Półmaraton Warszawski - 2019 - TOP
Start arrow Maratony Zagraniczne arrow ABN AMRO MARATHON ROTTERDAM - żadnych wkurzonych kierowców

ABN AMRO MARATHON ROTTERDAM - żadnych wkurzonych kierowców
15.04.2011.
ImageMamy pierwszy opis wrażeń uczestników Rotterdam Marathon :) Dziękujemy Ani za ciekawą relację :)

Anna Pawłowska-Pojawa: Maraton w Rotterdamie marzył mi się już od dłuższego czasu. Rok temu jednak nie udało mi się zorganizować na tyle, żeby wziąć w nim udział. Dlatego tym razem za „organizowanie się" zabrałam się już grudniu. A właściwie - zabraliśmy my się, bo tym razem do Rotterdamu wybrałam się... z małżonkiem. I to bynajmniej nie w charakterze kibica, ale oboje - z planami startowymi. Grudzień był dobrym momentem, bo 13. grudnia upływał termin niższej opłaty startowej (45 euro). Zarejestrowaliśmy się na godzinę przed upływem tego terminu. Od tego momentu każde z nas rozpoczęło swoje przygotowania do maratonu. Zaczęliśmy od mocnego akcentu, bo ostatni tydzień roku spędziliśmy na zimowym obozie w Kętach, gdzie poza bieganiem, a właściwie - w trakcie biegania - słuchaliśmy podpowiedzi i wskazówek Grzegorza Gajdusa, który w końcu o bieganiu w Holandii trochę wie ;-)

Image

A od początku stycznia zaczęliśmy przygotowania, w międzyczasie organizując się logistycznie. Logistyka nie była specjalnie skomplikowana. Lot do Amsterdamu (bo kilka razy tańszy niż bezpośredni do Rotterdamu). Potem pociągiem do Rotterdamu (pociąg co pół godziny, jedzie jakieś 20 minut, bilet - kilkanaście euro). Ale nie tym razem. Tym razem postanowiliśmy sobie zrobić małe wakacje u rodziny w małym holenderskim miasteczku. I ta część opowieści nie należy do relacji.  

Do Rotterdamu przyjechaliśmy dopiero w sobotę, pociągiem. Może i Holandia nie jest wielkim państwem. Nie jestem w stanie jednak zrozumieć, dlaczego tam pociągi mogą jeździć punktualnie co do minuty i mogą rozwijać prędkość 120 km/h. Inaczej, nie jestem w stanie zrozumieć, dlaczego u nas tak nie może być. Ale nie mam pisać o stanie kolejnictwa w Holandii, tylko o maratonie.

Tuż po południu wysiedliśmy na Rotterdam Centraal Station. Stamtąd idziemy do Biura Zawodów. Biuro mieści się w budynku World Trade Center. Już kilkaset metrów wcześniej ulica jest zamknięta, stoją barierki, z daleka widać start i metę. Za chwilę zaczną się biegi dzieci. My tymczasem zmierzamy do biura. W WTC jest spory ruch i rejwach, ale nie ma tłoku. Podchodzimy do odbioru numerów. Hm, kobiety osobno. Zostawiam Tomka, idę po swoje. Zero kolejek, odbieram numer, pan tłumaczy mi, że są dwa numery - na przód stroju i na tył, pokazuje mi czipa i odsyła po koszulkę. Do koszulek już trochę jest gęściej, ale odbiór jest w miarę sprawny.  

Image

Z biura wpadamy prosto w ... Expo. No, to jednak jest rozczarowanie. Przy takim rozmachu imprezy, Expo w Rotterdamie jest jednym ze skromniejszych. To prawda, że dwa kroki obok jest duży sklep sportowy, który ma specjalna ofertę dla maratończyków, ale w samym WTC zaledwie kilka stoisk, trochę ciuchów (nic nadzwyczajnego, chociaż ceny przyjazne), trochę gadżetów, trochę odżywek. A, można jeszcze kupić okulary słoneczne z dożywotnią gwarancją za 60 euro. Wyróżnia się stoisko Adidasa, ale to partner techniczny biegu, więc nic dziwnego, że ma kolekcję okolicznościową (koszulki, bluzy) i prezentuje swoje najnowsze wynalazki. Ładne, ładne, ale bez fajerwerków.

