Dział poświęcony imprezie

Magdalena Raczyńska: To była jakaś masakra.
Ranek jeszcze miły, śniadanie, szybkie zakupy, biuro zawodów z plecakiem, powrót do hotelu, przebranie się i marsz na start. Wszystko starzy znajomi, kochane mordki. Mało nas, jakieś 70 osób. 3 dziewczyny, bo 4 nie dojechała.
Byłam ciekawa jak się będę czuła, tak świeżo po poniedziałkowym maratonie. Nie jestem jakaś wybitna, może być kiepsko. Żelki są, powerade jest. Wola walki? Obecna. Start.
Nie biegnę jakoś szybko, ale jest ok. Trzymam się na końcówce, ale mi to odpowiada, nie zamierzałam się ścigać. Pierwsze zdziwienie, gdy dobiegamy do miejsca, gdzie wody jest momentami po kolana, wszędzie błocko i trzeba skakać po drewnianych deskach. Tylko czasami nie sięgam nóżką do następnej platformy, a boję się skakać, bo jestem pewna że wyląduję wtedy w wodzie. Trochę kombinatoryki, i jakoś pokonuję tę przeszkodę. Tracę też kontakt wzrokowy z grupą. Biegnę "na oko".

 

Od czasu do czasu coś mi majta między krzaczorami, czyli wciąż trzymam się w pobliżu innych zawodników. W którymś momencie widzę, że odstaje coraz bardziej od innych, i tym samym jest coraz bliżej mnie, jakiś chłopak. Rafał obtarł sobie piętę. W sumie dobrze, bo nie wiedziałabym gdzie skręcić, a tak pobiegłam za nim. Wcześniej już raz miałam problem gdzie biec, ale trafiłam po śladach. Truchtamy obok siebie. Nie widzimy naszych. Nie ma oznakowań. Ale biegniemy przed siebie. Kilka razy wypuszczam się w różne odnogi szukając śladów, zagadując ludzi przejeżdżających na rowerach, będących na spacerach z pieskami. Idziemy na wyczucie, od 25 minut nie było żadnego oznaczenia. Dochodzimy do jakiś zabudowań. Na pierwszej portierni nikogo nie ma. Dochodzę do wniosku, że jeśli na następnej też nikogo nie będzie, to przeskoczę przez płot, na pewno ktoś do mnie wybiegnie, w końcu to chroniony obiekt wojskowy :)
Ale jest żołnierzyk, który mówi że owszem, przed chwilą przebiegło tędy stado takich jak my. Ulga. Dobiegamy do torów, widzimy obstawę. Ale nikt nas nie uświadamia, że przybiegliśmy jakoś nie tak. Pierwsze kółko zbliża się do końca. Jestem zła, rozgoryczona. Mam dość. Wiem że straciłam dużo na to szukanie drogi. Gdy dobiegam do stadionu, gdzie był start, będzie meta, i jest punkt z piciem, wrzeszczę do Harcerza, że za błoto i błądzenie go ukatrupię. Stwierdza, że jestem któraś w kolejce i decyduje czas dotarcia na mecie.

Łapię powerade i zaczynam drugie kółko. Pierwsze zrobiłam dokładnie w 1:20. Teraz już się tak nie rozglądam, biegnę trasą którą już znam. Przy największej wodzie nie skaczę po deskach, tylko czepiając się drutu kolczastego przechodzę po twardszych kępkach błota i trawy. Dalej na trasie jest jeszcze kilka miejsc z dużym błotem, wodą, małymi trzęsawiskami. Woda wlewa się do butów, błoto oblepia wszystko. Ja mam wysmarowane tylko całe buty, chłopaki, ci szybsi, uświnieni są cali. Normalnie katorżnik! Biegnąc rozglądam się trochę, widzę dudka, dwa dzięcioły, żuczki, drzewa... Schodzę z trasy robiąc miejsce dla szybszych. Chłopaki skarżą się, że też błądzili. Morale jednak trochę upadło przez to błądzenie i pozwalam sobie na marszowanie. Powerade szybko schodzi. Żelek to był dobry pomysł. Słonko wychodzi, robi się gorąco. Na szczęście zaraz przychodzą chmury, fajnie. Zaczyna kropić, niefajnie. W pewnym momencie na dalszą część trasy dobiegam z innym uczestnikiem z dwóch różnych, przeciwnych stron! Jeszcze nie daje mi to do myślenia. Mógł iść na siku w końcu. Drugie kółko dobiega końca. Biegłam je tylko godzinę! A przecież maszerowałam, już tak się nie spieszyłam. Czyli straciłam co najmniej 20 minut na błądzenie!!! Jestem wściekła i rozżalona. Już nie chce mi się nic. Dobiegając do punktu widziałam tę drugą laskę. Ciekawe, czy już kończy, pewnie tak.

