orlen warsaw marathon d 259
Robert Zakrzewski:  W 2017 r. odbierając brązowy medal mistrzostw Polski w maratonie Radosław Kasprzak gratulował obrony tytułu Arturowi Kozłowskiemu, mówiąc do niego per pan. „To mój idol.” - wspomina biegacz z Rybnika. Wtedy lepszego prezentu przed 26. urodzinami nie mógł sobie sprawić.

„Udało się mówię, a on na mnie patrzy...”

Przed 87. Mistrzostwami Polski w maratonie wśród kibiców nie czuć było atmosfery wielkiego widowiska. Dłużej można było wymieniać listę utytułowanych nieobecnych zawodników, niż tych zgłoszonych. Wszystko z powodu Wojskowych Mistrzostw Świata w Kanadzie, do których przygotowywali się biegacze służący w armii.

To stworzyło okazje przed mniej znanymi biegaczami, takimi jak Radosław Kasprzak. Dla niego był to dopiero trzeci maraton w życiu i jak mówi teraz, pierwszy przebiegnięty „na poważnie”.

Przed startem miesiąc spędziłem na obozach przygotowawczych w Wiśle i Szklarskiej Porębie. To było dość długo jak na mnie. Pamiętam, że wszyscy z grupy siedzieliśmy w jednym pokoju. Ktoś powiedział zgłaszaj się. Oglądamy stawkę i jest Artur Kozłowski, Przemek Dąbrowski i Piotr Pobłocki. Będzie ciężko, ale nie ma super faworytów, oprócz jednego.

- wspomina Radosław Kasprzak, który znalazł czas na chwilę rozmowy w dniu swoich kolejnych urodzin.

W chłodną niedzielę, 23 kwietnia, tysiące uczestników Orlen Warsaw Marathon wystartowało spod Stadionu Narodowego. Ale jedynie ponad dwudziestu biegaczy z licencją w tym tłumie walczyło o medale mistrzostw kraju.

Głównym planem Kasprzaka było złamanie bariery 2:30:00, na drugim miejscu było zdobycie medalu. Jeszcze przed startem zawiązała się grupa, która miała podążać na rezultat poniżej wspomnianej granicy.

Biegłem razem z Andrzejem Witkiem, z którym już się lepiej znaliśmy, był też Grzegorz Gronostaj, Iza Trzaskalska i jakaś Kenijka. Pierwszy kilometr otworzyliśmy w 3:44 min./km. Myślałem sobie, że to o 10. sek. za wolno. No nic, biegnę dalej w grupie. Po 5. km ktoś szarpnął, a ja dalej trzymałem grupę. Na 32. km przebiegliśmy pod jakimś mostem i odezwałem się pierwszy raz do trenera, który jechał obok na rowerze. Udało się mówię. On patrzy na mnie jak idiotę i pyta o co chodzi. Wyjaśniam, że nie mam kolki i nic mnie nie boli, a to sukces.

- śmieje się biegacz.

kasprzak3

Na trasie zawodnik dostawał informacje o tym, że jest trzeci w klasyfikacji 87. Mistrzostw Polski. Jednak przyznaje, że mało do niego wtedy docierało. Ciągle wierzył, że uda się złamać 2:30. Tak naprawdę o brązowym medalu dowiedział się dopiero za metą.

„Schudłem 20 kg. Musiałem zmienić ubrania...”

Kilka lat wcześniej nic zapowiadało, że młody chłopak z Rybnika może zdobyć medal w maratonie. Jak przyznaje w szkole biegowe sprawdziany zaliczał z trudem.

Zawsze byłem taki okrąglutki. W gimnazjum i technikum ważyłem sto kilogramów. Pojawiał się alkohol i różne rzeczy których wtedy nie powinno być. Do sportu się nie garnąłem. Trochę tylko grałem w piłkę. Byłem dobry na bramce, bo miałem refleks. Ale bieganie? Bieganie to był najgorszy sport jaki mógł istnieć.

- przyznaje Radek.

Jak to często w życiu bywa, o wszystkim zdecydował przypadek. Po zakończeniu technikum, spotkał kolegę który wybierał się na wychowanie fizyczne do Państwowej Wyższej Szkoły Zawodowej w Raciborzu. Uznał, że to może być ciekawe. Trzeba było jednak zdać egzaminy sprawnościowe i się do nich przygotować.

Przez trzy miesiące wakacji stosowałem ostrą dietę. Jak teraz na to patrzę, to nawet zbyt rygorystyczną, bo nie dojadałem. Uprawiałem dużo sportu i rzuciłem używki. Trzy razy w tygodniu biegałem, tyle też jeździłem na rowerze, pływałem i grałem w piłkę. Wiedzę czerpałem z internetu i książek. Tak schudłem 20 kg. Musiałem zmienić ubrania, a znajomi zaczęli nie dowierzać.

- wspomina.

