Dział - Maratony zagraniczne
Strona zawodów

Mirosław Żochowski: Oto relacja z naszego biegu w Atenach. Z żoną na wózku, pokonałem trasę z Maratonu do Aten w 5h 52 min. Sam kiedyś w 1996r 4h10min i 2000r 5h 6min.

Po raz pierwszy miałem okazję być w Atenach w1996r. Dwukrotnie. Na sztafecie biegowej z Żor do Aten. Z okazji setnej rocznicy igrzysk nowożytnych. Oraz  uczestnicząc w biegu maratońskim, z Maratonu do Aten. Po raz trzeci będąc w Atenach w roku 2000, ponownie wziąłem udział w maratonie. Jako iż nie należę do zawodników liczących się w rankingach jakichkolwiek, zastanawiałem się gdzie by tu pobiec, by po pierwsze być zauważonym, a po drugie mieć z tego bezsporną satysfakcję. Wpadłem na pomysł by odwiedzić kolebkę biegów maratońskich, właśnie w Atenach. Nie byłoby to możliwe bez ludzi dobrej woli, zwanych dalej sponsorami. Idziesz, prosisz, otrzymujesz - kasę, bez której sport amatorski, w moim przypadku by nie istniał. Podczas jednego z biegów maratońskich, widziałem Riksze a na nich siedzące dwie kobiety. Były to dwie byłe sportsmenki, które uległy wypadkom. Każdą rikszę obsługiwało dwóch zawodników. Jeden z przodu, drugi natomiast z tyłu. Będąc wówczas, trzydziestoletnim facetem, zmagającym się z dziwną przypadłością. Zasługiwałem na szacunek. Patrzcie - będę biegł 42 km, tocząc walkę, która tylko na pozór jest sportową wykładnią tego co dzieje się we mnie. A tutaj ktoś podjął się dodatkowo, pchać rikszę. Szok! Co za poświęcenie, hart ducha oraz siła motywacji. Po piętnastu zgoła latach, los uśmiechnął się również i do mnie.

Rok 2012

Z Aten do Maratonu wywiozło wszystkich zawodników ponad sto autokarów. Różne narodowości i języki. Różne też maści i specyfiki dały  się unosić w powietrzu przed startem. Sam zastanawiałem się czy również nie namaścić się takową śmierdzącą substancją. Nigdy tego nie robiłem, szczerze mówiąc nigdy nie widziałem bo robili to ci którzy walczą o złoto lub pozycję w trakcie jakiegoś biegu. Tak więc bieg prócz faktycznego przygotowania organizmu do fizycznego wysiłku odbywa się w głowie. Limit czasu wnosił 6 godzin. Organizator Jorgos Tusis, zgodził  się, iż mamy 8 godzin na pokonanie trasy. Bieg ten miał stanowić większą rangę niż Kaliska Setka. I chociaż tam pokonanie trasy zajmowało mi 12,5 godziny to jednak tutaj w Atenach, zamierzałem pokazać się jako biegacz amator, motywowany sobie wiadomymi dążeniami. Siła gladiatora, wytrzymałość dzikiego zwierza (uciekającego przed limitowanym czasem) oraz  motywacja jaką miał Spyridion Louis, miały doprowadzić mnie do mety.
 
Na kilkadziesiąt minut przed startem, odbyłem z żoną krótki trening wokół miejscowego stadionu. Daliśmy się we znaki wszystkim. Ludzie pewnie zastanawiali się, czy my to na poważnie. Względnie na którym kilometrze śmiałkowie odpadną. Półgłosem, choć nieco drżącym, zobowiązałem się przed Bogiem i żoną, że jeśli nie odpadniemy to z pewnością nie będziemy ostatni. Ostatecznie postanowiłem podzielić bieg na dwie części. Do 20 km i co dalej? Trochę przerażało mnie to wzniesienie, które miało być od 18-32 km. Ostatecznie postanowiłem pobiec dystans półmaratonu do 3 godzin ( 2h 57 min ). 
 
