Wroclaw Maraton 2019 - top
Start arrow Biegi Ekstremalne arrow Paweł Cieciera - Jak się zdobywa 6 miejsce w "Rzeźniku" (Ultra)

Paweł Cieciera - Jak się zdobywa 6 miejsce w "Rzeźniku" (Ultra)
18.06.2015.
Strona Pawła Cieciery - Przełajowiec.pl
Wyniki Biegu Rzeźnika

Image
Paweł Cieciera "wykuwający" formę podczas Biegu Górskiego w Falenicy 2015

Prezentujemy Wam ciekawy materiał uczestnika tegorocznej edycji Biegu Rzeźnika w wersji ultra (135 km) - Pawła Cieciery. Autor nie dość, że jako jeden z nielicznych ukończył ten morderczy dystans w limiecie czasu, to jeszcze zajął wysokie 6 miejsce. Gorąco polecamy.

Paweł Cieciera: Na zawody zapisałem się, aby potwierdzić moją zdolność do pokonania dystansu ponad 130 km, bo uważam, że taki dystans można już uznać za pełnokrwiste ultra. Na jesieni zeszłego roku pobiegłem w Biegu Dookoła Kotliny Jeleniogórskiej na dystansie 145 km. Było bardzo ciężko, ale jednocześnie osiągnąłem niemalże nirwanę. Nie byłem jednak z tego startu zadowolony do końca, gdyż był to raczej bieg na orientację i jako nieznający okolicy byłem skazany na porażkę.

W Rzeźniku Ultra postanowiłem potwierdzić swoją niezniszczalność.

W/g wstępnych informacji trasa miała mieć 135 km długości i 4100m "wysokości". Limit czasu- 24 godziny wydawał się mocno wymagający, ale stwierdziłem, że jak się mocno zepnę to powinienem zdążyć. Przygotowywałem się sumiennie czując jednocześnie, że biegam za mało. Niestety, nie było ani czasu ani chęci na więcej. Cóż, pobiegnę jak dam radę.

Na kilka tygodni przed startem okazało się jednak, że trasa może mieć nawet 8000m przewyższenia. Mina mi mocno zrzedła. Przy tylu podejściach wyrobienie się w limicie wydawało się niemożliwe. Nic to, ile dam radę tyle przebiegnę.

Do Cisnej przyjechałem z moim chyba jedynym i niezastąpionym kibicem, żona i supportem w jednym- Andzią, oraz z Rafałem Grzeszakiem, który też ma wystartować w tym morderczym wyścigu. Dotarliśmy na miejsce w piątek wieczorem. Cisza, spokój, piękne widoki. Generalnie bardzo fajne miejsce. Na miejscu kolacja, paciorek i spać.  

Dzień startu- sobota: rano-22:00

Spało się tak dobrze, że wstaliśmy dopiero około 10-tej. Rafał narobił naleśników ( więcej obiecał zrobić na bieg) i po wyżerce poszliśmy na spacer zobaczyć kawałek trasy. Po rekonesansie i odwiedzeniu galerii ikon, kosztujących majątek, wylądowaliśmy w restauracji na obiedzie. Lekkie, ale mięsne danie musiało wystarczyć. Wreszcie nadszedł moment pojawienia się na Orliku celem odbioru pakietów. Kręciło się po Cisnej sporo zawodników z workami rzeźnika, czuć było że atmosfera robi się gorąca. Pakiety bogate: koszulka, buff, pas na numer, płyta ze skocznym ska, wory na depozyt i jakieś inne pierdoły, a wszystko w porządnym płóciennym worku.

Wracamy do pokoju i zaczynamy przygotowania do startu. W co się ubrać, co nieść ze sobą, a co dać na przepaki, bo będą dwa. Ja oczywiście panikuję, że najważniejsze jest jedzenie i pakuję wszystko co mam do plecaka i w przepakowe worki. Do pierwszego dodaję też Rafałowe naleśniki i jednorazowe nutelle. Nawet chałwa chyba półkilowa znalazła się w którymś z worków. Uciekam na pięterko żeby jeszcze chwilę pospać przed startem, niestety nerwy nie pozwalają zasnąć. Po 20-tej ubieramy się, zabieramy toboły i ruszamy na start. Dołącza do nas Agnieszka Sulik, Mateusz Kaczmarek i jeszcze jeden kolega. Zdążyło już popadać, jest mokro i pochmurno. Może być nieciekawie na początku. W szóstkę ruszamy po wilgotnym chodniku na stadion, zaczyna się ściemniać. Wszyscy strugamy pewniaków, cóż to dla nas 140 kilometrów.