 


Ruszam na ostatnie kółko w towarzystwie, jednak szybko zostaję sama. Staram się truchtać, ale już ciężko mi to idzie. Jestem wolna. Ale tuptam tak sobie przed siebie, szczęśliwa że mi się chce, że walczę do końca, że nie odpuszczam. Ciało nie uskarżało się jakoś szczególnie- nie czuję maratonu w nogach. Za to plecak daje się we znaki. Jak bym się nie wygięła, ociera ramiona i uderza o plecy, znów puchną mi ręce, nie umiem zacisnąć dłoni. Ale to drobiazgi, które nie mają tak naprawdę wpływu na jakość biegu. Doganiam dwóch chłopaków, mijam ich i dalej truchtam. Oni idą spacerowym tempem, jakieś 10min/km. Ja powoli bo powoli, ale biegnę, może jakieś 7min/km. Doganiam chłopaczka który uciekł mi na początku. Dobiegamy do torów, i widzę jakieś 300 metrów od nas tych dwóch spacerowiczów, którzy powinni być daleko za nami. Cała zastygam, mrozi mnie zupełnie. Ostatni rzut na taśmę- meta jest niedaleko, ja muszę ich dogonić!!! Wysiłek na granicy. Oni po prostu idą, a ja zaciekle walczę. W końcu ich doganiam i pytam jak to możliwe, że mnie wyprzedzili o tyle, gdy ja ich nie widziałam? "Poszliśmy prawidłową trasą" słyszę w odpowiedzi. Nie wiedziałam, płakać, brać rozbieg na drzewo? Cisnąć! Do mety! Znowu rachityczny trucht. Nie chcę być ostatnia! Jak to prawidłowa trasa? To ja za każdym razem nadrabiałam?! Ile?! Powinni być za mną co najmniej 20 minut! Dobiegam do stadionu i zupełnie "siadam". Idę, już na nic nie mam ochoty. W gardle drapie. Ile czasu straciłam? Ile wcześniej bym tu była? To nie miało tak wyglądać!
Z trybun nawołują chłopaki z 10 WPSAM. Woła Doris, Andrzej. Zryw i ostatnie metry biegiem.

Jakie to szczęście, że to już koniec. Mam ochotę zedrzeć z siebie ten mundur i najchętniej go zdeptać. Kilka zdjęć na koniec, skupiamy się nad mapą. Dyskutujemy. Dużo osób biegło źle. Trudno ocenić, ile nadrabiałam, co najmniej kilometr na każdym kółku. Plus błądzenie na pierwszym. Ile ja dzisiaj zrobiłam? 25? Więcej?
Andrzej mówi, że możliwe że droga którą biegłam była szybsza, bo bez błotka, które było na tym prawidłowym fragmencie, ale tam był też spory odcinek asfaltowej drogi. Poza tym, gdyby tak było, chłopaki na ostatnim kółku by mnie tak nie wyminęłi bez bólu, spacerkiem, gdy ja cały czas już biegłam!

Nie chcę już o tym myśleć. Chciałam się sprawdzić, zobaczyć o ile miałabym lepszy czas od cząstkowych czasów z Maratonu Komadosa. Wychodzi na to, że pewnie lepszy.
Czekanie, gdy telepie mnie z zimna, bo siedzę w mokrym mundurze, w butach chlapie woda. Myślałam, że zajmie to mniej czasu, nie szłam więc do hotelu, bałam się że nie zdążę wrócić.
Mała ceremonia, uciekam szybko. Wchodzę pod prysznic i 30 minut stoję pod wrzątkiem. Później na dworzec.
Siedzę w tej samej kafejce, w której czekałam na pociąg gdy wracałam z Rzymu.
Rozmyślam o wszystkim. Gdybym wiedziała, że będziemy czekać godzinę na zakończenie, to pewnie bym poleciała na trasę po właściwej trasie, żeby sprawdzić ile by mi zajęła. A może dobrze że nie, czasem lepiej nie wiedzieć.
Nie zostaje nic innego, jak odpuścić. Cieszę się że Andrzej zorganizował ten bieg. Wiem jakie to przykre, gdy się starasz, robisz wszystko w dodatku sam, i nie wychodzi a ty obrywasz po uszach. Jest mi podwójnie przykro- z mojego powodu, bo jednak jakiś zawód to jest, i z powodu Andrzeja, że nie do końca wyszło tak jak miało.
Wrócę za rok na pewno, żeby się zemścić na trasie. Zamówię też jednego prowadzącego na ogonek, dla ostatnich.
A teraz... a teraz to już koniec.

Głowa do góry, dałam radę. Najważniejsze po tym szalonym tygodniu jest to, że odzyskuję siły wewnętrzne, że znów do końca walczę, nie poddaję się. Nie ustępuję. I Silesia Maraton i ta połówka były mi potrzebne do tego, żeby przekonać się czy sprostam następnym wyzwaniom. I teraz wiem, że mogę, że dam radę!
{moscomment}