Andrzej Karlak "AnKa": W tym roku biegam w maratonach, w których dotąd nie uczestniczyłem. Takim był też „mBank Maraton" w Łodzi. Właściwie to bardziej trafnym sformułowaniem byłoby stwierdzenie truchtam. Tym razem biegłem, a to za sprawą dwóch Panów M.Ale do rzeczy.  Start w Łódzkim maratonie miałem w planach od dawna. W poprzednich latach kolidował on terminem z „moim" Maratonem Toruńskim (dla wyjaśnienia urodziłem się w Toruniu). Wreszcie było inaczej. Do Łodzi wybrałem się z moim dobrym kolegą z KB Galeria- Mirkiem Ciskiem.

Pan numer jeden- Mobilizator (Mirek).

Ponieważ Łódź jest dość blisko Warszawy, a do tego Mirek jest dobrym kierowcą docieramy na miejsce szybko i na czas (w biurze zawodów pojawiliśmy się o 7:59). Zapisy przebiegły sprawnie i można było przygotowywać się do startu.

O godz.9 ruszamy ( jak się później okazało, przesunięcie startu o dwie godziny było strzałem w dziesiątkę). Zaczynamy spokojnie. Ja zawsze tak robię i tak samo kończę, Mirek zaczyna wolno, a kończy niemalże sprintem. Kilometry mijają szybko, z tej może racji, że mamy wspólne tematy (w tym samym tempie co my biegnie dużo biegaczek :)). Mirek biegnie swobodnie mimo, iż dzień wcześniej brał udział w „Wesołej Stówie" i miał w nogach 25km. Ale jest to twardziel nad twardziele. Ja też o dziwo, jak mawiał pewien komentator, utrzymuję „świeżość w kroku". Mobilizuje mnie Mirek. Postanowiłem sobie, dotrzymać Mu towarzystwa jak najdłużej. Nawet się nie obejrzeliśmy, kiedy na 28km rozpoznajemy sylwetkę Wojtka Szoty.

Pan numer dwa- Motywator (Wojtek).

Biegł ciężko, ale jak się później okaże, było to bardzo mylące. We trzech dobiegamy do 30km i tam swoim zwyczajem Mirek wrzuca piąty bieg i znika w oddali. Mam w planach wspólne dotarcie do mety wraz z Wojtkiem. Ale nie było mi to dane. Na 32km dochodzi do nas Daniel Utrajczak, który po krótkim wspólnym biegu wysforowuje się do przodu. Koniec zabawy, zaczyna się walka. Nic tak bardzo nie motywuje, jak dobry znajomy. Ruszam do kontrataku. Niestety zyskuję małą przewagę. Jak się okazuje, ciężki bieg Wojtka był tylko zasłoną dymną. Jego rekontra na 33km jest skuteczna. Zyskuje ok. 50m przewagi. Staram się nie stracić zbyt wiele dystansu. Jest ciężko. Na szczęście na 35km odzyskuję siły. Ruszam do ataku. Tym razem ja mam ok. 50m przewagi. Na 37km zapala mi się kontrolka. Niestety zaczynam biec „na rezerwie". Kiedy wydaje mi się, że zyskałem dość dużą przewagę na punkcie odżywczym (39km), Wojtek niemalże dochodzi do mnie. Zbieram resztki sił, gdyż obawiam się Jego finiszu. Na 41km ponownie spoglądam do tyłu. Wydaje się, iż mam wystarczającą przewagę by wygrać ten pojedynek. Jak się później okazuje, mało nie przypłaciłem tego przegraną. Wpadam na metę „na oparach", nieświadom tego, iż Wojtek był tuż za mną. Stało się tak, gdyż ostatni kilometr przebiegł w tempie Usaina Bolta. Tym razem się udało. Na mecie promienieję. Jest to mój najszybszy maraton od dwóch lat. A to wszystko dzięki dwóm Panom M- za co Im serdecznie dziękuję ! :)

Karlakator

 

 
 
 
 
 


{moscomment}