Na stadionie tłum, kolejka do depozytu, jakieś grupki objaśniają sobie trasę, generalnie gorący kocioł emocji. Oddajemy worki, pozujemy do zdjęć i nadchodzi czas odprawy. Wydaje się, że jest tłum ludzi. Mirek Bieniecki, dyrektor tego całego zamieszania, wchodzi na drabinę i wygłasza krótką mowę powitalną, po czym puszcza na swoje miejsce Jacka Gardenera, odpowiedzialnego za trasę. Ten objaśnia nam przebieg trasy, niestety tak długiej, że i tak nic nie zapamiętuję a jako że nie znam Bieszczad, to nazwy miejsc też nic mi nie mówią. O 21:40 czujemy się odprawieni, krótka wizyta w krzakach i ruszam na linię startu. Ustawiam się standardowo w drugiej części stawki, lepiej wyprzedzać niż być wymijanym. Jest już ciemno. 248 osób czeka na start.

Nocne zmagania: 0-50km

Image
fot. Przełajowiec.pl - Paweł Cieciera

Nocny bieg Nastąpiło wspólne odliczenie i strzał, z jakiejś dużej broni. Zaczęło się, wreszcie emocje tak nie paraliżują.

Ruszamy ze stadionu, przez miasteczko w kierunku Fereczatej drogą asfaltowo-niewiadomojaką. Jest lekko pod górę. Agnieszka biegnie obok i prowokuje do przesuwania się do przodu. Próbuję ją temperować, ale nic to nie daje. Po jakichś 12 kilometrach docieramy do punktu sędziowskiego który kieruje nas w prawo na czerwony szlak. Tutaj wszelkie próby biegu się kończą, zaczyna się ostre podejście. Zaczynam iść w szybkim tempie, wiem że na podejściach można sporo zyskać, pod warunkiem że ma się mocne nogi. Oddechy stają się głośne, kijkarze zaczynają mocno pracować kijami.

Na zbiegach jak zwykle kijki straszą, kilka razy muszę prosić o odwrócenie ich. Pojawia się również obiecana nocna pomoc na szlaku- lampki ogrodowe powtykane co kawałek obok szlaku. Pod Okrąglikiem wybiegamy z lasu i ruszamy wzdłuż granicy na wschód. Chmury trochę przewiewa i widać piękne, rozległe tereny w nocnej oprawie, trawa skrzy się w świetle czołówek. Coś cudnego, kiedy spoglądam do tyłu widzę całą procesję światełek biegnących za mną. To moment prawdziwego uroku nocnego biegu.

Trasa robi się wąziutka, trzeba biec gęsiego lecz niektórzy słabną i nie utrzymują należytego tempa. Agnieszka znajduje miejsce i mi ucieka. Rafała nie widziałem od startu, więc uznaję że jest z tyłu. Postanawiam gonić za Agą, zbiegam w głęboką trawę i prę do przodu. Trochę czasu tracę zanim ją dogonię, wymijam sporo osób. Czuję, że biegniemy za szybko, nie wytrzymamy takiego dystansu, ale adrenalina nie pozwala zwolnić. Dopadam Agnieszkę, chwilę razem biegniemy, lecz okazuje się, że ma problemy z żołądkiem. Musi się zatrzymać. Ruszam dalej sam, wszystkich z grupki Agi zostawiam z tyłu. Doganiam Anię Arseniuk, jest jakaś 2-3 nad ranem, nie chce się nawet rozmawiać. Kryzys jest potężny, czuję że kończą mi się siły, a to dopiero początek.

Zostawiam Anię z tyłu i docieram do Krzemieńca. Tu zaczyna się granica z Ukrainą, wiem że już niedaleko do zbiegu ze szczytów w dół, ale to mi sił nie dodaje. Docieram do Wielkiej Rawki, wspinam się na szczyt i skręcam ostro w prawo jak każą Agnieszka Faron z Piotrkiem Duckim, siedzący i marznący samotnie na granicznym szlaku. Zaczyna mi brakować wody.