Rozczarowani Expo wychodzimy przed WTC. A tam właśnie zaczęły się biegi dla dzieci. Całkiem poważne biegi. Startują tam, gdzie nazajutrz wystartują maratończycy, metę maja w tym samym miejscu, mają pilota, mają samochód zamykający, mają też normalny elektroniczny pomiar czasu. Młodsze dzieci biegną kilometr, niektórym towarzyszą trenerzy-nauczyciele. Starsze - 2,5 km. Nie ważne, jak szybko pobiegną - ważny jest udział. I doskonale rozumieją to kibice, których sporo zgromadziło się przy trasie.

Image 

Kibicujemy dzieciom, a potem uciekamy do hotelu. Mamy tam jakieś dwa kilometry spaceru. Hotel położony jest w urokliwym miejscu nad jednym z kanałów, tuż obok rozpoczyna się historyczna dzielnica portowa, ale nie mamy czasu na zwiedzanie (ani ochoty, umówmy się). Wąska kamienica jest dość wysoka i skrywa sporo pokoi. Pokoje też są wąskie, właściwie jest w nich tyle miejsca żeby dojść do łóżka. Za to łazienka bardzo porządna, zatem nie ma co narzekać. Wystarczy.

Rozpakowujemy się i wracamy na pasta party do WTC. Pasta party - zachodnim zwyczajem - było dodatkowo płatne, ale ponieważ można było je opłacić przy rejestracji, do kwietnia zdążyliśmy zapomnieć o wydatku (16 euro/os.)  i mogliśmy się cieszyć makaronem... No właśnie J W ramach pasta party makaron był w dwóch rodzajach, ale ilości nieograniczonej, do tego trzy sosy do wyboru, parmezan w standardzie i masa sałatek. Ale do picia - już tylko buteleczka sportowego napoju, a co więcej - to już można było dokupić. Tomek patrzył z wyraźnym przerażeniem, jak ruszyłam po trzecią porcję makaronu. Co zrobić, dobry był... Chociaż w moim prywatnym rankingu rotterdamskie pasta party przegrało z ... Toronto (kolacja w pięciogwiazdkowym hotelu) i... Amsterdamem (makaron, sałatki i picie bez ograniczeń).

Posileni, a właściwie objedzeni po uszy (zwłaszcza ja), korzystamy jeszcze z przywilejów uczestnika i jedziemy na ostatnie piętro WTC popodziwiać panoramę. I nabrać odpowiedniego respektu do jutrzejszej trasy. A potem jeszcze tylko kawa gdzieś po drodze (Żart sytuacyjny:

- Może wejdziemy gdzieś na kawę?
- Wejdźmy.
- Gdzie?
- To może tutaj, zobacz, jak na zawołanie jest... Coffee Shop... ;-)
Ale na kawie wylądowaliśmy w kawiarni...

Image 

Wreszcie dosnuwamy się do hotelu, gdzie planujemy logistykę dnia następnego. Przy okazji ja wpinam chipa do buta (chip jest nietypowy, pasek cieniutkiego plastiku z wbudowanym chipem, trzeba go skleić robiąc kółeczko, nie spłaszczać i włożyć pod sznurowadła. Dla pewności przekładam sznurówki przez dziurkę w pasku). Dyskutujemy, jak się zorganizować, bo odkryliśmy, że depozyt tutaj jest bardzo umowny. Są sale, gdzie można się przebrać, można tam zostawić rzeczy, ale nikt ich nie pilnuje. Może moglibyśmy zostawić rzeczy w hotelu... Ale wracać potem tyle po rzeczy? I nie wiadomo, czy nam przechowają. Doba hotelowa kończy się o 11, czyli wtedy kiedy startuje maraton. Eh, co by tu zrobić... ? Mamy tylko małe plecaki. Może jednak je zostawimy w tej sali...

