Dział - Biegi Ekstremalne / Biegi Górskie
 

Fot. Andrzej Wojakowski
 
Ciekawa opowieść o dalekich i wysokich górach, jednego z naszych czytelników i autora innych, publikowanych na naszym portalu materiałów. Co prawda, tekst nie jest o bieganiu... ale... przeczytajcie sami :) Gorąco polecamy :)

Andrzej Wojakowski:  Marzenia są po to, aby je spełniać, a przynajmniej próbować. Mnie zimą tego roku syn poinformował, że chciałby pójść w wysokie góry tj. ponad 3000m npm. Syn powiedział, zaś tata zainteresował się „Dachem Europy”. Szybka decyzja, wcześnie wykupione bilety na Wrzesień, bo już w lutym (po korzystnej cenie LOT-u). Niestety po przeczytaniu w internecie o wchodzeniu na tą górę moja była żona powiedziała „nie” dla syna. Może dobrze, bo jest jeszcze młody (16 lat), ma jeszcze czas m in. na treningi itp.

Przygotowaniem do wyjazdu w dolinę Chamonix była krótka, ale owocna wyprawa w nasze Tatry. Pierwszy raz wszedłem z kolegą Wojtkiem, który mnie i mojemu synowi towarzyszył, na dwa pozaszlakowe szczyty tj. Cubryna (2376m n.p.m.) i Niżnie Rysy (2430m n.p.m. – III szczyt w Polsce). Ci, którzy wiedzą, co to jest zdobywanie poza szlakowych szczytów, może docenią to dokonanie.
 
Noclegi w Dolinie Chamonix zarezerwowałem w Gite Michel Fagot w Les Houches (ok. 10km od Chamonix). Polecam to miejsce ze względu na usytuowanie, ceny, oraz jako miejsce startu na Blanca. Przyjeżdżam, a tu pada, no fajnie, ale od następnego dnia pogoda przez cały czas pobytu była jak „drut”, tylko sobie taką wymarzyć, a oczywiście kiedy rano ostatniego  dnia wyjeżdżałem „lało jak z cebra”.

Od następnego dnia zacząłem kondycyjno-aklimatyzacyjne przygotowania do wejścia na najwyższą górę Alp. Pierwszego dnia wszedłem na szczyt Le Brevent (2525m n.p.m.). Zrobiłem przewyższenie ponad 1500m w czasie poniżej 3h, zaś czas na strzałkach pokazywał 4,5 h. Chyba nieźle jak na pierwszy dzień. Widoki z tego szczytu (południowa strona doliny Chamonix) na masyw Mt Blancwspaniałe, można ½ dnia siedzieć, patrzeć i urzekać się. Drugiego dnia po wykupieniu 5 dniowego karnetu na kolejki linowe (tzw. multipass) pojechałem na Grands Montets (3295m n.p.m.). Tam na lodowcu poćwiczyłem na śniegu chodzenie w rakach z kijkami (trzy razy góra-dół, w kółko, co by nabierać wprawy, kondycji, a przede wszystkim wysokościowej aklimatyzacji. Trzeciego dnia pojechałem na najwyższy szczyt dostępny kolejką linową tj. na Aiguille du Midi (3842 m n.p.m.), notabene to mój najwyższy wjazd kolejką linową dotychczas. Tam też planowałem chodzenie w rakach po lodowcu, ale zejście przy stacji było b. strome, bez asekuracji (np. liną z drugim partnerem) nie chciałem ryzykować i po 20 krokach wycofałem się. Za to ponad 3 godz. spędziłem na tarasach widokowych jak prawdziwy cepr z nizin: tj. opalanie się, fotki, lunch, delektowanie się widokami, bo pogoda była „zajebista”. Przez lornetkę prześledziłem całe podejście od Goûtera po szczyt Mt Blanc. Czwarty dzień był dniem odpoczynku, relaksu, żadnych treningów, chodzenia w rakach. Korzystając z karnetu tego dnia zaliczyłem 4 kolejki. Byłem przy dwóch lodowcach i dwa razy na południowej stronie doliny Chamonix. Pogoda, widoki lepiej nie mówić, a tras narciarskich bez liku.