Ze szczytu zaczyna się upragniony zbieg, ale nie tego się spodziewałem, jest piekielnie stromo, korzenie, luźne kamienie. Stok się nie chce skończyć, a ja czuję że już mnie palą uda. Słabnę coraz bardziej. 40 kilometrów, a ja jestem u kresu sił. Dochodzę do wniosku, że na bufecie zejdę z trasy, kontynuacja nie ma sensu. Trudno, próbowałem ale się przeliczyłem.

Po wielu wiekach męki kończy się zbieg, lądujemy na asfalcie. Chwilowa ulga, zaraz jednak okazuje się, że ledwie biegnę. Droga ciągnie się kilometrami, mijam tylko co kawałek pograniczników i mam kilku innych zawodników w zasięgu wzroku. Usycham z pragnienia. Po jakichś 5 kilometrach pojawiają się lotni sędziowie w samochodzie, ratują mnie butelką wody. Do bufetu wypijam ją całą, każdy kawałek pod górę już idę, nawet nie próbuję biec. Jestem wykończony.
Wreszcie na horyzoncie pojawia się punkt kontrolny w Wołosatym. Mata, bufet, pełno ludzi z obsługi. Gnam do nich jak niesiony wiatrem. Tu kończę, myślę, dość męki i bólu.

Wpadam na bufet, uzupełniam wodę w plecaku, wypijam z pięć kubków izotonika. Wasyl robi mi kilka zdjęć i mówi, że przybiegło dopiero kilkanaście osób. Jest ryż z jabłkami i cynamonem, nie chcę, niedobrze mi. Dostaję kawę, oraz dowiaduję się, że mój worek nie dotarł na przepak. Naleśniki przepadły. Cóż, bywa czasem i tak, mam niefart. Na punkt docierają coraz większe ilości zawodników, obsługa uwija się jak w ukropie. Zaciskam zęby, zbieram manele i... ruszam dalej, po to tu jestem.

Ranek: 50-80km
 
Image
fot. Przełajowiec.pl - Paweł Cieciera
 
Połoniny Po wyjściu z bufetu ruszam truchtem , jest płasko lub lekko pod górkę. Większość ludzi idzie. Po kilkuset metrach wyskakuje na mnie Mariusz Piekielny z krzaków. Pewnie był na grzybach. Biegniemy razem, wspominamy Wielką Prehybę w Szczawnicy. On był 14-ty, ja bodaj 50-ty, ale do podejścia na Połoninę Bukowską trzymamy się razem. Jego śląska gwara jest kapitalna, miło się z nim biegnie. Niestety, nic nie trwa wiecznie, Mariusz zostawia mnie na podejściu na Halicz. A tutaj nie wiadomo skąd pojawia się Wasyl z aparatem, przecież dopiero co był na bufecie. Szybki czort. Włażę na Halicz, wychodzi słońce, budzi się nowy dzień, można biec dalej.

Cały odcinek po Połoninach jest bardzo przyjemny choć ciężki, z początku nie ma w ogóle turystów, jestem tylko ja i góry. Przed Tarnicą zawracamy na niebieski szlak, myślę: super, nie trzeba się wdrapywać na tę cholerę, a tu szok, czeka mnie jeszcze większa masakra. Krzemień, praktycznie ta sama wysokość, lecz pionowe podejście, jak się później dowiedziałem od Mirka Bienieckiego w zimę wchodził tam 2,5 godziny. Na tym podejściu mam wrażenie, że moje życie dobiega kresu, lecz po wdrapaniu się na szczyt robię to co inni przede mną, ruszam biegiem dalej. Po pewnym czasie wbiegam do lasu i zostaję wyprzedzony przez Piotrka Chorosia. To dopiero pierwsza taka sytuacja, gdy ktoś mnie wyprzedza, lecz spodziewałem się tego od dawna.

Jestem słaby jak noworodek. Kawałeczek szutrem, obok kibicujących dziewczyn i lądujemy w Widełkach na asfalcie, tam czekają sędziowie z napitkiem, żelkami i informacją, że zajmujemy 12 i 13 miejsce. Gasimy pragnienie i we dwóch ruszamy dalej. Za moment trzeba z ulicy wbiec w pokrzywy i jeżyny, nigdy bym nie przypuszczał że tam jest szlak, ale Piotrek jest obeznany z tym odcinkiem, bo go dwa tygodnie wcześniej przećwiczył. Troszkę mi ucieka, ale na ile mogę pilnuje się go. Niebawem, wspinając się po standardowej na tej trasie pionowej stromiźnie zauważamy jeszcze jednego zawodnika, wyprzedzamy go i docieramy do Koliby.