Kładziemy się wcześnie, dwukrotnie sprawdziwszy czy aby na pewno ten start jest o 11. Rano pobudka spokojna, przed 8. Ubieramy się, pakujemy plecaki. Schodzimy na śniadanie - na sali chyba sami maratończycy - Włosi, Francuzi... Jest chleb i miód - super, nic nam więcej nie potrzeba. Zaraz po śniadaniu - wyruszamy. Szybki spacer w ramach rozgrzewki. Im bliżej startu, tym gęściej ludzi poubieranych w dresy, w buty biegowe, w folie. Podążamy do miejsc „ubraniowych". Faktycznie, coś na kształt wielkiej sali gimnastycznej, wszyscy „w kupie", niektórzy się przebierają, niektórzy poprawiają stroje, niektórzy się smarują... Jeszcze inni stoją w kolejce do toalet, których jest jakoś niedużo. Ale to złudzenie. Tłok rozładowują „sikalnie" dla panów (coś jak drzewko, tyle że plastikowe, ze zbiorniczkiem ;) oraz toalety ustawione już w strefach startowych.

Image

Image

Napięcie przedstartowe sięga zenitu. Idziemy powoli w stronę startu. Wejścia do stref są jeszcze dość mocno pilnowane, więc rozdzielamy się z Tomkiem, ja podążam do swojej, on - do swojej. Ulica jest bardzo szeroka, ale podzielona na pół barierkami. Kompletnie bez sensu. Logika, która kierowała ustawieniem stref, też jest mi obca. Ale staram się tym nie zajmować. Irytuje mnie, że prowadzenie imprezy cały czas odbywa się po holendersku, w związku z czym nie bardzo wiem, o  co chodzi, poza tym, że co jakiś czas machamy do helikoptera, który krąży nad nami. Wiem, że start jest po strzale armaty, ale strzału nie słyszę, widzę tylko dym. A za chwilę przesuwamy się do przodu, do przodu, wreszcie - biegniemy.

Ulica dalej jest podzielona, niektórzy przebiegają przez trawnik i tory tramwajowe, korkują trasę innym, obsługa w ogóle nie reaguje. No to próbuję biec w tym chaosie. Na pierwszym kilometrze dwa razy staję, zablokowana przez tych, co „zmieniają pas". W końcu się wkurzam i też zmieniam. Po drugiej stronie wcale nie jest lepiej, ścisk straszny, trzeba powalczyć łokciami... I tak przez pierwsze trzy kilometry. Przy okazji przebiegliśmy przez piękny most, ale nie zdążyłam się tym ucieszyć. Gdzieś na 5. kilometrze mijamy stadion Feyenordu, ale ja w tym czasie jestem zainteresowana tym, czy międzyczasy mi się zgadzają (zgadzają się). Pierwszy punkt z piciem. Nie jest dobrze, trzeba mocno zwolnić w tym tłumie. Najeżam się. Czyżby tylko Warszawa i Barcelona miały idealne punkty odświeżania? A poza nimi nikt nie umie tego robić? Ale trzeba biec dalej. No to biegnę. Doganiam zająca. Ale zamiast się do niego przykleić, mijam go i zasuwam dalej. Biegnie mi się dobrze. Przy trasie masy kibiców. Żadnych wkurzonych kierowców (nawet w Berlinie byli). Za to muzyka wszelkiego typu - średnio co 3-4 kilometry jakaś orkiestra, do tego doping własny - niepowtarzalny. Niektórzy kibice jadą za swoimi zawodnikami, dwie osiemnastowieczne markizy spotykam co najmniej w trzech różnych, odległych od siebie, miejscach trasy.

