Dział - Maratony zagraniczne
Strona zawodów

Stanisław Szarawara: Marzenia się spełniają a często zaskakują nas... swoim bogactwem treści.
Tak właśnie było w moim przypadku. Jako świeżo upieczony maratończyk w 2012 roku po udanych debiutach - ukończenie pierwszego maratonu Cracovia w czasie 3: 47: 04, pierwszym „pudle”- Koral Maraton ( I miejsce w kat.wiek.60 + - 3: 34:15) i II miejsce w kat. wiek.- 3:40:11 w Maratonie Trzeźwości w Radomiu - zamarzyłem o starcie w zagranicznym biegu. W Internecie „wyskoczył” Tokio Maraton. Poważnie potraktowałem to losowe wyzwanie i zacząłem szukać kontaktu z biurami zajmującymi się organizacją wyjazdu na tę imprezę. Otrzymałem propozycję „ pewnego” biura i zacząłem przygotowania do realizacji tak poważnego wyzwania, jakim był start w biegu maratońskim w tak egzotycznym miejscu, jakim jest Japonia. 

Podekscytowany, pełen obaw, ale i determinacji, ostro wziąłem się do roboty. Był listopad i zbliżała się zima. Wykorzystując doskonałe warunki do treningu, jakie dają mi okolice Rabki-Zdroju i wspaniałe towarzystwo kolegów -maratończyków: Ani  Kordeczki -„ rabczańskiej gazeli” (Cracovia – debiut, Wiedeń – „złamana czwórka”, aktualnie przygotowuje się „na Sztokholm” ) i Janusza Staroniewicza „skromnego giganta maratońskiego’’ (zaliczył wszystkie najważniejsze maratony w Europie z wyjątkiem Londynu), zacząłem realizować program treningowy „ pod Tokio”. Z olbrzymią determinacją i konsekwencją wypełniłem wszystkie zadania i pełen niepewności, ale i ciekawości stawiłem się 20 lutego na lotnisku im. F. Chopina w Warszawie. Tam czekali na mnie koledzy, którzy również lecieli do Tokio: Pati i Rafał Urbańscy (Rafał ukończył kilkanaście maratonów i leciał do Tokio, aby „złamać trójkę’ oraz Piotr Pieniążek - długoletni maratończyk „kochający biegać, „ aby zaliczyć Azję”- wszyscy częstochowianie.

Po kilkunastu godzinach lotu via Monachium wylądowaliśmy na lotnisku Narita pod Tokio.
Pozostawieni, a raczej „wykołowani” przez „pewne” biuro, musieliśmy sobie dalej radzić sami. Dzięki wspaniałym zmysłom organizacyjnym moich kolegów moja rola ograniczała się tylko do pilnowania się, abym „im nie zginął’’. Oni radzili sobie świetnie ze wszelkimi problemami. W czasie załatwiania biletów na tranzyt z lotniska do hotelu poznaliśmy jeszcze dwójkę maratończyków, którzy lecieli tym samym samolotem i mieli mieszkać w tym samym hotelu: Anię – „Anulkę” i Roberta Celińskich z Bielska-Białej – znanych (szczególnie Robert jako rekordzista trasy maratonu na Antarktydzie) w Polsce jak i na świecie maratończyków. Robert leciał do Tokio, aby uzyskać tytuł (chyba) pierwszego na świecie maratończyka,  który zaliczył Six Majors  World Maraton,s , jako że po raz pierwszy Tokyo  Marathon wszedł do puli Majors, a Anulka, aby „złamać trojkę .Na drugi dzień dotarliśmy na Expo, gdzie odebraliśmy pakiety startowe i pewni już udziału w wymarzonej imprezie, rzuciliśmy się w objęcia niezmiernie przyjaznej, kolorowej, sterylnie czystej tokijskiej metropolii. Chłonęliśmy z zapartym tchem egzotyczny a zarazem i tajemniczy kulturowo „organizm made in Japan”.  Poświęciliśmy na to cały piątek i sobotę, wplatając poranny rozruch po sąsiadującym z hotelem urokliwym parku oraz wieczorny wypad do włoskiego baru na obfitą i bardzo smaczną „pastę” przed mającym nazajutrz nastąpić egzaminem maratońskim.