W upale: 80-100km

Tutaj zjadam gorącego racucha, bezskutecznie próbuję zadzwonić do Andzi, żeby jej powiedzieć gdzie jestem ( niestety, w Bieszczadach albo brak zasięgu albo ukraińska sieć), uzupełniam płyny i za moim dotychczasowym towarzyszem ruszam dalej. Po chwili okazuje się, że jestem sam i do tego poza szlakiem. Pierwsze zagubienie, trochę się złoszczę, ale uspokajam się, to dopiero 80 kilometrów, oszczędzaj nerwy. Cofam się około 500 metrów pod górę. Oczywiście skręt na szlak oznaczony tak, że niewidomy by zauważył. Chyba jestem wyczerpany. Ruszam niezbyt rześko szlakiem pod górę (kurcze, jakby dziś było choć przez moment inaczej). Niedaleko doganiam znowu kolegę, którego już raz wyprzedzałem przed Kolibą. Okazuje się nim Rafał Porębski, który towarzyszy mi już do końca.

Razem staramy się dogonić mojego poprzedniego towarzysza, przy okazji mijając jakiegoś innego zawodnika. Jest dobrze, ludzie padają jak muchy, a my wciąż brniemy do przodu. Pojawia się nadzieja na wyrobienie się w limicie, gdyż 80 kilometrów udaje się zrobić w 12 godzin. Takie było moje marzenie. Jest tylko jeszcze jeden warunek do spełnienia, trzeba wytrzymać jeszcze z 11 godzin tej walki. Robi się gorąco jak w piekle, zakładam czapkę w miejsce już wcześniej zdjętego buffa. Koszulkę z długim rękawem zdjąłem w Kolibie. Na chwilę wbiegamy na Połoninę, żeby wrócić z powrotem na asfalt i kolejny punkt pomiaru. To już 88km.

Po krótkiej, ale miłej rozmowie ruszamy przez mostek, oczywiście pod górę. Piotrek Choroś, którego goniliśmy z Rafałem od Koliby chyba osłabł i zostaje z tyłu. Po bardzo długim stromym podejściu trafiamy na jeszcze dłuższe i bardziej strome schody. Tutaj zaczynam tracić przytomność, ale idę dalej. Mijam kogoś w czerwonej koszulce uwieszonego poręczy. Spoglądam mu w oczy, on już nie pobiegnie dalej. Rafał jest trochę z przodu, więc przestawiam nogi mechanicznie, na zmianę i przesuwam się pod górę. Po jakimś chyba tygodniu docieram na szczyt, znów Połoniny. Zaczynają się turyści, jest ich sporo.

Biegniemy dalej. Rafał uparcie czeka na mnie, karzę mu biec do przodu, dam sobie radę, to wyścig. Parę razy się urywa, lecz zaraz go dochodzę. Koło Chatki Puchatka tłum turystów, siedzą, piwo piją i się opalają. Zazdroszczę im. Doping z ich strony jest gorący, naprawdę potrafią człowieka pobudzić. Troszkę pokrzepiony ruszam szybciej, żeby dogonić Rafała. Znowu kogoś wyprzedzam, jest super. Na zbiegu, gdy dogoniłem mojego kompana mijamy następnego rywala. Schodzi spokojnie na punkt obsługi bo złapał kleszcza, tłumaczę jak ma go wyrwać, niestety nie chce. Cóż, jest tak piekielnie ciężko, że twardego ultrasa może byle kleszcz pokonać.

W tym diabelnym gorącu trafiamy na czarny szlak. Miał być słabo oznaczony w terenie, więc organizatorzy postanowili go oznaczyć lepiej. Taśmy wiszą na każdym zakręcie, nawet mój niepracujący mózg nie ma problemów z trasą. Czuję wielki podziw dla orgów. Informacja na ostatnim punkcie, że zostało 12 kilometrów do przepaku okazuje się bzdurna, szlak ciągnie się bez końca. Czuję, że chyba dostaję udaru, zaczynam się bardzo źle czuć, a bufetu ani śladu. Każdy kolejny kilometr wydaje się dwa razy dłuższy od poprzedniego.

