Andrzej "AnKa" Karlak: Do Sielpi wyruszałem z pewną taką nieśmiałością. Miało być ciepło, a do tego miałem w planach następnego dnia przebiec, (może bliżej prawdy- przebyć), Maraton Toruński. Jednak osoba Wojtka Paska przekonała mnie do tego, aby spróbować. Raz kozie śmierć. Kiedy dotarłem do biura zawodów pierwsze wątpliwości odeszły w zapomnienie.Na starcie sama „maratońska śmietanka". 

Pomyślałem, iż to fajnie znaleźć się wśród tych pozytywnie zakręconych. Powinno być dobrze. Wystartowałem razem z Danielem z „Maniaców". Po pierwszym kilometrze, pierwsza niespodzianka- kopny piach. Nieźle się zapowiada. Kiedy przez niego przebrnąłem, ukazał się całkiem przyzwoity podbieg. Nogi zaczęły mi się lekko uginać. Może być hardcorowo. A tu nagle, zaczęła się przyjemna część. Dotarłem do... Piekła. Na punkcie odświeżania czekały dwa młode, sympatyczne diabełki. Żadnych rogów, czy też ogonków. Wszystko co słyszałem o tym miejscu w dzieciństwie okazało się nieprawdą! Nie było wideł i smoły ( może później trochę roztopionego asfaltu). Dwa łyki wody i brnę dalej. Później wszystko według reguł, gdyż do Nieba trzeba było biec pod górę. Tu był chyba największy podbieg. Po agrafce w Niebie docieram do lasu. Nic to, że jest trochę piachu, (zaczynam się do niego przyzwyczajać), biegłem wśród „pięknych okoliczności przyrody". Cały czas towarzyszy mi ptasi świergot, a nawet znalazła się umykająca przede mną jaszczurka. Nawet nie zauważyłem, jak ukończyłem pierwszą pętlę (dop. autora: trasa liczyła trzy pętle po 14  km  plus 195 metrowy dobieg).  Na mecie każdej z nich, szalejący z mikrofonem Grzegorz „Wasyl" Grabowski dodaje sił. Wiedziałem już, co na mnie czeka na kolejnych okrążeniach. Mając jeszcze resztki rozsądku, zwalniam. I to mnie ratuje. Żar leje się z nieba. Zaczynam przybierać czerwoną barwę. Jeszcze dwa takie maratony i zacznę wreszcie przypominać Kenijczyków. Chociaż tak.

Od 26 kilometra zaczyna się tzw. rzeźba, (przepraszam za kolokwializm), czyli „popularny" wśród maratończyków marszobieg. Mam dużo czasu na rozmyślania. Dzięki nim nie zauważam jak znajduję się blisko mety. Jeszcze tylko zebranie sił i czterystu-metrowy finisz. Oczywiście z uśmiechem na ustach. Na mecie czekał na mnie okazały medal (specjalnie zważyłem - 165 gramów).

Jeszcze tylko koleżeńsko- maratońskie rozmowy, wręczanie i losowanie nagród (niemalże każdy coś wylosował), podziękowania dla organizatorów za bardzo sympatyczną imprezę i można było zacząć regenerację do kolejnego maratonu.

Podsumowując: trasa była selektywna, ale urocza, a organizatorzy niezwykle sympatyczni. Gorąco polecam ten bieg. Mimo iż żar był zbliżony do piekielnego, to organizatorzy dołożyli wszelkich starań, aby biegacze czuli się jak w niebie.

Wśród pań najlepsza była Dorota Woźniak z czasem 3:47.51.

Kolejne miejsca zajęły:

2. Ewa Kuryło 4:01.15
3.Agnieszka Mizera 4:18.11

 Panowie:

1. Paweł Zima 2:46.25
2. Rafał Gniła 2:53.18
3. Piotr Kuryło 2:53.19 

Bieg ukończyły 122 osoby.
PS. Piętnaście osób, które ukończyły maraton w Sielpi,  pobiegło następnego dnia „MaratonToruński".