Swoimi przeżyciami z udziału w V Biegu Rzeźnika dzieli się z nami, w bardzo ciekawym artykule Andrzej "Harcerz" Liśniewski:
...budzik
uporczywie dzwoni nad uchem starając się postawić mnie na nogi! Zakrywam głowę
poduszką. Chwila ciszy, może jeszcze kilka chwil snu uda się wychwycić. Wysokie
tony nieczułego na poranne ludzkie cierpienie budzika wciskają się w
poduszkę:...wstawaj...wstawaj...starają się powiedzieć, czas na mały trening!
Jednym okiem patrzę na tarczę „rzeźnika" zaspanych ludzi jest 6.00! Dobrze, że
to 6.00 bo kilka dni wcześniej mój przyjaciel budzik „ściągał" mnie z łóżka o
2.00!
Przyda
się kilka kilometrów przebieżki przed
ciężkim dniem pracy! Dobrze, dobrze wstaję, mówię do budzika starając się go
uciszyć dłonią...sprytnie stoi sobie na półce oddalonej od łóżka kilka metrów
zmuszając mnie do wstania aby się z nim przywitać! Nogi jakby trochę cięższe, w
głowie szum wiatru z połonin...tak to wszystko było a dzisiaj praca! Mam cię
....schwytałem budzik....przywitałem się z nim naciskając mały żółty przycisk,
teraz to ty idź spać!
W
butach jeszcze piach z Bieszczadzkich szlaków, mięśnie nóg przypominają o
sobotnim pokonywaniu Smereka i „zwiedzaniu" Połoniny Wetlińskiej...ale czy to
faktycznie wszystko miało miejsce? Czy to tylko był sen? To ja biedny robaczek
bez górskiego przygotowania i małą ilością przebytych kilometrów
treningowo tego roku byłem na trasie? Czy
to jawa czy sen? Zamiast uszczypnięcia budzą mnie z letargu, przypominając o
rzeczywistości, mięśnie nóg...tu jesteśmy...przebieraj nami do
przodu...uśmiechnij się! Poranne
powietrze Puszczy Kampinowskiej pomaga w ogarnięciu myśli...byłem, biegałem, widziałem,
zwyciężyłem!
Zacznijmy
od początku:
...rok
temu śledziłem poczynania kolegów z WKB Meta Luliniec na trasie czerwonego
szlaku Bieszczadzkiego z Komańczy do Ustrzyków Górnych. Walczyli jak przysłowiowe lwy. Urzekła mnie
ich walka w górach o których zawsze słyszałem...połoniny, trawa, piach,
połoniny, las! Tak więc cóż może być ciężkiego w takim bieganiu...to nie Tatry!
Więc jak znalazłem tylko trochę czasu w tym roku oraz partnera do pokonywania „lekkich" wzniesień i
połonin zapisałem się na „wycieczkę" w Bieszczady! Dlaczego wycieczkę....ano
tak myślałem a wszelkie przeczytane wcześniej relacje uczestników poprzednich edycji nie
przemówiły mi do mojej wyobraźni i rozsądku...że tak nie jest!
Tak więc 16 maja ruszyłem pełen optymizmu
do Woli Michowej gdzie znajdowała się baza całego przedsięwzięcia, aby
uczestniczyć w jednym z najtrudniejszych
jednodniowych biegów górskich w Polsce (podobno!) Biegu „Rzeźnika"! Trasa biegu została wyznaczona po czerwonym szlaku
bieszczadzkim będącym częścią Głównego
Szlaku im. Kazimierza Sosnowskiego, najdłuższego szlaku w polskich górach, bo
liczącego aż 519 km. Te kilka, no kilkanaście górskich kilometrów wiodło
od Komańczy przez Duszatyn (ok. 480m n.p.m.), i dalej czerwonym
szlakiem: Chryszczata (997) - przełęcz Żebrak (816) - Wołosań (1071) - Cisna
(ok. 550) - Małe Jasło (1102) - Jasło (1153) - Okraglik (1101) - Smerek (560) -
Smerek (1222) - Przeł. M. Orłowicza (1078) - Połonina Wetlińska (1253) - Berehy
Górne (740) - Połonina Caryńska (1297) - Ustrzyki Górne (ok. 640). Ponowna analiza trasy
na miejscu z oglądaniem „live" otaczających gór troszeczkę zachwiała moją pewnością
siebie...tak nisko chyba jednak nie jest!