Po tylko w części przespanej nocy ( skutek trudnej aklimatyzacji) udaliśmy się na „lekkie” śniadanie, a następnie po krótkim rekonesansie widokowym (hotel nasz znajdował się blisko strefy startu) dołączyliśmy do tłumnie przemieszczającej się rzeszy maratończyków.  Najpierw depozyt - samochód nr 30, zgodnie z informacją na numerze startowym i dalej w kolorowym tłumie kierujemy się w stronę sektora E ( wszystko zgodnie z info na numerze).  Ustawiamy się w określonym miejscu, czyli w gronie około 5 tys. zawodników. Przed nami 20 tys. +Elita (1tys.) i maratończycy na wózkach (100). Za nami jeszcze 15 tys.! Jest słoneczny, mroźny, niedzielny poranek ( w cieniu około 0° C, w słońcu około 3° C), lecz nawet lodowaty wiaterek nie potrafi ostudzić rozgrzanego i gotowego do wysiłku ciała.
Jeszcze tylko chwila „rozmowy” z synem Bartoszem, który gdzieś tam z góry od 12 lat kibicuje mi w sportowych zmaganiach, od kiedy to odszedł w tragicznych okolicznościach 30 września 2001 roku (Jemu dedykowałem ten bieg) i po armatnim wystrzale oraz fajerwerkach confetti ze śnieżnobiałych serduszek około godziny 9.10 ruszyliśmy spod tokijskiego ratusza w kierunku linii startu - tam, gdzie „elita” już przemierzała pierwsze kilometry.

Rafał, Robert i Anulka, sprytnie wykorzystując jakąkolwiek wolną przestrzeń, parli do przodu, aby jak najszybciej włączyć na linii startu „zegarki”, gdyż mieli przecież (Rafał i „Anulka”) za zadanie „złamać trójkę”. Ja spokojnie z „resztą” przemieszczałem się, aby po około 3 minutach „wystartować”. Włączyłem garmina i ruszyłem w niezmiernie kolorowym tłumie biegaczy w kierunku upragnionego celu – finiszu na Big Sight oddalonego o magiczne 42 km i 195 m. Żel, który wziąłem 20 min. przed startem i wspaniała atmosfera tak mnie uskrzydliły, że, nie czując w ogóle wysiłku, pokonałem pierwsze 5 km w rekordowym tempie, co mnie tak zaskoczyło jak i zaniepokoiło, gdyż nigdy dotychczas w żadnym wcześniejszym maratonie nie czułem się tak świetnie: lekko, świeżo, spokojnie, wspaniale. Z ciągłymi „ciarami” na widok tłumu biegaczy i tłumów kibiców żywiołowo i serdecznie nas dopingujących, (co wywoływało niezapomniane wrażenie), mijałem kolejnych zawodników. Dosłownie na całej trasie maratonu nie było ani metra pustej, po obu stronach trasy biegu, przestrzeni. Trasa maratonu prowadziła szerokimi arteriami wśród potężnych budynków, parków, z niewielkimi podbiegami, po ulicach tak równych, że można było biec z zamkniętymi oczami. Organizacja całego przedsięwzięcia od strefy startu aż po strefę finiszu i dalej na poziomie „made in Japan”. Niewiarygodna precyzja i logika, która chyba tylko zarezerwowana jest dla Japończyków. Potężna liczba wolontariuszy i służb zabezpieczających funkcjonowała jak w „japońskim zegarku”.

