyłem. Po przekroczeniu każdego odcinka pięciokilometrowego odzywał się mój telefon z czasem i informacją o przekroczeniu punktu kontrolnego. Takie same sms-y otrzymywała Paulina. (Usługa kosztowała dodatkowe jedno, czy dwa euro). Punkty foto - linie wyraźnie oznakowane. Kilku fotografów w rzędzie i uprzedzające krzyki: "uśmiech - linia foto!!!". Sił dodawali kibice, których na trasie nie brakowało i zespoły muzyczne. Czarnoskórzy bębniarze i tancerki byli rewelacyjni - mają w sobie wyczucie rytmu, które potrafili przełożyć na pokaźny zastrzyk energii dla biegaczy. Super!!!

Około 15 kilometra lasek buloński - miejsce żartów z moich pierwszych latach służby w jednostce komandosów ("tam "genialny" sztab generalny na pewno zaplanuje nam tajną bazę wypadową do działań specjalnych"). Na trzydziestym kilometrze dobiegam do okolic złomowiska zwanego wieżą Eiffela. Spotkanie z moim najwierniejszym kibicem, własna "odżywka" (coca cola , dodatkowy nawrót - coby zdjęcie z Eifflem wyszło i... uświadomienie sobie, że maraton tak naprawdę dopiero się zaczyna.

Wiedziałem, że przy takim wybieganiu kryzys musi nadejść i nadszedł - na 35 kilometrze. Nawet nie miałem ochoty z nim walczyć, no może dopiero w okolicy 40 kilometra, kiedy zacząłem zastanawiać się czy zejdę poniżej czterech godzin. Ulegać też za bardzo nie ulegałem, urządziłem sobie po prostu marszobieg.
W końcu META! Udało się, czas 3:55:48 do rewelacyjnych nie należy, ale jak na turystykę biegową może być Upragniony medal i koszulka techniczna - tylko dla tych co dotarli do finiszu. Z masażu zrezygnowałem, prosto z trasy - kąpiel i wędrówka po mieście, doskonała na rozluźnienie mięśni.

Impreza godna polecenia: dobra organizacja, świetna atmosfera, malownicza trasa w centrum miasta i kibice!!! Teraz RZEŹNIK, a jesienią DUBLIN


Generał Roman Polko - fot. Archiwum prywatne
 

Paulina Polko - fot. Archiwum prywatne
{moscomment}