Justyna Kowalczyk: Maraton w Nowym Jorku był dla mnie drugim maratonem za oceanem w ciągu jednego miesiąca. Stąd, mam jeszcze świeże wspomnienia z Chicago i porównanie do maratonu w Nowym Jork - różnego od tego nad jeziorem Michigan. Podobnie jak przed maratonem w Chicago przyleciałam na 4 dni przed startem. Bazę noclegową miałam również w hostelu - tym razem blisko mety YMCA w Central Parku, bo start i meta w Nowym Jorku są w zupełnie innych miejscach. Już w czwartkowy poranek mogłam przebiec się po pięknych terenach parku z koleżanką Moniką Caban-Benavides. Tego dnia już ustawiano metę i mogłyśmy obserwować przygotowania do wielkiego niedzielnego biegu - już 40. w historii po tej samej trasie kończącej się właśnie w Central Parku. Dla mnie wyjątkowego, bo 40-tego tak jak moje urodziny.





Tłumy biegaczy były widoczne tego dnia, w tym grupy zorganizowane (najczęściej z biur podróży lub w ramach wspierania fundacji charytatywnych) I tu jest pierwsza różnica - Nowy Jork jest marzeniem wielu biegaczy, stąd płacą, aby dostać się lub biorą udział w loterii i tak jak mi się udało wyciągnąć los szczęścia. W Chicago wystarczy zgłosić się odpowiednio wcześniej, żeby wystartować. Na trasie maratonu w Nowym Jorku widać dużo debiutantów. W Chicago raczej doświadczeni biegacze, chcący uzyskać życiowy wynik ze względu na szybką trasę.

 

 

 

Nowy Jork jest również dużo ciekawszy pod względem ilości miejsc do obejrzenia. Przez 3 dni do maratonu codziennie miałam plan zobaczenia czegoś np. Empire State Building, Flatiron, Central Stadion, Rockefeller Plaza, Statua Wolności czy liczne muzea jak np. The Guggenheim museum. Jednym słowem zostałam wciągnięta przez Wielkie Jabłko jak jest nazywany Nowy Jork i każdego dnia zaliczałam parę kilometrów podziwiając okolice.



 

W piątek postanowiłyśmy odebrać numery startowe z Javits Center Hall - pięknego centrum ekspozycyjnego, gdzie u wejścia wisiał plakat ze startu maratonu z mostu Verrazano. Była też makieta trasy, akurat stanęłam obok najtrudniejszego odcinka podczas mojego biegu między 14 a 15 milą mostu Queensboro liczącego długość 1,6 km. Na mapie widać też Pulaski bridge (Kazimierz Pułaski jest bardzo popularny ze względu na swoje zasługi w USA ) znajdujący się w połowie trasy.

Odbiór numerów jak zwykle bardzo sprawnie, na targach dostałyśmy również koszulki i numery startowe do biegu sobotniego na 4 km spod siedziby ONZ. Przekazano nam także bilety na sobotnie pasta party gratis, więc nie należy wykupywać wcześniej za 15 usd, bo można skorzystać za darmo.


 

Sobotni bieg narodów okazał się wielką fetą i okazją do przebrania się w narodowe barwy. Niestety ze strony polskich biegaczy były tylko 4 osoby włącznie z Małgosią Smolińską z Gazety Wyborczej z akcji Polska Biega, która nadrabiała brak naszej flagi krzycząc głośno Polska. Warto sobie zaplanować ten bieg podczas pobytu. Trasa wiodła do Central Parku, gdzie czekały na biegaczy pyszne bułki (bajgle amerykańskie z rodzynkami i cynamonem), jabłka i woda Poland Spring - będąca jednocześnie sponsorem maratonu.