Nigdzie, tak na trasie jak i po zakończeniu biegu, nie można było zauważyć jakichkolwiek niedociągnięć organizacyjnych w tak gigantycznej imprezie. Nawet się nie zorientowałem, jak znalazłem się w strefie finiszu. Zaskoczenie było tym większe, że w dalszym ciągu biegłem bez wysiłku, a w dodatku niesiony dopingiem gęstych szpalerów kibiców zmierzałem do mety. Jeszcze tylko uniesienie ramion w geście zwycięstwa i wypowiedziane „For You my son Bart”, kilka łez wzruszenia ze szczęścia i znalazłem się w strefie wyciszenia. Garmin pokazał mi dystans: 43 km 450 m. W szpalerze wolontariuszy z lewej i prawej strony, uśmiechniętych, klaszczących i kłaniających się przemierzałem radośnie następne strefy: wręczenia medalu, żywnościową, sponsorską, strefę depozytu (nikt nie czekał ani sekundy na swoje rzeczy!), dalej strefę odświeżania – rewelacyjna!, strefę przebierania, strefę Seiko, gdzie można było poznać swój czas, choć nieoficjalny. Tu dowiedziałem się, iż poprawiłem „życiówkę” prawie o 3 minuty, osiągając wynik 3:31:49!  Po około 500 m znalazłem się w olbrzymiej hali tzw. strefie Family, gdzie w umówionym miejscu, tj. pod balonem nr 6 czekał już uśmiechnięty Rafał i szczęśliwa Pati.. Z radosnej jego twarzy wyczytałem, iż pewnie zrealizował swój cel – „złamał trójkę”! Oznajmił mi radośnie, że poprawił ,, życiówkę”. Gratulacjom nie było końca, kiedy oznajmiłem mu, że ja prawdopodobnie też poprawiłem „życiówkę”. Wkrótce dołączył do nas z medalem na piersi uśmiechnięty i cały „ happy” - Piotr Pieniążek. Po krótkim odpoczynku i wymianie wrażeń zadowoleni i szczęśliwi, choć i trochę zmęczeni, podążaliśmy w nieskończenie ciągnącym się „wężu” rozpromienionych, szczęśliwych, ale i niekiedy utykających i z grymasem bólu na twarzy, finiszerów. Kierowani przez wolontariuszy dotarliśmy do stacji metra i po około 40 minutach byliśmy już w hotelu. Wieczorem uroczystą kolacją z winem i sushi uczciliśmy nasze zwycięstwo. Tokio zostało zdobyte! W niekończących się rozmowach, jeszcze długo po północy, snuliśmy i układaliśmy plany na przyszłość: ja – Dębno, Krynicę i Poznań, Rafał i Piotr- Wiedeń, Sztokholm i debiut w triatlonie w Mikołajkach, a może i jeszcze ,,coś”.

Jest wspaniale! Są następne cele i marzenia. Jest radość i tajemnica zamierzeń i planów. I ciągle kołaczące się w głowie myśli i pytania: „jak ja kocham biegać!”, „bieganie to moje życie!” „Jak długo jeszcze pisane mi jest tak radosne wypełnianie wolnego czasu?” „Jak długo jeszcze będę przeżywał tak piękne chwile euforii po zwycięstwie nad swoimi słabościami i bólem?…”

Spełniony i szczęśliwy uczestnik maratonu Tokyo 2013
Nr startowy E 30686
Stanisław Szarawara, Rabka-Zdrój, Polska

PS. Oprócz nas w Tokio na pewno startowali: młoda dziewczyna, która przyjechała z ojcem, aby zaliczyć „Tokio” w regulaminowym czasie (spotkaliśmy ich w przeddzień startu i rozmawialiśmy o naszej wspólnej przygodzie), chłopak z Wrocławia, którego spotkaliśmy z polską flagą w strefie Family oraz dwoje maratończyków, którzy wygrali start zwyciężając w konkursie Asicsa. Wiem również, ze sportowej prasy o starcie maratończyka z Bochni, który wygrał bilet do Tokio z puli loteryjnej.

Oczywiście „Anulka”- Anna Celińska „ złamała trójkę”.

{moscomment}