Galeria NEW!

Paulina Bolibrzuch: XVI Maratona di Roma był naszym pierwszym zagranicznym biegiem. Precyzyjnie: biegiem Romka, bo ja biegałam jedynie między punktami, gdzie można było zobaczyć zawodników. Po tygodniach oczekiwań na ostateczną datę maratonu (nie było wiadomo, kiedy odbędą się w Rzymie wybory samorządowe, których organizacja kolidowałaby z biegiem) w październiku 2009 kupujemy bilety na „Norwegiana" i rezerwujemy mały, domowy hotel Texas, niedaleko Piazza della Repubblica, skąd w 10 minut na piechotę można dotrzeć na miejsce maratońskiego startu: pod Koloseum.

Miasto przywitało nas wiosną. Reklamy biegu były widoczne dosłownie wszędzie. Nikt nie narzekał na plan zamknięcia na pół dnia najważniejszych punktów Wiecznego Miasta, w tym Koloseum i Forum Romanum. Nikomu nie przeszkadzały ustawiane kilka dni wcześniej barierki zabezpieczające trasę biegu. 

Sama organizacja wydarzenia przerosła nasze najśmielsze oczekiwania. Na stacji metra, na której wysiadało się by dotrzeć do miasteczka maratońskiego po pakiet startowy stali wolontariusze z mapkami wskazującymi drogę. Szybko okazały się zresztą niepotrzebne: strumień ludzi wracających z miasteczka z charakterystycznymi maratońskimi plecakami jednoznacznie wskazywał, gdzie iść. „Oplecakowanych" maratończyków będzie się zresztą od tej pory spotykać wszędzie, bo biegacze, zamiast odpoczywać przed startem, na potęgę biegają po Rzymie, by jak najwięcej zwiedzić. My również, co powoduje, że wieczorem padamy ze zmęczenia.

No i wreszcie niedziela i start. Pod Koloseum docieramy przed ósmą poganiani moimi czarnymi przewidywaniami co do znanego mi z autopsji włoskiego bałaganu. A tu miła niespodzianka. Wejścia do sektorów precyzyjnie oznaczone, podobnie jak toalety, miejsca składania plecaków etc. Pół godziny przed startem zaczyna się profesjonalnie prowadzona rozgrzewka, do walki zagrzewa też muzyka. Nikt się nie tłoczy, nic się nie spóźnia. Prawie precyzyjnie o czasie (kilkuminutowe przesunięcie jest spowodowane wymogami transmisji telewizyjnej, a nie winą organizatorów) ruszają: najpierw handbike'i a następnie maratońska czołówka. I kilkanaście tysięcy uczestników.

Dla mnie zaczyna się bieg w poszukiwaniu najlepszego miejsca do „złapania" Romka. Może Fontanna di Trevi, bo tam ładne widoki? Ale wąsko. Na Pizza Venezia z kolei za szeroko: jest ryzyko, że pobiegnie drugą stroną i go nie zobaczę. Pod samym Koloseum barierki tak wysokie, że trudno zrobić zdjęcie przez kraty. Piazza del Popolo za daleko: jest ryzyko, że nie zdążę wrócić pod Koloseum na finisz. A więc 36 kilometr na Via del Corso (przy okazji można zajrzeć do właśnie otwieranych sklepów na tej jednej z najbardziej zakupowych ulic Rzymu). Najpierw pojawiają się rowery, a potem czołówka. Biegną tak szybko, że trzech prowadzących w klasyfikacji Etiopek nie udaje mi się sfotografować. Wszędzie tłumy kibiców: zarówno tych, którzy przyjechali z biegaczami jak i przypadkowych. Spacerujący, widząc biegnącą ulicą czołówkę zatrzymują się i klaszczą, zachęcają okrzykami avanti! Podobnie dopingują tych, którym siły już nieco brakuje i po prostu idą.

Wreszcie łapię Romka. Zmęczony, ale biegnie, czyli wszystko w porządku. Tak ja zakładał, będzie poniżej 4 godzin. I było: 3:46:54! Dwudniowe bieganie po Rzymie dało o sobie znać dwudziestominutowo gorszym wynikiem od „życiówki". Ale było warto.

Tegoroczny maraton był wyjątkowy pod kilkoma względami. Po pierwsze ukończyła go rekordowa liczba uczestników: 11 023, w tym 40 niepełnosprawnych. Jego zwycięzca, 25 letni Etiopczyk Siraj Gena, z czasem 2:08:39 wbiegł na metę boso, tak jak 50 lat temu Abebe Bikila podczas biegu maratońskiego na Olimpiadzie w Rzymie. Jemu zresztą była zadedykowana ta edycja rzymskiego biegu. Padł też rekord w wyścigach handbike'ów: jako pierwszy, z czasem 1:15:53, metę przejechał Alex Zanardi

A w planach... „prawdziwy" maraton czyli trasa Maraton-Ateny! Już 31 października 2010 roku!

FOTORELACJA
(fot. Paulina Bolibrzuch)

 

 


 

{moscomment}