W końcu, pojawia się jakaś dziewczyna jak duch leśny, lecz z telefonem i mówi, że do Bacówki już tylko 1,5 kilometra. Kurcze, przecież 1,5km to kawał drogi. Wybiegamy z lasu na drogę, a ta nie ma końca, słaniam się na nogach. Wreszcie widzę, jest punkt, ludzie krzyczą, robią zdjęcia z daleka. Nie mam innego wyjścia, trzeba wypaść ładnie, pomimo że jest pod górę biegnę, nie przechodzę do marszu. Wbiegam na matę sporo przed Rafałem. Stąd ruszyły dopiero cztery osoby, słyszę. Jestem zszokowany, oraz prawie martwy. Jest kwadrans po 14-tej. Nie mam siły nawet stać, a tu niby jeszcze 35-40 kilometrów przede mną.

Wykraczanie poza swoje możliwości: 100-136km

Ruszamy z Rafałem marszem. Mam brzuch pełen powerade'a, udało mi się zjeść pół ziemniaka. Super, czuję moc na następne 200 metrów. Przed nami z bufetu wyszedł jakiś chłopak, czyli jesteśmy na 6-tym i 7-mym miejscu, czuję się mocarny ale wiem, że rywale depczą nam po piętach. Nadal najważniejszym celem jest ukończenie w limicie, ale jeśli można by obronić tak dobre miejsce, to warto wypruć sobie flaki. Skręcamy z asfaltu na zarośnięty szlak. Ta część czarnego szlaku jest paskudna, po prostu droga po wywózce drewna, pełno błota, powalonych drzew i gałęzi. Czasem trzeba się nieźle natrudzić, żeby przez jakieś drzewo przeleźć. Bieg nawet po płaskich odcinkach jest niemal niemożliwy. Zbieg z kolei bardzo stromy i jakby po korycie wyschniętego potoku. Palce od zbiegania mam już doszczętnie obite, jestem pewien, że zejdą mi wszystkie paznokcie. Nie przejmuję się jednak tym aktualnie, będzie na to czas potem. Na setny kilometr miała przybiec Andzia, biegnąc pod prąd trasy. Gdy zobaczyłem jak ta trasa jest koszmarna, to stwierdziłem, że zamęczyła by się bidula.

Zbiegając w dól z Czereniny udało mi się troszkę odżyć i uciec sporo Rafałowi. Jednak duch rywalizacji we mnie nie zamarł. Po 10 kilometrach i bez mała dwóch godzinach wypadłem na asfalt i matę w Dołżycy, tylko z kilometr od mety. Tam czekała na mnie moja kochana żona. Padliśmy sobie w ramiona, pochwaliła mnie jaki to jestem mężny i że wyglądam świeżo jakbym przebiegł raptem kilka kilometrów. Poczułem się naprawdę dumny. W czasie jak my byliśmy zajęci sobą, chłopaki z obsługi uzupełnili mi wodę. Ruszyliśmy razem, Rafał nadal się nie pojawiał, pomyślałem że mu uciekłem. Z 200 metrów dalej, gdy się obejrzałem to Rafał już gnał, nawet chyba nie stanął na bufecie. Po krótkim biegu drogą, musiałem pożegnać Andzię i bardzo bliską już metę i skręcić na przedostatnią już górę na trasie- Łopiennik. Szlak nadal był czarny, nadal super oznaczony przez organizatora i nadal paskudny. Karkołomne podejścia i zbiegi, skakanie po błocie i drzewach. Tak trwała ta nasza męczarnia aż do 119 kilometra, do Jabłonek, ostatniego punktu pomiaru czasu.

Stąd już niedaleko, jeden szczyt i 17km. Ciągle jesteśmy na 6-7 miejscu, jest strach jednak, że nas ktoś dogoni. Coraz bardziej szkoda by było stracić tą lokatę. Szlak zaczyna się łagodnie, trochę szutru, trochę łąki, spokojnie w górę. Biegniemy gdy tylko jest to możliwe, w ten sposób unikniemy dogonienia i szybciej pokonamy te ostatnie i najcięższe fizycznie kilometry. Przestaję zwracać uwagę na błoto, nie omijam go, tak jak radził człowiek na bufecie. To błoto jest tu wszędzie a do mety na tyle blisko, że raczej dam radę nawet z wielkimi, spuchniętymi kalafiorami dobiec. Docieramy na Wołosań, więc już tylko w dół.