Organizatorzy
w trosce o nasze bezpieczeństwo
podzielili trasę biegu o długości 75 km
na V etapów na których na końcach których rozlokowane zostały tzw.
przepaki czyli punkty na których można się posilić, odpocząć i dać szansę
sędziom na zweryfikowanie naszej osoby ze jesteśmy i biegniemy dalej:
-
Komańcza -
przełęcz Żebrak
-
Żebrak
- Cisna
-
Cisna - Smerek
-
Smerek - Berehy Górne
-
Berehy Górne -
Ustrzyki Górne
z sumą
przewyższeń ponad 6500 mnpm.: którą trzeba było
pokonać maksymalnie w 16 godzin.
Te
wszystkie informacje oraz garść innych przekazali w piątkowy wieczór, po Pasta
Party, organizatorzy biegu z grupy OTK Rzeźnik...aaa dlaczego bieg nazywa się
„Rzeźnik"...to także usłyszałem! Bieg tak został nazwany ku pamięci trenera
kadry juniorów biegaczy średniodystansowych i „przeszkodowców" Klausa Czecha.
Posiadał on pseudonim „Rzeźnik". OTK oznacza natomiast Ofiary Trenera Klausa.
Orgowie mieli trochę do czynienia z tą osobą więc...już teraz wiadomo dlaczego
OTK i Bieg „Rzeźnika"!
Godzina
2 minut 15 kiedy pobudka zagrała, zaśpiewał Wasyl na całe „gardło" ile mu natura siły dała...a dał...nie mało!
...WSTAWAĆ RZEŹNICY...o 3.00 autobus rusza na start! Zaczęło się, pomyślałem,
teraz to już odwrotu na z góry upatrzone pozycje nie ma, tylko atak, atak,
atak! Ostatnie przygotowania, bo główne przygotowania z rozdziałem wszelkich potrzebnych
rzeczy, napojów i staropolskiego jadła w tubkach i batonach na przepaki odbyła
się wieczorem po odprawie technicznej! Sprawdzenie wszystkiego na sobie,
sprawdzenie czy partner się obudził i czy jest gotowy! Zapomniałem wcześniej dodać że całą trasę
pokonuje się parami, zgodnie z regulaminem, ze względu na bezpieczeństwo
uczestników bo góry potrafią pokazać swój „lwi pazur"! Wszystko i wszyscy są -
ruszamy to autobusu który zawiezie nas na początek naszej przygody z Bieszczadami!
Komańcza
-sobota - 3.40 - umowny wschód słońca w Bieszczadach! Na starcie tłoczy się
spora grupka biegaczy ubranych w kolorowe stroje, z czapeczkami, okularami i
kijkami! Większość „objuczyła" się jeszcze plecaczkami z piciem, jakże
przydatnym w trasie...o tym przekonałem się zwłaszcza podczas „zdobywania"
Smerka! Biegacze napierają na linię startu...normalnie jakby wszystkim zależało
na każdym centymetrze, ułamku sekundy...a chipów do pomiaru czasu brak :
) !
Start...adrenalina
przyspiesza bicie serca które mało co nie wyrwie się z klatki piersiowej,
dobrze że mam plecak z piciem bo jego uprząż trzyma serce w ryzach! Większość startujących ostro
rusza...hola...hola...wszak przed nami ponad 70 km górskiego szlaku! Ja z
Robertem, czyli moja drugą połówką na ten bieg, ruszamy powoli PRL-owskim
asfaltem lekko z góry! Pierwsze 8 km to rozgrzewka pozwalająca na unormowanie
oddechu i pozbieranie mysli...co ja tu robię! Większość znajomych prze gdzieś z
przodu! Pozostali Meciarze w czołówce starają się pewnie znaleźć swoje miejsce.
Zbiegamy z asfaltu zaczyna się lekka wspinaczka na kierunku Chryszczatej.