Podczas tego biegu dowiedziałam się od Łukasza Tymków (dobiegł z czasem 2: 53), że o godz. 14 00 będzie konferencja dla biegaczy w Hiltonie. Konferencję poprowadziła Mary Wittenberg - dyrektor biegu w Nowym Jorku. Patrząc na tę drobną blondynkę trudno było uwierzyć, że jest w stanie zarządzać tak ogromnym przedsięwzięciem jak maraton w Nowym Jorku. Na sali członkowie elity a wśród nich rekordzistka świata Paula Radcliffe - mieszkająca w Monte Carlo i posiadaczka rekordowego wyniku 2:15:25. Wszyscy otrzymali materiały prasowe, z których można było się dowiedzieć: kto staruje w ramach elity, jakie ma życiówki, jakie są nagrody finansowe, jak są posadzeni biegacze przy stołach oraz o której wyjeżdżają autokarami. Prezentowany był również nowy system pomiaru czasu. Zamiast champion chip był to D-tag - papier syntetyczny z przyklejonym systemem do mierzenia czasu. Każdy uczestnik z elity biegaczy musiał przynieść buty i zamocować ten system, żeby była pewność odpowiedniego umieszczenia na bucie.        


 

Z pasta party jednak nie skorzystałam w sobotni wieczór, mimo, że Green Tawern znajdowała się blisko hostelu. Trochę odstraszyły mnie kolejki i deszcz, zresztą sobota była dla mnie bardzo aktywna a potrzebowałam trochę odpoczynku przed startem.

W ten Wielki dzień zostałam obudzona przez innych mieszkańców hostelu już o 3 nad ranem. O 5 nad ranem wraz z innymi biegaczami doszliśmy do stacji metra a stamtąd na prom Staten Island. W zależności od przynależności do strefy blue, orange lub green różne były godziny startu, ale promem około godziny 6 rano udała się większość biegaczy. Potem zostaliśmy przewiezieni autobusami do tzw. wioski, gdzie następował już podział na strefy. Do startu zostało jeszcze 2 godziny więc można było napić się kawy, zjeść bajgle. Mój start w strefie orange był o 10.00 rano na godzinę przed już musiałam się znaleźć w boksach startowych, a pierwsza grupa już wyruszyła (tzw. Fala pierwsza).

 


 

Piotr Rodzik (uzyskał czas 2: 47), którego spotkałam na lotnisku w drodze powrotnej miał szczęście starować o 9:40, mijając z prawej strony najlepszych mężczyzn z elity ze strefy niebieskiej. Start odbył się zgodnie z planem, kiedy z głośników popłynęła znana melodia „I love New York". Wiele osób wzruszyło się widząc ogromny most i ja byłam wśród nich,  stając się częścią historii 40 NYC Marathon. Pierwszy kilometr już lekko pod górę z czasem bardzo wolnym 6/km potem w dół 4,30/km. Trasa urozmaicona i ciekawa. Przed półmetkiem flaga Polski i Małgosia z Gazety Wyborczej, która wypatrzyła mnie w tłumie. Miałam w pamięci radość tego spotkania, do czasu mostu Pułaskiego na 13 mili w połowie dystansu. Potem długi podbieg, a potem jeszcze dłuższy 1,5 km most Queensboro, który pojawił się ledwie 1 milę za mostem Pułaskiego. W sumie tych mostów zaliczałam 5 i przegląd dzielnic: Brooklyn, Queens, Bronx, Manhattan. Kibicie wszędzie entuzjastycznie witający i pomocni woluntarjusze serwujący tak jak w Chicago Gatorade i wodę. Tu również nie było jedzenia poza Power gelem na 30 km. Druga połówka była dla mnie bardzo ciężka, na deser jeszcze wzniesienia przy Central Park od 23 mili (36 km) do 26 mili (finisz). 400 metrów przed finiszem znów flaga Polski, więc jeszcze krzyknęłam głośno „Polska". Ostatecznie czas 4:02 - gorszy o 14 minut od tego w Chicago, ale zupełnie mnie satysfakcjonujący po życiowym 3:48 sprzed 3 tygodni.



 

Jedyne czego zazdroszczę mojej koleżance Monice - pucharka dla najszybszej polskiej biegaczki (3: 24), który otrzymała od konsula dzień po maratonie. Nie miałam niestety okazji poznać Tomasza Adamka, witającego biegaczy na spotkaniu w konsulacie.

Walczyłam w trudnym maratonie do końca i mimo jego trudności mogę powiedzieć ,że

I love NY marathon.
{moscomment}