Okazuje się jednak, że nie ma lekko. Co kawałek zbiegniemy, to znów wracamy na górę. Powtarzam Rafałowi co chwila, że już tylko kilka kilometrów, żeby biegł ile ma sił. Na płaskich przebiegach zaczyna zostawać, ja zaczynam panikować, że zaraz nas ktoś dogoni. Wyciskam z siebie resztki sił, on ma twardą głowę i trzyma się mnie. Imponuje mi wytrwałością, mam nadzieję, że z wzajemnością. Na jednym z ostrzejszych zbiegów uderzam prawą stopą w kamień, mój paluch eksploduje bólem. Boli mnie już całe ciało, lecz ten ból przebija wszystkie pozostałe, ledwie utrzymuję się na nogach. Chodzenie staje się prawie niemożliwe, leją mi się łzy z oczu. Bieg o dziwo jest mniej bolesny, ale na niego nie mam już praktycznie sił. I w trakcie tej mojej męki ze stopą i Rafała z kryzysem zbiegamy ze szlaku. Rafał pierwszy zauważa że coś jest źle, wracam prawie pionowo pod górę, ze sto metrów. Szlak jest namalowany na drzewie, jest ok. Zbiegam z powrotem i ruszamy dalej. Po kolejnych 500 metrach dalej znaków nie widać.

Postanawiam znowu wspiąć się na górę, ledwie już idę, Rafał czeka. Po wdrapaniu się znowu do wcześniejszego drzewa, widzę że szlak jednak skręca, a oznaczenie na tym drzewie jest mylące. Drę się do mojego towarzysza niedoli, że źle pobiegliśmy, żeby wracał. Nie słyszę odpowiedzi, wiem że straciliśmy kupę czasu na tym odcinku. Krzyczę jeszcze wielokrotnie, bez skutku. Nie wiem co mam robić, zejść do niego nie dam już rady. Za kilkunastym wrzaskiem słyszę jednak jak odkrzykuje. W tym momencie zachowuję się raczej nie fair, stwierdzam że nie będę czekał, nałaziłem się dwa razy pod tą górę, nie dam się dogonić nikomu z tyłu. Nie mam pewności co prawda, że nikt nas nie minął w czasie jak byliśmy poza szlakiem, ale nie będę dawał nawet ułamka szans że zrobi to teraz. Krzyknąłem Rafałowi że ruszam i pobiegłem w dół sam. Liczyłem że mnie dogoni, bo zbiegał znacznie szybciej niż ja.

Słyszę już muzykę na stadionie, ale co chwila się od niej oddalam. Mam wrażenie, że nigdy z tego lasu nie wybiegnę, zaczyna się robić mroczno. Gdy już mam wrażenie, że czas znowu wyjąć czołówkę las się kończy, wypadam na asfalt, jeszcze ze 2 km. Jestem uratowany. Rafała wciąż nie widzę za sobą, więc samotnie ruszam na metę. W miasteczku pojawia się przede mną samochód i eskortuje mnie do mety. Jest doping, jest szacunek w oczach patrzących na mnie ludzi, pierwszy raz w życiu mam wrażenie, że jestem podziwiany, dziwne a jednocześnie miłe uczucie.
Wbiegam na metę, mam nawet siłę na finisz, jest godzina 20:32.


Podsumowując:

    wystartowało 248 osób
    cała trasa zajęła mi 22:32:14,
    wg Polara dystans wyniósł 136,5km,
    dobiegłem jako 6,
    wystartowało 248 osób,
    cały dystans przebiegło 17 osób,
    tylko 16 zmieściło się w limicie czasu,
    Ania Arseniuk jako jedyna dziewczyna dobiegła do mety.
 

Image
fot. Przełajowiec.pl - Paweł Cieciera

Jestem zadowolony, pokonałem trasę, z którą nie poradziło sobie ponad 90% zawodników. Jestem wyczerpany, obolały, ale niezmiernie szczęśliwy. Już na mecie Dziękuję Ofiarom Trenera Klausa "Rzeźnik" za tą wspaniałą przygodę. Było cudownie.