Image 

Z każdą chwilą jest coraz bardziej gorąco. Start o 11 wynika pewnie z chęci nie nakładania się (w telewizji) relacji z Paryża i Rotterdamu. Ale to oznacza, że piekące wiosenne słońce operuje nad nami z pełną siłą. Okazuje się, że znajdujące się co 5 km punkty z wodą i Extranem (taki lokalny izotonik) oraz ustawione pomiędzy nimi punkty z gąbkami - to za mało. Od 10. km punkty pracują coraz lepiej, wolontariusze radzą sobie znakomicie, złe wrażenie z pierwszego punktu uleciało już dawno. Na punktach z gąbkami pojawiają się też kubki z wodą. Ale oprócz wody i Extranu organizatorzy nie przewidzieli dożywiania. Jak dobrze, że wzięłam żel. A nawet dwa. Dwa razy udaje mi się uzupełnić energię. Tych, co nie wzięli, ratują kibice. Stoją przy trasie z bananami, batonikami, niektórzy przynieśli kawałki ciasta. Są też dzieciaki z ćwiartkami pomarańczy (na 37. km uratują mi... no, na pewno  samopoczucie). Pojawiają się spontaniczne kibicowskie punkty z wodą. Na 29. kilometrze można podejrzeć tych lepszych - tu wypada też 40. kilometr w drugą stronę. Ależ zazdroszczę tym, co są już z drugiej strony trasy.

Do 30. kilometra trasa jest typowo miejska, płaska, nie licząc dwukrotnego przebiegania mostu i tunelu na 27. kilometrze (a w tunelu bębny i wybieg nieco bardziej stromy niż w Warszawie). Po 31. kilometrze wpadamy w zieleń - tereny rekreacyjne, jakiś lasek, potem woda, jakieś łódki, plaża, a człowieka aż skręca, że musi biec. Ale skoro już te ileś tam kilometrów przebiegł, to biegnie dalej. Albo przynajmniej próbuje biec. Po 38. kilometrze trasa wraca do miasta. I jakby trochę było... z górki?

Image 

W końcu ten wymarzony 40. kilometr, potem 41... Jeszcze kilometr do mety. A potem - kto to wymyślił - od 500. metra oznaczenia co 50 metrów. Wreszcie - meta! A za metą - przede wszystkim obsługa. Zatrzymuję, się staję z boku, pochylam. Natychmiast jest przy mnie ktoś z obsługi, pyta, jak się czuję. Spoko, nic mi nie jest, tylko trochę się zmachałam... Odsuwam się. Zaraz jest następna osoba - wszystko w porządku? Tak, tak, w porządku. Ale stoi i czeka, aż się pozbieram i pójdę dalej. Zaraz potem dostaję folię, potem piękną czerwona różę. Super. Ale mnie się chce pić. A tu picia ani widu... Na razie są medale. Medal. Potem banan. I dopiero na końcu - izotonik, a jeszcze za nim - woda (wypijam od razu dwa kubki).

Image 

Oglądam się, ale Tomka nie ma. Idę więc powoli w stronę „depozytu". Idę...? Wlokę się, bo każdy krok mnie boli. Na sali podążam od razu tam, gdzie zostawiliśmy rzeczy. Leżą tak jak je zostawiliśmy, nienaruszone. Super. Rozkładam folię na podłodze i kładę się na niej. A w sali trwa przebieranie w najlepsze. Panowie, panie... Panie może trochę dyskretniej, ale bez przesady. Panowie zupełnie bez żadnych skrupułów. No dobra, ale miał być prysznic. Ciekawe, czy też koedukacyjny... Ruszam. Zabieram ze sobą tylko szmatkę do wytarcia i folię. Prysznic okazuje się jednak bardzo przyzwoity, zaczynam żałować, że nie wzięłam całego plecaka. Ale co tam, dostosuję się do okoliczności, spod prysznica wracam przez całą salę owinięta tylko w folię. I tam dopiero, z pewną dyskrecją, próbuję się ubrać po cywilnemu...

Miły akcent, pan pilnujący wejścia pod prysznice na widok polskiej koszulki natychmiast kojarzy „Polska? Jazinska!" No proszę, nie trzeba być prorokiem we własnym kraju.

Image 

Tymczasem 31 ABN AMRO Maraton Rotterdam dobiega końca. W tłumie na sali znajduje mnie Tomek (o którego już zaczęłam się nieco niepokoić). Przebiera się jakoś szybciej ode mnie. I wyruszamy - kierunek Rotterdam Centraal Station. Pora na małe wakacje :)

A Rotterdam? No cóż. Odczucia mam ambiwalentne. Piękne miasto. Piękna trasa, ale... trochę za płaska ;-)  Późna godzina startu. O 9 byłoby całkiem przyjemnie. Sam start - masakra i kompletny chaos. Ale dalej bardzo dobra organizacja. Depozyt - bez dozoru, ale i bez bałaganu. Żadnych kolejek (poza tojkami). Meta - organizacyjnie genialny i dla zawodników irytujący pomysł z ustawieniem napojów na samym końcu. A to co na długo zapamiętam - to kibice. Markizy krążące po Rotterdamie, kubek wody od dziewczynki na 32. kilometrze i pomarańcza na 37. I jeszcze to wrażenie - żadnego, ale to żadnego wkurzonego kierowcy. W całym mieście. Nie widziałam tego jeszcze.

