Strona zawodów
Sekcja - maratony zagraniczne

Radosław Wypych: „…Do Amsterdamu zawitać choć raz, resztę załatwi czas…”. Słowa piosenki zespołu EKT GDYNIA od wielu lat dźwięczały w mojej głowie.  Holandia - kiedyś nieosiągalna - ostatnio odwiedzona przeze mnie dwa razy. Pierwszy raz było to w zeszłym roku. Potraktowałem wyjazd jako rekonesans przed maratonem. Spędziłem tam wtedy 8 dni, zwiedzając ją na rowerze. Żadne opisy ani zdjęcia nie oddadzą charakteru i piękna tego miejsca oraz życzliwości ludzi, których tam spotkałem. Dodam tylko, że jest to prawdziwy raj dla rowerzystów: ścieżki rowerowe, ronda rowerowe, wiadukty dla rowerów, kierunkowskazy i mapy niemal przy każdym skrzyżowaniu. Przebyłem wtedy ok. 600 km i wiedziałem, że chcę tam wrócić i przy okazji połączyć wyjazd z biegiem w Amsterdam Maraton. Udało mi się zrealizować nieco ponad rok później.


Na maraton pojechaliśmy we trzech: ja - 53 przebiegnięte maratony, mój brat Maciek - 8 maratonów i Tomek - maratoński nowicjusz. Do Amsterdamu postanawiamy jechać pociągiem, ale, co najważniejsze, zabieramy ze sobą rowery. Planujemy po biegu spędzić na nich 4 dni.

Wyjeżdżamy w piątek wieczorem, w sobotę rano jesteśmy na miejscu. Nocleg zarezerwowaliśmy na otwartym cały rok campingu Zeemburg. Nie przypuszczaliśmy, że o tej porze roku spotkamy tam tylu ludzi pod namiotem. Wprawdzie nocą temperatura spadała do 2 stopni Celsjusza, ale przecież jesteśmy twardzi, damy radę! Po zakwaterowaniu ruszyliśmy na rowerach do biura zawodów i zwiedzać miasto. Odbiór numerów odbywał się bardzo sprawnie i nie zajął dużo czasu. Szczególnie zainteresowały nas stoiska ze sprzętem sportowym rozstawione przy biurze. Jak się dobrze poszukało można było trafić na okazje w bardzo dobrych cenach, nawet przy przeliczniku 4,3 za euro.

Jako że Amsterdam znany jest z nocnego trybu życia postanowiliśmy od razu odbyć późnonocny tour po mieście. Zwiedzając je zrobiliśmy 30km. Niby niedużo, ale jutrzejszy, a właściwie dzisiejszy maraton zobowiązywał do odpoczynku.

Niestety rano nie sprawdziliśmy dokładnie rozkładu jazdy i okazało się, że z powodu biegu wiele linii autobusowych nie kursuje. Na start dotarliśmy po 4km marszu. Ujrzeliśmy tłum kibiców i startujących. Tych ostatnich było ponad 35 000 z ponad 70 krajów (poza maratonem odbywały się też biegi na 1km, 8km, 21 0975 km). Spotkałem biegaczy z takich krajów jak Chile, Wenezuela.

Od rana zastanawialiśmy się jak ubrać się na bieg. Rano było jeszcze chłodno, ale na później zapowiadano słońce i 16 stopni. Dajemy na krótko. Trochę trzęsie, ale po wejściu na stadion, w tłumie robi się gorąco. Wejście na bieżnię Stadionu Olimpijskiego, gdzie był start, to była ekstaza, drugą taką przeżywam na mecie, również na stadionie.

Opis maratonu będzie krótki: start i powolny trucht w tłumie biegaczy. Dopiero po  wybiegnięciu ze stadionu i przebiegnięciu ok. 2-3km można przyśpieszyć. Punkty odżywcze, co 5km – woda, izotonik, banany. Trasa trochę po mieście, trochę po peryferiach, wzdłuż kanałów, punkty z muzyką i pamiętna pływająca barka ze śpiewającym solistą. Większość trasy obstawiona przez kibiców, ale ostatnie 5-6km to jeden długi szpaler ludzi. Czuję się jak kolarz na Tour de France. Przed samym stadionem to już nie tłum, to jedna wielka masa ludzi. Gdy wbiegam na stadion, zwalniam, delektuję się chwilą, oby trwała jak najdłużej. Po ukończeniu biegu nigdy nie widziałem tylu uśmiechniętych i szczęśliwych twarzy. Uściski dłoni, poklepywania z całkiem obcymi ludźmi. W którymś momencie, całkiem zaskoczony  zostałem wyściskany przez Brazylijkę, która właśnie ukończyła bieg . Na stadionie unosiła się niesamowita energia pozytywnej euforii.

Wynik, jaki osiągnąłem to 3:46:20, Maciek - 4:06. Jedynie Tomek zapłacił wysoką cenę nowicjusza. Zszedł niestety na 28km. Wspomnę jeszcze, że pierwszy zawodnik Wilson Chabet osiągnął 2:05:53 (netto 2:05:50) a w pierwszej dziesiątce było 9 Kenijczyków. Wśród kobiet zwyciężyła Tiki Gelana z Etiopii z wynikiem 2:20:08 (2:20:07).
 
Po maratonie powrót na camping i przygotowanie do 4 dniowej wycieczki rowerowej na północ Holandii, wzdłuż wybrzeża Morza Północnego. Nocowaliśmy na campingach, niektóre są otwarte do końca października. Jeden z nich był przy samym wale chroniącym Holandię od zalania przez morze i przez całą noc fale Morza Północnego grały, a właściwie bardzo głośno tłukły o brzeg. Na szczęście temperatura w nocy na te 4 dni podniosła się do 8-10 stopni, więc nie było zimno. Poza tym deszcz, słońce, słońce i deszcz, do tego silny wiatr. Przez te 4 dni zrobiliśmy ok. 300km, co przy takiej pogodzie i krótkich już dniach uważam za niezły wyczyn.

A co do Holandii …. Jedźcie  tam na wakacje i spróbujcie. Oczaruje was z pewnością.
A maraton? Sami go przeżyjcie!

 

Fotorelacja

{moscomment}