Dorota Świderska: Nasz Włoski korespondent ponownie odwiedził Paryż. Tym razem celem było ukończenie Parish Marathon. Kolejna wyjątkowa relacja Danilo! 

Danilo Ferraris: Miesiąc temu po półmaratonu w Paryżu napisałem, że organizowanie biegu dla 18.000 osób to nie jest prosta sprawa.  Po maratonu przekonałem się, że dla prawie dwa razy tyle osób jest chyba łatwiej, bo naprawdę co do organizacji Maratonu w Paryżu to nie można mieć zastrzeżeń.Wszystko odbywało się sprawnie i płynnie. W sobotę odbiór numeru startowego w Pawilonach Expo Center bez żadnej kolejki. Co do pasta party nie mogę się wypowiadać bo tradycyjne z niego zrezygnowałem, dla mnie makaron jest cos co ma być gotowany „ekspresowo" i od razu spożywany! W niedzielę rano bez problemów zostawiłem torbę przy mecie z jednej strony Łuk Triumfalny i bez kolejki udałem się do odpowiedniej strefy startowej po drugiej strony Łuku. W strefie trzeba trochę czekać, patrzę się dookoła: same uśmiechnięte twarzy. A tu rodzi się pytanie ? Z czego oni (a w końcu ja też) się tak cieszą ? Za parę godzin, z wyjątku kilka tysięcy najlepszych, cała reszta będzie zmordowana i padnięta,  pragnąca tylko żeby ta męczarnia trwałą jak najkrócej. Chyba na trasie koło lekarzy z pogotowia powinny dyżurować także psychiatrzy i psychologowie, żeby badać fenomen biegania: tysiące ludzi które płacą i się cieszą żeby się tak mordować. Ba, ale ja też jestem jeden z nich.

Więc wracamy do biegu, pierwsze kilometry są naprawdę przyjemne. Champs Elisee są wystarczająco szerokie aby nas wszystkich zmieścić i na razie nie ma „korków". Pogoda jest wspaniała do zwiedzania, ale powoli staje się okropna do biegania, pod koniec na słońcu było ok 30 stopni.

Na piątym kilometrze jest pierwszy punkt z wodą i tu nie da się uniknąć zakorkowanie. Wniosek, że to jest maraton na życiówkę tylko dla biegający ok. 3 godzin albo lepiej, bo dalej trudno nie tracić czas i rytm w tym tłoku.  Ale trudno nie tylko życiówkami się żyje, a już wiem, że z moją trzeba będzie jeszcze czekać bo temperatura niemiłosiernie rośnie a na 20 km już mam serdecznie dosyć (trochę za wcześnie jak na maraton, prawda ?).

Wstążeczka fioletowa na mój numer startowy przypomina mi, że chciałem biegać na 3.45, nawet w biuro zawodów dali mi fajną bransoletką (zawsze fioletowa) z międzyczasy do tego wyniku. Z upływu kilometrów (po woli) a czasu (bardzo dużo) bransoletka staje się coraz bardziej śmieszna, pociesza mi tylko fakt,  ze pomimo wszystko jeszcze mijam dużo większych ode mnie optymistów z niebieskimi bransoletkami na 3:30

Trasa prowadzi przez cały Paryż, włącznie z najsłynniejszych monumentów a na początku to nawet patrzę na to wszystko z przyjemnością, ale z upływu kilometrów nawet Wieża Eiffla już mnie nie porusza.

Na połówkę mam 2 godziny i przeczucie, że może być tylko gorzej. Jeszcze tylko kilka kilometrów biegam w przyswojtym tempie, a potem postanowię, że mi jest wszystko jedno i przechodzę na marszobieg. Na 30 km mam 2:56 i ochotę się położyć na trawie. Biegamy w tunelu gdzie zginęła księżna Diana, ale moje jedynie spostrzeżenie jest, że chociaż tu jest cień.

Wbiegamy do Las Boloński, temperatura już jest nie do wytrzymania. Las ładny, ale chyba strasznie duży, bo nigdy się nie kończy. Już stosuje taktykę: minutę marszu i minutę biegu, ale chyba coś nie tak z tym moim zegarkiem bo te pierwsze błyskawicznie mijają  a te drugie nigdy się nie kończą.

Na 39 kilometrze widzę po lewej stronie karetkę i faceta z maską tlenową i połączony do różnych elektrodów, pierwsza reakcja jest przyśpieszyć aby ten koszmar się kończył jak najszybciej a kilometr przebiegam cały w rekordowym tempie 6.43. Ale karetki już szaleją. Na prawo widzę nieprzytomny facet a koło niego tylko kibice bo karetka jeszcze nie zdążyła. 200 m dalej jeszcze jeden. Wrócę do swojej taktyki, minutę na minutę, bo jak już tyle chorych to nie chcę jeszcze bardziej zawracać głowę francuskiej służby zdrowia.

W końcu wychodzimy już z tego strasznego lasu. Do mety już tylko kilometr, tu jest pełno ludzi, krzyczą głośno. Mnie też już się chcę krzyczeć, zaczynam kochać francuzów (bardzo dziwna rzecz jak dla Włocha) wysyłam całusy na prawo i na lewo i przyspieszam (po co ? nie wiem ale już tak jest). Kończę 4:28, jeden z najgorszych wyników ale jestem zadowolony, chyba dlatego, że już mam to z głowy, albo po prostu dlatego, że też miałbym się zwrócić do psychiatry. Nie wiem, ale nie ważne: gorąco polecam Paryski Maraton!

{moscomment}