Trochę biegniemy, trochę idziemy, raz my wyprzedzamy, raz nas wyprzedzają, z
daleka przed nami widać czołówkę i kilka metrów za nami widać końcówkę! Tak
wspólnie z grupą mijamy Duszatyn, następnie urokliwe jeziorka Duszatyńskie
które swym spokojem nastrajają do dalszej spokojnej „podróży" górskiej
docierając do Chryszczatej! Stawka zawodników powoli się rozciągnęła pozwalając
na pewnego rodzaju rywalizację...o tamtego przed nami jeszcze dogońmy...o
tamtego także...o i jeszcze
tamtego...tak niektórzy właśnie pokonywali następne kilometry trasy
walcząc z górami i samym sobą! Dotarliśmy do Przełęczy Żebrak! Pierwszy
przepak, co prawda bez „tobołków" własnych ale z izotonikami, woda i
słodyczami! Po kilku chwilach oddechu ruszamy z Robem dalej! Rob
prowadzi...starając się utrzymać lekki trucht przechodzący w szybki marsz podczas „katulania" się na Jaworne w kierunku
Cisnej! Mijamy Wołosań i Berest...można
powiedzieć odpoczynek dla duszy...biegniemy w większości wierzchołkami gór
zapewniając delikatne podbiegi i spokojne zbiegi...miód dla biegacza! Nic tylko
biec, biec i biec! Przed Cisną napotykamy wyciąg narciarki i pierwsza
myśl...chwytam się i jazda na dół...Rob studzi moje szaleństwo! Zbiegamy
rozoraną trasą.
Chęć bycia już w Cisnej oraz słabe „hamulce" w Roba butach
przyczyniają się do jego upadku i małej kontuzji kolana! Pierwsza krew, spodnie
porwane, grymas bólu na twarzy kolegi! No ekstra sobie myślę...trzeba nam było
się spieszyć! Idziemy, teraz wolno, dalej. Przy schronisku PTTK znajduję
pięknie zachowanego UAZ-69! Stan kolekcjonerki, prawdziwy youngtimer w kolorze
czerwonej rdzy! Tylko kół, siedzeń i kilku elementów nadwozia brak J, w oddali widać
Cisną! Odcinek do Cisnej pokonaliśmy w bardzo dobrym tempie mając nawet na
przepaku ponad 1,5h limitu do zamknięcia go!
Ale co dobre szybko się kończy. Ruszamy na zdobywanie górek powyżej
1000mnpm. Pierwsza wspinaczka to Małe Jasło pozwoliła na zatarciu w pamięci
odpoczynku w Cisnej, dalej połoninki na Jaśle i zastanawiam się gdzie jest moja
bluza dresowa, no tak w ferworze walki została na przepaku, a tu zaczyna
wiać...tak trochę! Połonina doprowadza
nas do Okrąglika na którym rozchodzą się szlaki polskie i słowackie...ot i
problemo...we wcześniejszych edycjach zawodnicy potrafili „pozwiedzać"
dodatkowo część słowacką! Chwila zastanowienia, porównanie zmoczonej potem mapy
i do przodu. Gdzieś w krzakach na dole po lewej stronie jakieś odgłosy...oj
zwierzaki? Nie to biegacze którzy troszeczkę skręcili z trasy bo faktycznie
patrząc na oznaczenia szlaku można było zejść w dół...w oddali widać nowe znaki
kierunkowe...czerwone...stroje GOPR-owców! Siedzą ognisko palą i tak sobie o
różnych rzeczach opowiadają! Pokazali
nam kierunek napierania, częstując pieczonymi specjałami...hm...dobra
kiełbaska! Posileni i zaopatrzeni w dobre rady na nadplanowym przepaku ruszamy
dalej „ku słońcu" którego właśnie szukaliśmy!
Przed nami zbieg z Ferczatej bardzo stromy i trudny dla
organizmu...bardzo wyraźnie daja o sobie znać mięśnie czworogłowe, kolana i
kostki! Najlepiej to byłoby się skatulać! Zbiegamy, zbiegamy, hamujemy, padamy
na przemian ja z Robem...cały czas na
dół...na dół do miejscowości Smerek!
Dobiegamy do utwardzonej drogi a następnie do asfaltu! Pracownik leśny
utwierdza nas w przekonaniu że dobrze się poruszamy czerwonym szlakiem...przed
nami 7 km asfaltu! Łał...ciągnęła się ta
droga i ciągnęła...gdyby nie rozmowa z
„kijkowcami", jak to ja mówiłem na osoby
poruszające się z kijakmi, z Beskidu to byśmy biegli i biegli i
biegli!...jeszcze tylko skręt w prawo, w lewo i widać parking z
przepakiem...14.25! 5 minut przed oficjalnym limitem czasowym zamkięcia przepaku! Uff...Cieżko! Kilka osób pakuje się do aut
organizatorów...odpuszczając walkę po 55 kilometrach walki! Staram się kilku
zmotywować...ale kilu z nich już było na tej trasie w poprzednich latach i
mówią..."ta góra - Smerek- was złamie...nie dacie rady!" Nie dla mnie takie
hasła...odpoczynek, przebranie się...poszukanie jeszcze bułek z szynką do
wrzucenia na ruszt, zatankowanie do pełna picia do plecaka i w górę...górę!
