Galeria 2005
(Archiwum prywatne Roberta Celińskiego)
 


Fot. Archiwum Prywatne Roberta Celińskiego (2005)

Robert Celiński: Witam w cywilizacji,  cywilizacja w której żyłem przez ostatnie 44 dni pochłonęła mnie do reszty i zapragnąłem tu wrócić w przyszłym roku, zacznę od podsumowania mojego udziału w Tenzing Hillary Everest Marathon.
 
 Sukces:
 - 9 miejsce w kategorii open, to najwyższe miejsce zajęte przez obcokrajowca w tym rudnym maratonie, na mecie lekki szok.
 - 1 miejsce w kategorii obcokrajowców i przeszło godzinna przewaga nad drugim zawodnikiem zagranicznym.
 - nowy rekord tasy w tej samej kategorii, który od wczoraj wynosi 4,39,39.
 - ukończenie tego maratonu pomimo prawdopodobnego dwukrotnego złamania palców u lewej ręki:).

Wyjaśnienia: aklimatyzacja przebiegała pomyślnie pomimo małych dolegliwości z kamykiem na nerce, którego musiałem po 10 dniach urodzić. Kluczowe dni to te trzy ostatnie, które przypieczętowały losy większości startujących w tym i mój. Od chwili przybycia do Gorak Shep miałem wspaniałą pogodę, cieszyłem się na ten fakt, radość nie trwała długo, bo w nocy nadeszła burza śnieżna i zapoczątkowała trzydniowy opad śniegu non stop, bez przerwy wytchnienia, raz większy raz mniejszy opad.

We wtorek udałem się na Beaze Camp na wysokość 5364 mnpm, gdzie miałem dołączyć do zorganizowanej grupy biegaczy oczekujących na start, tu popełniłem błąd, powinienem zostać w Goeak Shep tę jedną noc dłużej. Zasugerowałem się tym że lokalna prognoza pogoda przewidywała kolejny dzień z deszczem który miał zmyć śnieg z trasy, ale tak się nie stało. Noc spędziłem na lodowcu, tak jak prawie wszyscy prócz moich najgroźniejszych rywali Szerpów. Noc bezsenna, co chwila musieliśmy od środka namiotu walić w ściany by zwalać śnieg, który był coraz cięższy i groził zawaleniem namiotu, pomagali nam w tym też organizatorzy, którzy całą noc przemieszczali się pomiędzy namiotami i od zewnątrz też zwalali śnieg z namiotów. Rano po szybkim śniadaniu otrzymaliśmy wiadomość że musimy się jak najszybciej ewakuować bo będziemy odcięci od świata i będą poważne kłopoty z ewentualną pomocą. 10 min i byłem gotowy do wymarszu. Wyruszaliśmy kilkoma grupami, ja w trzeciej z moim kolegą z Nowej Zelandii. Szybko dogoniliśmy dwie pierwsze i wyprzedziliśmy je. Ja i kilku zawodników zmieniając się przecieraliśmy szlak, tu wymiękli nawet nasi przewodnicy Szerpowie. Odcinek 5 km przedzieraliśmy się w metrowej warstwie śniegu prawie 5 godzin.

To kosztowało mnie najwięcej energii , którą straciłem na dzień przed startem a którą akumulowałem przez ostatni tydzień. Gdy dotarliśmy do Gorak Shep byłe, tak wyczerpany że czułem to do godziny 7 wieczorem, tej energii i wypoczynku zapewne zabrakło mi dzień później, na pewno.

Jak kończyliśmy naszą ucieczkę, na ostatnie 1,5 km przed Gorak Shep, zaczęło się szybko wypogadzać i zaczęło bardzo mocno świecić słońce, tak mocne że prawie mi spaliło mi usta i nos, wieczorem i do rana czułem jak mi pęka skóra na nosie i ustach i jak mi wypływa materia z pękniętych miejsc. Nie było to fajne, udało mi się uniknąć jedynie odwodnienia. Ranek słoneczny z małym mrozem. Pierwsze kilometry były tu kluczowe, trasa mocno oblodzona i totalnie śliska. Na pierwszym km, wywróciłem się i prawdopodobnie złamałem kciuk w lewej ręce a na kolejnym kilometrze to samo i złamałem prawdopodobnie drugi palec zaraz za paznokciem w tej samej ręce, nie fajne uczucie ale biegłem dalej, adrenalina robiła swoje i znieczulała ból na tyle że starałem się o tym nie myśleć i biec dalej i świetnie sobie radząc wyprzedając wielu Szerpów, którzy do tej pory w czołówce biegli ze mną. Wykorzystywałem na maxsa te warunki, bo wiedziałem ze oni w takich warunkach rzadko biegają a ja w naszym klimacie  wielokrotnie przecież biegałem przez te wszystkie lata (zima), warunki takie panowały na odcinku 7km, później śnieg topniał na trasie i robiło się błoto z kałużami, prawdziwy wysokogórski cross. Mijałem kolejnych Szerpów, którzy nie radzili sobie na trasie. Trasa została wydłużona w jednym miejscu o 2,5km w jedną stronę i tym samy więcej biegliśmy na wysokości około 4450m. W drodze powrotnej dwukrotnie zbłądziłem i zboczyłem z trasy bo flagi które wyznaczały trasę były złamane i nie było ich widać i nie wiadomo gdzie biec. Straciłem w tych przypadkach sporo czasu.

Biegłem dalej i warunki były coraz leprze. Minąłem jeszcze kilku zawodników, którzy radzili sobie coraz słabiej, trasa którą robiłem na treningach różniła się zupełnie o tej którą biegłem w trakcie wyścigu. Pogada zrobiła swoje przez te ostatnie trzy dni. Na samym końcu, mocno ścigałem się jeszcze z dwoma zawodnikami, których dochodziłem, jednym nich ciąłem się do samego końca, nie wiem komu sędziowie dali 8 a komu 9 miejsce, mi przypadło 9 a kolejny zawodnik był z 10 sek wcześniej. Pomijając te niefortunne przypadki pozycja na mecie byłaby zupełnie inna, zdecydowanie lepsza może w okolicy 3 miejsca. Cieszę się że wystartowałem tu drugi raz, zdobyłem jeszcze większe doświadczenie w tych górach i zapragnąłem wrócić tu za rok, szansa nadal jest. Więcej opiszę jak się spotkamy lub jak zacznę opisywać to w ewentualnej książce, którą zacząłem piać, mam mnóstwo super zdjęć ale ładuje się to tu w Katmandu naprawdę długo, pokarzę je wam jak się spotkamy, pozdrawiam.

Robert
 
 


{moscomment}