Dariusz Król:  Czerwona kartka w kalendarzu. Staram się, żeby to była świętość dnia wolnego od pracy, gdyż wciąż kołacze mi się gdzieś w głębokiej podświadomości okres, kiedy to związki zawodowe, nie wnikam, jakie, wywalczyły wolne soboty dla robotników. Prawdziwe, wtedy wolne soboty.  Odnosząc to do teraźniejszej rzeczywistości ma się to nijak. Ludzie pracy znają to z autopsji. Najlepiej, aby było non stop kolor, 24 na dobę. Ale wracając do tematu wiodącego, wstałem w tym dniu lekko przed 7. Pogoda nie nastrajała optymistycznie, bo było dżdżysto. Po kilku leniwych rytuałach dnia świątecznego, jak by nie patrzył, rozpaliłem kompa i zrobiłem rutynowy przeglądzik zatrzymując się na imprezie dnia, jak dla mnie, Biegu Konstytucji. Z racji planowego zarobienia nie brałem wcześniej go pod uwagę, jednak robota ogarnięta została przed planem (ma się coś z przodownika) i po obcykaniu strony organizatora, gdzie stało jak wół, że mają jeszcze 400 miejsc, znienacka podjąłem decyzję, że jadę. Tak zwane, a co tam, tym bardziej, że pogoda nie wróżyła napadu frekwencji.

Jak się postanowiło tak się zrobiło. Cały temat poszedł gładko, oprócz tego, że kosztowało mnie to dychę więcej, no i w wynikach, których nie dostałem z tej racji na telefon, nie wykazano również klubu, który deklarowałem. Sam bieg był dość żywiołowy z mojej strony, tym bardziej, że jeszcze przed startem byłem stuknięty ramieniem przez człowieka z numerem 1, podążającego przez tłum oczekujący do biegu, w dość obfitej obstawie, na czołowe miejsce startowe. Jakież było moje refleksyjne zdziwienie, Król ma mniejszą obstawę niż Premier. Co za czasy? Ale po wystrzale każdy robił swoje. Ja zacząłem marzyć, oczywiście w biegu, może by udało się pokonać tych, którzy w zeszłym roku, będących w gronie na celowniku, pokonali mnie. Trzeba było obrać taktykę i ją realizować. Już po kilometrze taktyka była wypracowana. Poczułem organizm, osiągnąłem optymalne tempo i już cyknąłem kolegę Jerzego. Tempo było dość mocne i równe. Nawet na zbiegu z Agrykoli specjalnie nie szalałem, by czegoś nie wydziwić, i to było słuszne założenie, bo zaraz po trzecim kilometrze zobaczyłem plecy kolegi Tomasza z mojej kategorii wiekowej, wcześniejszego chodziarza. Zmobilizowało mnie to dodatkowo, ale do tego by być pewnym swojego tempa, co przełożyło się w dogonienie i wyprzedzenie tego zawodnika. Bieg w moim wykonaniu, jak sądzę był optymalny. Zwarzywszy na porównania i statystyki, osiągnąłem 20 miejsce.

Tak jak w roku ubiegłym, ale tym razem nikogo starszego nie było przede mną, to plus, poza tym poprawiłem czas o 5 sekund uzyskując 17: 32, a patrząc na międzyczasy to te 5 sekund miałem do przodu już na 3 kilometrze, czyli w miarę równe tempo wiozłem do końca, no i jeszcze mogłem trochę pofiniszować. Jak patrzę na fotograficzną i filmową relację z mety, to odnoszę wrażenie, że chyba jednak jakieś rezerwy jeszcze były. Chociaż z drugiej strony ja bardziej swobodnie podchodzę do tego biegowego tematu niż inni, szczególnie ci przede mną. Różnie można się zmęczyć i być może ja osiągam szybszy wybuch endorfin, stąd takie moje reakcje takie, a nie inne. Krótko? Byłem zadowolony.

