Droga jest tylko jedna
 
Mariusz Mioduszewski: Minął ponad miesiąc od IX edycji Biegu Rzeźnika, o którym chyba wiemy już wszystko:
-  trudna i długa trasa,
-  nieprzewidywalna i częstokroć okrutna pogoda,
- tysiące niespodzianek czyhających na nogi każdego biegacza, ukrywających się za każdym korzeniem, kamieniem, drzewem, kałużą czy strumykiem,
- kolejne rekordy padające rok w rok (co przestało nas już właściwie dziwić),
- śpiewająca i grająca „Wiewiórka na drzewie”, wszechobecna na starcie, na trasie i na mecie.

Ale czy tak do końca wiemy, dlaczego tam startujemy? Dlaczego wracamy tam pomimo zrealizowania zakładanego planu? Dlaczego decydujemy się na powrót pomimo totalnej porażki z ubiegłego roku? Wydawałoby się, że to oczywiste. Zawsze pozostaje pewien niedosyt, często z roku na rok stawiamy sobie wyższe cele.

Z perspektywy kilku (od 2009 roku) startów zaobserwowałem, że głównym powodem, dla którego wracam na rzeźnicką ścieżkę nie są wcale założenia startowe. Te oczywiście pojawiają się z chwilą ułożenia planów treningowych i rozpoczęcia przygotowań, ale w finale nie o wynik tu chodzi. Scenariusz bieszczadzkiej przygody ma bowiem zawsze szczęśliwy finał, choć droga jest jedna i zawsze wiedzie w najtrudniejsze zakamarki „górskiego raju”.
 
Bieszczady to magiczne miejsce, zawsze to powtarzam. To raj nie tylko dla biegaczy czy turystów, ale również dla przeciętnego, mało ruszającego się zjadacza chleba, który nigdy nie miał w ustach dobrego chleba lub bardzo dobrego sera, nie mówiąc o przepysznym wędzonym pstrągu. Wracają tam ludzie, którzy nigdy nie przebiegli kilometra, którzy nigdy nie weszli na żaden szczyt, wyznający zasadę, „Po co? Wystarczy, że Wy się namęczycie!”. Ciągnie ich w Bieszczady (wystarczyło popatrzeć na tegoroczne oblężenie turystyczne w Cisnej, totalny brak wolnych miejsc), co rok z innymi złożeniami: pooddychać świeżym powietrzem, zwiedzić przepiękne cerkwie, popróbować prawdziwych regionalnych przysmaków, pokibicować na szlaku, czy w końcu sprawdzić się na rzeźniczej ścieżce. Magnetyzm Bieszczad jest zaraźliwy i z pewnością jest przyczyną mocnego bieszczadzkiego uzależnia. Potem trudno się już od tego uwolnić.

Stając na starcie w strugach deszczu, czy zmieniając odzież na przepadku przychodzą chwile zwątpienia i niepewności.
 

Zwątpienie1
 
Zwątpienie2
 
Niepweność1
 
Po co się tak męczyć? Warto się tak poświęcać?
 

Po co to wszystko?
 
Gdy przychodzą pierwsze kryzysy, gdy ból zaczyna dotkliwie wyciskać pierwsze łzy i obnażać słabe strony naszego wewnętrznego ja,
 

Zmęczenie1
 

Zmęczenie2
 
a pragnienie odpoczynku na mecie jest większe od chęci pochłonięcia cysterny z zimnym, niepasteryzowanym, niefiltrowanym napojem z chmielu, coś pcha nas dalej.
 

Pragnienie1
 

Pragnienie2
 
Gdy głód bije się z bólem żołądka, krzycząc „dajcie mi jakiś makaron”, a nogi wołają „leżeć”,
 

Głód1
 
 
Głód2
 
coś podpowiada nam, że to chwilowe.
Wtedy „staje na nogi” wola walki.
 
Wola walki1
 
Wola walki2
 
i zwycięża, nagradzając nas magicznym obliczem Bieszczad.
Gdy niemal cała para z nas już uszła,


Gdy para z nas uchodzi
 
przychodzi w końcu radość i zadowolenie, że to już koniec. Dwie, uciekające razem, „dzikie świnie”,
 

Dwie dzikie świnie
 
cieszą się, że nie dopadł je rzeźnicki topór. 
 
Rzeźnicki topór
 
Wystarczający powód do satysfakcji.
 
Byle do przodu
 
Radość1
 

Radość2
 
Gdy więc ból i zmęczenie odchodzą, łapiemy wiatr we włosy, uśmiechamy się z przekąsem 
 
Wiatr we włosach
 
i mówimy sobie do zobaczenia za rok.
Bieszczady są miodzio.

 Bieszczady tylko z OTK Rzeźnik



 
Fotografie: Jacek POGORZELSKI
Tekst i filmy: Mariusz MIODUSZEWSKI
{moscomment}