W grudniu 2011 r. w Rybniku miał odbyć się 7. Bieg Barbórkowy na 10 km. Radosław Kasprzak postanowił się sprawdzić, zobaczyć w jakiej jest formie, choć nie wiedział w jaki czas celować. Ostatecznie uzyskał rezultat 44:31 i zajął 160. miejsce w klasyfikacji generalnej. Zwyciężyli Arkadiusz Gardzielewski (30:10) i Wioleta Frankiewicz (34:43).

Nie wiedziałem zupełnie co za wynik uzyskałem. Nic mi to nie mówiło, ale chyba dobry. Późnej siedziałem na dekoracji i dowiedziałem się, że rekord trasy zrobił Arek Gardzielewski. Myślałem o tym, że facet prawie połamał 30 min. a ja mam ponad 44. To była przepaść i chciałem ją zniwelować. Stanąć kiedyś na jakimś podium, może w kategorii wiekowej.

- opowiada.

kasprzak2

Po namowach jesienią 2012 r. biegacz zadebiutował na „królewskim dystansie”. Podczas Maratonu Warszawskiego uzyskał czas 3:06:34. Na koncie miał wtedy dwa półmaratony. Z kolejnym startem w maratonie poczekał aż do 2016 roku i Maratonu Wrocławskiego (2:45:01). W międzyczasie rozpoczął współpracę z trenerem Maciejem Ciepłakiem – byłym rekordzistą Polski w biegu 12-godzinnym.

Pojechaliśmy raz na obóz do Wisły. Tam dowiedziałem się co to jest prawdziwy trening. Do dziś śmiejemy się z tego, że trener nam powiedział, że mamy wycieczkę biegową. Ja mówię super! Już chciałem brać plecak, może będzie herbata w schronisku. Ale zrobiliśmy 30 km po górach i nie było żadnej herbatki.

- śmieje się głośno na to wspomnienie.

„Dzień dobry panie Arturze”

Swoje dawne marzenie o tym, żeby stanąć na podium biegacz spełnił, zajmując jedno z trzech najcenniejszych miejsc dla biegaczy. Od 1924 roku jedynie 138 zawodników zdobyło medal mistrzostw Polski na dystansie 42 km i 195 m. To coś więcej niż podium w kategorii wiekowej, o którym myślał tam w Rybniku podczas ceremonii.

orlen warsaw marathon d 258

Dekoracja to było super przeżycie. Staliśmy nad metą, pod nami przebiegali uczestnicy. Stał tam już Artur Kozłowski, czyli mój idol, oraz Przemek Dąbrowski. Mówię dzień dobry panie Arturze. On mi podaje rękę i pyta czy to ja byłem trzeci. Pogratulował, powiedział, że miło poznać. W duchu myślę - jasny gwint to Artur Kozłowski! Gość, który był na igrzyskach olimpijskich. Później poznałem też Przemka, który biega 10 km w okolicach 30 min. Po wszystkim pojechaliśmy na kontrolę antydopingową. Trochę śmiechu było przy tym, bo to był mój pierwszy raz.

- uśmiecha się biegacz na samo wspomnienie.

Tamte mistrzostwa Polski były długo komentowane. Wiele osób zwracało uwagę, że szybciej niż Kasprzak przybiegli Andrzej Witek (2:28:04) i Grzegorz Gronostaj (2:29:08). Jednak nie posiadali oni licencji PZLA, więc nie byli brani pod uwagę w klasyfikacji mistrzostw Polski.

To prawda, ale nie brałem tych komentarzy osobiście. Gdyby biegli Henryk Szost, czy Arkadiusz Gardzielewski, to pewnie byłbym daleko w tyle. Nie ma co się oszukiwać, ale obsada była taka, a nie inna. Każdy mógł się zapisać do klubu, zdobyć licencje i wystartować. Drzwi były otwarte. Ja wykorzystałem swoją szansę i dyspozycje. Chociaż bardziej myślałem o czasie niż o medalu.

- ocenia biegacz.

„Pokazać u siebie, na co mnie stać”

Wiele wskazywało, że także tegoroczne mistrzostwa kraju w maratonie mogły odbyć się bez udziału krajowej czołówki. Na początku marca nie było wciąż oficjalnie wiadomo, gdzie gościć będzie się walka o medale, choć wiele mówiono o Cracovia Maratonie.

Cała opieszałość w podejmowaniu decyzji spowodowała, że najlepsi zawodnicy wybrali zagraniczne maratony, głównie Wiedeń, czy Dusseldorf. Później pojawił się koronawirus i nie było już problemu z obsadą mistrzostw Polski na wiosnę. Są za to inne.

Nie planowałem wiosną maratonu. Zimą miałem miesiąc przerwy i nie zdążyłby przygotować formy, tak żeby być zadowolony z wyniku. Chciałem za to pobiec półmaraton w rodzinnym Rybniku. Tak żeby pokazać u siebie, na co mnie stać. Niestety wiadomo jak teraz sytuacja wygląda.

- dodaje na koniec.

Biegacz zapewnia, że jeszcze wróci do maratonu. Obecnie stara się utrzymać ciało w dobrej kondycji. Pokonuje po 110-120 km tygodniowo i czuje, że jest w dobrej formie. Chce być gotowy na powrót startów.