Image
 
Image 





  Komentarze (6)
RSS komentarzy
 1 Dodane przez Andrzej, w dniu - 15-04-2011 23:42
Pięknie napisany tekst, wciąga do czytania. Będzie z pewnością dla mnie inspiracją do pisania relacji ze swoich biegów.  
Bardzo serdecznie dziękuję za relację z maratonu, który odbył się poza granicami Polski.
 2 Dodane przez Tobiasz, w dniu - 15-04-2011 23:56
Tak Pani Aniu :) Dziękuję :) To chyba już nie pierwsza Pani relacja w tym portalu :) Co cieszy. Prosimy o więcej. Ja niestety tam się nie wybiorę, ale zawsze jak tak człowiek poczyta to prawie się czuje jakby sam tam był. Jeszcze raz dzięki.
 3 Dodane przez Anna P-P, w dniu - 16-04-2011 20:05
Bardzo dziękuję za mile słowa. Mam nadzieję, że jeszcze będę miala okazje po temu :)
 4 Dodane przez Hubert, w dniu - 17-04-2011 11:46
Byłem, widziałem. Z wieloma uwagami się zgadzam. Dobrze napisany tekst. Mnie też pomarańczka na 36 km uratowała życie ... Wcześniej, co nieprawdopodobne nie zauważyłem dwóch stanowisk z bananami. Dużo fajnych zespołów i dj'ów na trasie. Dawały niezły czad. Porażką były targi - w stosunku do Paryża, Hamburga, Nicei i wielu innych imprez biegowych - te były najsłabsze. Atmosfera, kibice - niesamowici ...
 5 Dodane przez aniag, w dniu - 17-04-2011 18:46
B.fajna sukienka.
 6 Dodane przez Andrzej N, w dniu - 22-04-2011 21:49
Andrzej N.(nr.startowy 3770) Impreza super.Kibice wspaniali.O 1 godz może start za póżno.Brakowało mi tylko bananów.HA hah.Pozdrawiam

Napisz komentarz
  • Komentarze można zamieszczać bez wcześniejszego zalogowania.
  • Pamiętajcie o poprawnym wpisaniu kodu uwierzytelniającego.
  • Redakcja zastrzega sobie prawo do usuwania komentarzy naruszających ewidentnie kulturę wypowiedzi.

Imię:
Komentarz:

Kod antyspamowy:* Code
Chcę być powiadamiany emailem o dodaniu nowych komentarzy

 


 
« poprzedni artykuł   następny artykuł »
 
 
Bieg Konstytucji - Film
Youtube
Polskie Maratony
Ostatnie komentarze
Jestem absolwentem VI LO im. Reytana w Warszawie z 1985r..To ja podawa...
więcej...
przez Lądolód Arktyczny

Tak, niedługo ponownie zostaną uruchomione. Trwają prace administracyj...
więcej...
przez Maratończyk.pl

Witam. Czy jest opcja, aby zobaczyć gdzieś galerie z tego wydarzenia ...
więcej...
przez Przemek

Dobrze pamiętam go z Gymnasionu i pozostałych przekształceń klubu.
więcej...
przez Kamyk

@Konrad, zgodnie z regulaminem numery startowe są przypisane do nazwis...
więcej...
przez Karol

W 1983 r., Elvis Presley odwiedził VI LO im. Reytana w Warszawie
więcej...
przez Czesław Mobutu

a o co włąściwie chodzi? Przeciez nawet gdy biegnie inna osoba to star...
więcej...
przez Konrad

Półmaraton Warszawski - 2019 - pion
© 2019 MARATOŃCZYK
Untitled Document