Kiedy wracałem do szatni spotkałem kolegę Bogdana podążającego po odbiór depozytu i od niego dowiedziałem się, że w dniu dzisiejszym można pobiec jeszcze milę w Piasecznie (kolega Bogdan zalicza wszystko w zasięgu, idzie na jakiś rekord imprez). Po krótkiej analizie, za i przeciw i wzięciu pobiegowego masażu, pierwszy raz w mojej karierze po tak krótkim dystansie, postanowiłem - jadę.

Tu muszę dodać poddałem się również eksperymentalnie masażowi, również przed biegiem i może to był klucz do mojej swobodnej dyspozycji w tym starcie. Natomiast masaż po, świadomie miał ułatwić mi start na milę. Będąc w Warszawie połowa drogi była za nami, także migiem osiągnęliśmy Piaseczno. Tam spotkałem koleżankę Ewę z Kazimierzem i Andrzeja z sąsiedniej parafii Złotokłos, więc tym bardziej było sympatycznie. Tu muszę dodać, że w latach ubiegłych zdarzyło mi się tu biegać, ale wtedy trasa nie miała atestu i nie trzymała wymiaru. Wcześniej biegały dzieci w kilku wyścigach, by przyszedł czas na wyścig damski, bo panie ścigały się oddzielnie od panów. Obsada biegu pań była dość ciekawa, bo wypatrzyłem tam zwyciężczynię z biegu w Okuniewie i zwyciężczynie z biegu w Milanówku (pani Edyta Lewandowska utytułowana biegaczka w biegach długich, oczywiście nie mylić z Iwoną). Zaczęliśmy zastanawiać się nad taktyką biegu dla Ewy dającą optymalne wykorzystanie jej aktualnych możliwości.  Bieg odbywał się na dwóch pętlach wokół rynku, ze stumetrowym dobiegiem startowym dla uzyskania deklarowanego dystansu. Taktyka dla Ewy była prosta, to da się wygrać, trzeba tylko podejść do tego spokojnie. To tak w skrócie, gdyż nie możemy zdradzić wszystkich naszych tajników, bo konkurencja nie śpi. Obserwowanie rywalizacji pań, a szczególnie finiszu, gdzie po ostrym zakręcie w lewo, do mety było może 30 metrów, rozegrała się walka o pierwsze miejsce. Cały czas stawkę prowadziła pani Edyta. Po pierwszej pętli nasza koleżanka Ewa była na czwartej pozycji, by zaraz po półmetku zacząć przesuwać się na trzecią, to mogliśmy zaobserwować, jako kibice. Chcąc lepiej widzieć finisz ustawiliśmy się na przeciw ostatniego wirażu dosłownie będącego nieopodal mety. Pierwszą widać jest wciąż prowadzącą panią Edytę, jednak zaraz za nią po zewnętrznej wyłania się nasza koleżanka Ewa, drugą pozycję ma na bank, jednak my podnosimy niesamowity doping dla niej, nawet nie wiemy czy ona go słyszy, ale emocje biorą górę i jakby to zadziałało na nią i dostała takiego spidu tuż przed metą wyprzedziła pewną swojej wygranej zawodniczkę, która cały dystans była na prowadzeniu. Naszej klubowej radości nie było końca, a Ewa zrobiła skuteczny rewanż za Milanówek, gdzie była trzecia. Czas zwyciężczyni to 15:14. Nasz bieg był już tylko formalnością. Byliśmy tak rozkojarzeni, że tylko mogliśmy go pobiegać, ale mimo to kolega prezes w kategorii masters, czyli powyżej 40 lat zajął tu drugie miejsce, ustępując pierwszego w dość podobny sposób jak pani Edyta. Usprawiedliwiać kolegę może tu tylko wcześniejszy start na 5 km. Kolega Andrzej i kolega Kazimierz również zadowoleni byli ze swoich rezultatów, tym bardziej mnóstwo emocji dostarczyła nam nasza koleżanka przed naszym startem.
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
{moscomment}