Zawodnicy startowali z siedmiu progów czasowych. Pierwszy składający się z tych najlepszych, walczących o zwycięstwo. Oraz stopniowo wypuszczanych na trasę, pozostałych stref czasowych. Startowaliśmy jako siódma, choć najbardziej liczna grupa zawodników.  W  naszej  drużynie była kobieta z wózkiem dziecięcym oraz niewidomy biegacz z przewodniczką. W drugim bloku startowym, również zauważyłem śmiałka z dzieckiem w wózku. Nim  zorientowałem się że biegniemy, już czułem power i adrenalinę. Żona miała jedynie nie przeszkadzać, czyli nie zmuszać do szybszego tempa. Fakt iż w kraju mieliśmy za sobą kilka biegów i półmaratonów zdopingował mnie dobitnie. 5 kilometrów pokonaliśmy w 35 minut. Wspaniały doping miejscowych sprawił iż 10 kilometrów przebiegłem w 1h :10 minut. Dobry czas mówiłem żonie. Na trasie nie było przypadkowych gapiów. Wszyscy bili brawo, nawet policjanci. Ci rozpoznawali nas, również w Atenach, parę dni po biegu. Tłumy ludzi, stojące w grupkach liczących po kilkanaście a nawet kilkadziesiąt osób, dał się wzmagać. To było piękne mityczne i bardzo potrzebne. Po 10 kilometrze byłem pewien że pokonamy całą trasę i  wpadniemy na stadion jak Filipides, oznajmiając i krzycząc dumnie - NENIKIKAMEN

Co kilkaset metrów obsługa medyczna biła brawo. Po drugim pasie poruszały się karetki i motocykliści biegu. Również nasz kolega Wojtek, towarzyszył nam na rowerze. Parokrotnie zdarzyło się iż chętni pomagali pchać wózek. I tak po kilkadziesiąt metrów. Biegł zawodnik na boso w średniowiecznej, chociaż plastikowej imitacji zbroi. Podbiegi po górkę w kilku miejscach nie stanowiły dla mnie specjalnego problemu. Blask słońca oślepiał momentami twarz, by ostatecznie zaślepić mnie, dążeniem do zwycięstwa. Cały czas biegnąc krzyczałem, że jesteśmy z Polski. Z resztą na lotnisku okazało się iż połowa samolotu to właśnie biało-czerwoni. Kolega nawet spotkał sąsiadów z za ściany. Z górki musiałem mocno trzymać wózek, natomiast gdy chciałem biec szybciej, kółka wpadały w wibracje, co uniemożliwiało bieg. W ciągu całego biegu wypiłem z sześć butelek napojów izotonicznych i zjadłem cztery banany. Czekoladę, wcześniej przygotowaną, zjadła żona. Zawodnicy pomagający pchać wózek jak się potem okazało wbiegali na stadion pół godziny po nas. Od piętnastego kilometra przed metą rozpocząłem "opętany finisz" słuchając MP4.Tutaj otrzymaliśmy grecką flagę. Wyprzedzaliśmy dosłownie wszystkich. Trasa idealnie prosta, pozwalała często pchać wózek jedną ręką.

4 godz 30 minut, to nasz czas  na trzydziestym kilometrze. Nie wiem skąd miałem tyle energii i siły w nogach. Gdy w czwartek wylatywaliśmy do Aten miałem za sobą zaledwie trzy trening po 10, 10 i 18 km. Psychika, to fakt, stanowi o twoim zwycięstwie. Nogi niczym ze stali doprowadziły nas do  końca i konkluzji, iż warto czasem porzucić wszystkie brudy naszego umysłu. I wypocić nasze doczesne przemijanie. Bo przecież, radość z wysiłku i nawet chwilowe porażki, to całe wspólne życie. N drugi dzień po biegu czułem tylko lekkie przemęczenie i nie miałem żadnych kontuzji lub zakwasów. Widać, kto trenował, śmiałem się w drugiej połowie biegu. Dziadek mój Józef Kucharczyk, nie bez powodu pracował ciężko na odlewni, sam będąc również sędzią zapaśniczym..
Niechaj żyje genetyka !!!
 
Pełny materiał na: http://biegtureta.blogspot.com
 
 
 
 
 
 

{moscomment}