Wojciech Szota: „To nie piknik” - taki napis można było odczytać na przełęczy Roma podczas Koral Maratonu. Wymalowany na asfalcie, idealnie oddawał moje odczucia i zapewne wielu innych uczestników. Żar z nieba, 38 km trasy, a za nami kilkunastokilometrowy podbieg. Ja miałem już serdecznie dosyć biegania, ale pomyślałem, że to co czuję to pewnie nic w porównaniu do odczuć uczestników innego festiwalowego biegu czyli górskiego ultramaratonu - „Bieg 7 Dolin”. W ocenie wielu „ultrasów”, to może być najtrudniejsza trasa w Europie… ale po kolei. Festiwal Biegowy jest nową imprezą na biegowej mapie, jednak szybko zyskuje swoich zwolenników. Rozpoczyna się zaraz po Forum Ekonomicznym i bazuje na jego zapleczu, co z kolei zapewnia bardzo dobrą organizację. Oprócz biegania na różnych dystansach to także cykl interesujących wykładów i dyskusji. Redakcja Maratończyka.pl została w tym roku wyjątkowo wyróżniona zaproszeniem do poprowadzenia spotkania z Ireną Szewińską i szefem AIMS Paco Borao.

O naszym wkładzie w dyskusję postaramy się jeszcze napisać w innym miejscu. Tuż po naszym spotkaniu pędziliśmy na start „Życiowej Dziesiątki Taurona”. My biegaliśmy, a Pani Irena Szewińska była starterem. Trasa ma atest, jest dokładnie zmierzona, ale nie ma co ukrywać, sam bieg to praktycznie 10 km biegu w dół. Rekordy życiowe trzeba raczej zamknąć w cudzysłów, choć taka formuła biegu bardzo nam się podoba i jest jedną z atrakcji festiwalu.

Następnego dnia stanęliśmy na starcie Koral Maratonu i muszę przyznać, że z powrotem nabrałem szacunku dla dystansu maratońskiego. Jeszcze godzinę przed biegiem była gęsta mgła i było bardzo zimno. Pogoda w górach zmienia się jednak momentalnie i na starcie żałowałem, że nie zabrałem czapki. Profil trasy mógł przerażać, ale dystans w końcu taki sam jak klasyczny maraton i dodatku po drogach asfaltowych. To mniemanie okazało się bardzo złudne dla wielu nizinnych biegaczy, ze mną włącznie. Do pewnego momentu jeszcze „jakoś szło”,  ale niekończący się drugi podbieg „rozmontowywał” nieprzyzwyczajone do takiego wysiłku mięśnie, ścięgna i stawy.
Najpierw następowało zwolnienie tempa biegu, potem to już było praktycznie „szuranie”, więc lepiej było przejść do marszu. Ta metoda dla większości uczestników była najsensowniejszą taktyką. Marsz na trudniejszych odcinkach i bieg kiedy się odrobinę „wypłaszczało”. Ci, co heroicznie próbowali biec przez cały czas, praktycznie nic nie zyskiwali. Oczywiście mam na myśli biegaczy z poza czołówki. Choć czas zwycięzcy 2:43:32, także świadczy o trudności maratonu.

Nam „zwykłym biegaczom” pozostawało tylko rozważanie, czy powodem słabości jest słońce, czy brak odpowiedniego przygotowania. Słońce nas niestety trochę „upiekło”. Rozmawiając po biegu z innymi uczestnikami mieliśmy bardzo podobne odczucia - uciążliwe mdłości na trasie - zapewne spowodowane lekkim udarem słonecznym. Okazało się, że górskie słońce ma jednak swoją siłę.

Na wspomnianym już 38 km, oprócz stwierdzenia, że „to nie jest piknik”, pozostawał już jedynie 4-kilometrowy zbieg do Krynicy. Łatwo powiedzieć… Umęczone nogi nie chciały zbiegać, każdy krok był bolesny, z drugiej strony, w dół nie wypadało już iść. Mimo wszystko ja zrobiłem sobie kilka przerw. Inni mieli gorzej. Mój kolega Piotrek Siepietowski ostatnie kilometry pokonał… z butami w ręku.

Na metę wbiegało się z ulgą, ale potem trzeba było odleżeć kilka minut na trawniku, aby wrócić do świata żywych:) Sposoby na regenerację były różne. Najlepszy miał chyba Kuba Kumoch, który położył się w przepływającym obok mety potoku. Co prawda taki widok przeraził kuracjuszy, którzy przepowiadali Kubie ciężką chorobę stawów. Na razie jednak jest zdrów:)

Dominik Drygalski z Bydgoszczy ukończył w Krynicy swój 222 maraton. Niewiele mniej maratońskich zwycięstw ma na koncie … bezdomny z Warszawy Piotrek Żukowski, który jak zwykle tryskał humorem . Trasę pokonał również pomysłodawca biegowego festiwalu Zygmunt Berdychowski, generał Roman Polko i profesor Grzegorz Kołodko. Ten ostatni dodatkowo był dumny z wyczynu swojej córki, która dzień wcześniej dała się namówić na „Życiową Dziesiątkę”. My za to mieliśmy przyjemność być zaproszeni przez profesora Kołodkę na wernisaż jego wystawy fotograficznej w Krynickim Centrum Kultury. Zgromadzeni goście pytali jednak nie o zdjęcia… ale dokąd zmierza ten świat:)

Dokąd my zmierzaliśmy tego dnia - doskonale wiedzieliśmy. Takie zawody to zawsze ciekawa odmiana, od tradycyjnego biegania po miejskich ulicach. Trzeba tylko czasem unieść głowę, aby popodziwiać górskie widoki, na mecie oddać maratońskiemu dystansowi należny mu szacunek i można poczuć zasłużoną satysfakcję. Jest jeszcze całkiem duża szansa na wylosowanie samochodu, bo na wynik 2:25 (gwarantujący samochód zwycięzcy, w innym przypadku losowanie wśród uczestników), chyba długo nikogo nie będzie stać. Tym razem największe szczęście miał Ireneusz Zając z Biecza i on jest nowym właścicielem Fiata 500.

Organizator wypełnił należycie swój obowiązek wobec biegaczy. Punktów odżywczych była wystarczająca ilość, bardzo dobrze oznaczony został każdy kilometr a na trasie, wiele grup dopingujących wspierało biegaczy. Maratończycy wypełniliśmy swój obowiązek – zdecydowana większość uczestników ukończyła Koral Maraton:)

P.S. Dziękuję za wspólny bieg Radkowi Wypychowi i Piotrkowi Siepietowskiemu. Pozdrawiam również kolegę, który tak mnie „załatwił” na mecie:)

 

 

 

 

 

{moscomment}