Piątego dnia to pierwszy dzień wejścia na Blanca tj. dojście do schroniska Goûtera (3817m n.p.m.). Najpierw z Les Houches wjazd kolejka linową Bellevue na 1800m n.p.m., później miałem podjechać jedną stację Tramwayem du Mont Blanc. I tu mam drobnego pecha. Przez to, że się rano trochę grzebałem, musiałem czekać na następny „pociąg” ok. 1h. Podjeżdżam do ostatniej stacji Mont Lachat (2077m n.p.m.). Stąd zaczyna się piesze podejście. Najpierw idzie się w stronę schroniska Tête-Rousse (3167m n.p.m.), aby tam w okolicy schroniska przejść po resztkach lodowca pod słynny kuluar Rolling Stonesów, znany z często spadających kamieni w tym żlebie. Staram się go szybko przejść mając kask na głowie, ale w  końcowej części kuluaru (ma on ok. 50m długości), przede mną poleciało w dół kilka kamieni. Za kuluarem zaczyna się strome podejście pod schronisko. Wg mnie to najtrudniejszy etap zdobycia tego szczytu. Ostro pod górę, w końcowej części ubezpieczone podejście, osiągam schronisko Goûtera o 15.00. Czas podejścia od stacyjki kolejowej 4,35h, myślę, że dobry. W tak wysoko położonym schronisku będę spał po raz pierwszy. Jako jedyny ze spotkanych krajanów mam rezerwację na miejsce do spania. Spotkani przeze mnie Polacy spali w jadalni na podłodze, ławie, albo na stole. A ja jak panisko pod kocem, z poduszką usiłuję w sali 24 osobowej usnąć. Raczej czuwałem niż spałem. Pobudka o godz. 2.15, wyjście ze schroniska o godz. 3.05. Pogoda mi sprzyja, nie ma wiatru, mróz jest niewielki minus 5-6˚C. Szybko dochodzę i wyprzedzam trzy zespoły idące z przewodnikami. Idzie mi się szybko i dobrze. Idę bez żadnego plecaka, w mojej kurtce narciarskiej jest wiele kieszeni, tam też umieściłem wszelkie potrzebne mi akcesoria. Noc, mnóstwo gwiazd na niebie, a ja odpychając się kijkami „zasuwam” do przodu. Okazało się, że po wyprzedzeniu trzech zespołów nikogo nie ma przede mną. Przy schronie Vallota (4362m n.p.m.) robię sobie krótką przerwę (wypijam mały soczek 0,2l) i dalej w górę. Może dobrze, że szedłem nocą i skupiałem się na wydeptanym szlaku przede mną (oświetlany przez czołówkę). Po co patrzeć w dół myśleć, co by się stało jak bym tam poleciał.. Pokonuję sprawnie kolejne przewyższenia i wchodzę na szczyt dokładnie o 5.59. Jest to mój pierwszy szczyt zdobyty prawie po ciemku. Trudno mówić o szczycie (w porównaniu do np. tatrzańskich wierzchołków) jest to po prostu wypłaszczenie.. Normalny czas podejścia od schroniska to 4,45h, aj a wszedłem w 2,54h! Gdybym wiedział, że będę tak szybko na górze, to bym później wyszedł ze schroniska.. Na szczycie szarówka. Robię fotki po okolicy, ale ze względu na to, że jeszcze było jeszcze dosyć ciemno, marnie się udały. Na szczycie była zatknięta bułgarska flaga, którą też fotografuję. Spędzam tutaj ok. 5 min. rozkoszując się sukcesem, robię samemu sobie zdjęcie na tle flagi, ale niezbyt się udało. Tego dnia o 6.00 rano byłem pierwszy na szczycie i mogłem na całą Europę i na wszystkich jej mieszkańców popatrzeć z góry. Powrót do schroniska bez żadnych kłopotów, po drodze wymijam wiele zespołów idących w górę. W schronisku jestem o 8.40, po zjedzeniu śniadania, zabrania plecaka, ruszam w dół, przy stacji kolejowej jestem o 14.10, a w swoim hostelu w Les Houches jestem o 15.00.

Główne zadanie wykonane, dalej mogłem bawić się tylko w turystę. Mając w rezerwie 2 dni (mogłem trafić na złą pogodę i czekać w schronisku na jej poprawę), następnego dnia pojechałem tunelem drogowym pod Mt Blanc (dł. 11611m), do Courmayeur po włoskiej stronie. A ostatnie dwa dni spędziłem w Genevie, zwiedzając to miasto.

Myślę, że ten trening wysokościowy zaowocuje dobrymi rezultatami biegowymi na jesieni. W czasie mojego pobytu przebiegłem dwa razy po 1h w dolinie Chamonix, a w Genevie biegałem raz wzdłuż promenady nad jeziorem Lemańskim (Genewskim). Choćby dla tego treningu warto wybrać się do tego miasta (co za widoki, jak śliczna trasa wzdłuż jeziora), słowa tego wg mnie nie oddadzą, trzeba to samemu zobaczyć.
Następny cel, maraton jesienny, ale o tym może następnym razem.


Warszawa 19.09.2012                    
Andrzej Wojakowski

 Fot. Andrzej Wojakowski

{moscomment}