Paweł Cieciera
Przełajowiec.pl






  Komentarze (6)
RSS komentarzy
 1 Dodane przez irek, w dniu - 19-06-2015 09:14
gratulacje ! 
ale już na 40km chcesz schodzi bo jesteś wyczerpany i potem jeszcze 90km robisz :) 
rozumiem że to trochę nagięte pod artykuł żeby trzymać w napięciu :) 
wielkie gratulacje !!!
 2 Dodane przez pavlo, w dniu - 19-06-2015 11:22
Kozacki wyczyn nieosiągalny dla 99,9% trenujących. Dużo poświęcasz czasu na treningi?
 3 Dodane przez Wojtek Sz., w dniu - 19-06-2015 16:54
Kiedyś Paweł pomógł mi naprawić przerzutkę na maratonie MTB. Pamiętam do dziś i jestem wdzięczny! Wtedy on był dobrym kolarzem, a ja uważałem że jestem dobrym biegaczem. Teraz on jest biegaczem znakomitym. Trudno mi sobie nawet wyobrazić taki wynik. 
 
Pozdrowienia i powodzenia w kolejnych startach!
 4 Dodane przez Paweł, w dniu - 19-06-2015 19:52
Dzięki Wojtek, to dzięki Tobie zszedłem z roweru. Po prostu Ci zazdrościłem :) 
Irek, to nie jest nagięte. W takim biegu często się już kończy, ale jednak biegnie się dalej. To jest dystans, którego nie da się przebiec bez gromady kryzysów, organizm co chwila podsuwa ci jakieś kontuzje, to kolana wysiadają, to staw skokowy, to czwórki czujesz że masz pozrywane. To ciągła walka z bólem, ale zadanie polega na tym żeby mu nie ulec :) 
Pavlo, biegam różnie od 150 do 300km miesięcznie. I jeszcze rower szosowy do tego.
 5 Dodane przez Tomi, w dniu - 19-06-2015 21:38
Gratuluje ukończenia całej trasy.Jednak bieg organizacyjnie okazał się jedną wielką klapą.Nie pisze się za wiele w internecie-ale ok 40 osób zostało oszukanych na 80km(byliśmy tam po ok14h i się dowiedzieliśmy że limit czasu na 100km nie zostanie wydlużony,więc zrezygnowaliśmy,po czym im dłużej trwał bieg tym limity podnoszono-w sumie o ponad 2 godziny,albo część zawodników sciagnieto z trasy,a tym co pozniej przybiegli pozwolono biec dalej) i dlatego nie ukończyło biegu.Stąd te 90% co nie ukonczyło:)Zamkneło się buzie kurtkami i przeprosinami!O braku punktow z woda przez pierwsze 50km,potrzebie maszerowania kilku kilometrow do busa po skonczonym etapie,zlym oznaczeniu szlaku w ok75km nie wspominając.
 6 Dodane przez B4SPORT, w dniu - 22-06-2015 15:03
Wyniki znajdziecie na http://wyniki.b4sport.pl :)

Napisz komentarz
  • Komentarze można zamieszczać bez wcześniejszego zalogowania.
  • Pamiętajcie o poprawnym wpisaniu kodu uwierzytelniającego.
  • Redakcja zastrzega sobie prawo do usuwania komentarzy naruszających ewidentnie kulturę wypowiedzi.

Imię:
Komentarz:

Kod antyspamowy:* Code
Chcę być powiadamiany emailem o dodaniu nowych komentarzy

 
« poprzedni artykuł   następny artykuł »
Kalenji
 
Bieg Konstytucji - Film
Youtube
Polskie Maratony
Ostatnie komentarze
Jestem absolwentem VI LO im. Reytana w Warszawie z 1985r..To ja podawa...
więcej...
przez Lądolód Arktyczny

Tak, niedługo ponownie zostaną uruchomione. Trwają prace administracyj...
więcej...
przez Maratończyk.pl

Witam. Czy jest opcja, aby zobaczyć gdzieś galerie z tego wydarzenia ...
więcej...
przez Przemek

Dobrze pamiętam go z Gymnasionu i pozostałych przekształceń klubu.
więcej...
przez Kamyk

@Konrad, zgodnie z regulaminem numery startowe są przypisane do nazwis...
więcej...
przez Karol

W 1983 r., Elvis Presley odwiedził VI LO im. Reytana w Warszawie
więcej...
przez Czesław Mobutu

a o co włąściwie chodzi? Przeciez nawet gdy biegnie inna osoba to star...
więcej...
przez Konrad

Półmaraton Warszawski - 2019 - pion
© 2019 MARATOŃCZYK
Untitled Document