Mariusz Kurzajczyk: Nie mam czasu na bieganie, a co dopiero na pisanie o bieganiu. W trudny do wytłumaczenia sposób znajduję na jedno i drugie, stąd te parę zdań, mające zachęcić do udziału w biegu, który może ukończyć prawie każdy. Wprawdzie „prawie” robi różnicę, ale czy aż tak wielką... Akurat my tego biegu nie powinniśmy byli ukończyć. Ba, w ogóle nie powinniśmy stanąć na starcie. Każdy to potwierdzi: lekarz, trener, fizjoterapeuta, czy pani Zosia. Ja zmarnowałem zimę, bo właśnie była zima i zimno, bo było ciemno, bo się pochorowałem, bo od gdańskiej Setki w listopadzie bolała mnie pięta. I to solidnie bolała. Zresztą boli do dziś. Moja córka Hania biegała incydentalnie, ale dwa tygodnie przed Rzeźnikiem trochę przestraszyła się wyzwania i pojechała na górski trening do Sobótki. W efekcie po trzech kilometrach skręciła nogę w kostce i do Kalisza wróciła ze stopą grubości uda. Na Rzeźnika mieliśmy innych, mocnych i ambitnych partnerów, którzy na trasie musieliby się z nami męczyć. W najlepszym razie. Więc zaproponowaliśmy im podmiankę i w ten sposób utworzyliśmy rodzinny team „Ból i Kalectwo”.

Przyznaję, że - mimo wrodzonego optymizmu - przed startem miałem myśli czarne, jak niebo nad Cisną. Właśnie to niebo a właściwie gigantyczna burza i ulewa były przez moment naszą nadzieją. Dwie godziny przed wyjazdem autobusów do Komańczy nadal lało i Hania z nadzieją w głosie, choć retorycznie, pytała: Chyba organizatorzy odwołają bieg? Nie odwołali. Trzeba było wstać i lecieć na autobus. A potem przelecieć maksymalnie w 16 godzin czerwony bieszczadzki szlak.

W naszej sytuacji jasnym było, że plany maksimum i minimum są zbieżne - ukończyć w limicie. A najlepiej w odpowiednim momencie zejść z honorem. Była nadzieja, że po drodze Hanię mocniej zaboli kostka, ewentualnie ja skręcę swoją, ale - jak to bywa - nadzieja okazała się płonną. Nasze nogi przetrwały wariacko-sprinterskie zbiegi między Żebrakiem a Cisną, a pierwszy etap spokojnie zaliczyliśmy w limicie. Ba, po raz pierwszy miałem sucho w butach, bo kolejne strumienie pokonywaliśmy po kamieniach, bez zbędnego pośpiechu. Niestety, góry zaczynają się w Cisnej, choć niektórzy twierdzą, że dopiero w Berehach.

Tak czy inaczej nasza taktyka od pierwszego kilometra była jasna - pod górę idziemy, po płaskim truchtamy, z górki zbiegamy. Skwapliwie na ten plan przystał towarzyszący nam duet Damian-Jarema. Tak było aż do drogi Mirka, na której, mimo że próbowałem, daję słowo!, już nikogo nie mogłem namówić na bieg. Idąc i chwilami truchtając dotarliśmy do drugiego przepaku w Smereku. Trudno w to uwierzyć, ale szło nam aż za dobrze i wyglądało na to, że możemy nawet połamać 15 godzin, co przed startem wydawało się kompletną mrzonką. W tej radości, że już blisko, zapomnieliśmy, że faktycznie schody zaczynają się na Wetlinie z dodatkowym, mocnym uderzeniem pod Caryńską. Nie będę szczegółowo opisywał naszej udręki i rozterek. Oczywiście nie było mowy o rezygnacji. Po prostu co jakiś czas komuś się przypominało, że to jest bieg, ale natychmiast gasili go pozostali. I szliśmy. Przyznaję się bez bicia, że faktycznie mogliśmy Rzeźnika skończyć w okolicy 15 godzin, gdyby nie moje silne postanowienie maszerowania w końcówce. Uznałem, że skoro ma to być mój najwolniejszy Rzeźnik, nie było sensu napierać i dodatkowo się męczyć. Przywoływałem prostą dewizę kolegi, często zaczynającego za szybko, a kończącego zbyt wolno: „Jeśli biegnę, to biegnę. Jeśli już idę, to idę". I tego się trzymaliśmy aż do końca, oczywiście mając pewność, że do wyczerpania limitu jest jeszcze daleko.

Czy ta historia ma jakiś morał? Na pewno nie - chcieć to móc. W naszym dążeniu do mety nie było chorej ambicji, ale przekonanie, że trzeba iść. Więc szliśmy.
   

{moscomment}