Organizator podtrzymuje na duchu startujących na trasę...."mały
podbieg...trochę Połoniną Wetlińską...i zbieg prosto do przepaku",
oj...dlaczego ja mu wtedy uwierzyłem że to wszystko to tylko TROCHĘ!
Przewyższenie ponad 600 metrów w pionie dało się nam we znaki...to już nie
zabawa! Następnych kilka osób odpuszcza dalszą walkę z Bieszczadami (kijkowcy)!
My idziemy, pniemy się a wręcz można powiedzieć że czasami czołgamy...zwłaszcza
ostatnie 200 metrów do szczytu Smereka! Dobrze że było tam coś trwałego -
Krzyż- przy którym mogłem odpocząć obejmując go z całej siły...oby nie spaść!
Zaczęło mocniej wiać...te „trochę" to prawie nieskończoność!
Ból, nerwy
bezsilność przeplatała się z pięknymi widokami Połoniny Wetlińskiej...o to jest
ta płaska część gór...kiedyś myślałem że to tylko połoniny...ale na nie trzeba
wejść...no ewentualnie się wczołgać! Z daleka majaczy zarys budowli...i droga
prowadzi wprost do niej...to już przepak...dzięki! Prawie zbiegam ostatkami sił
wdrapuje się szeroką droga do zabudowań...przykryty skuter śnieżny! A gdzie
ludzie, gdzie orgowie...gdzie przepak?!!!!!
Wychodzi uśmiechnięty starszy pan
ratownik GOPR i z uśmiechem na twarzy informuje....dotarliście do „Chatki
Puchatka" witam....Berehy Górne to tam i
wskazuje dłonią! Idziemy, idziemy....dalej mając nadzieję że ten „kawałeczek"
bardzo szybko pokonamy! Po pewnym czasie zaczynają się schody...nie te w przenośni
ale pod nogami! Wysokie stopnie wyzwalają na mojej twarzy grymas bólu! Dobrze
że z boku jest poręcz! Jest na czym się powiesić tzn. oprzeć! Na dole widać już
krzątających się ludzi w przepaku...tam jest mój worek z numerem a w nim cola i
napój energetyczny...szybciej...szybciej...muszę się napić! Z daleka słyszę
głosy ludzi...Andrzej...Andrzej...dawaj! To znajomi z innej drużyny - 10 bsam -
także Andrzeje! Wbiegam na mostek prowadzący na parking, przyspieszam!
Jestem...66,3 km bieszczadzkich szlaków pokonane....przekroczony czas przepaku,
co wiąże się z końcem zawodów! Taki jest regulamin a że na przepaku był
ten „ZŁY" z braci organizatorów, jak to
sam określił, koniec i kropka!
...czas
na przemyślenia, kilka łyków napojów i
jedziemy na metę aby obserwować zwycięzców „Rzeźnika"! Ale czy ja i inni którzy
skończyli na ostatnim przepaku, gdzie zabrakło nam do mety ok. 9 km nie
jesteśmy zwycięzcami? Jesteśmy ZWYCIĘZCAMI!
Zwycięzcami są wszyscy którzy wystartowali, byli na trasie i poznali smaki i
piękno gór! Na mecie dobre piwko, ciepły posiłek i rozmowy z uczestnikami
dopełniają spokojną atmosferę zakończenia zawodów. Autobus z Ustrzyk zabiera nas do Latarni Wagabundy...40 minut
jazdy po serpentynach Bieszczad...za oknem w oddali trasa którą dzisiaj pokonałem
biegiem...66.3 km w ok.15h! To jest dla mnie dzisiaj najważniejsze!
Na podsumowanie przytoczę
fragment wspomnień Marcina Lenskiego z
Rzeźnika 2005r. które zrozumiałem dopiero po tym jak sam przebiegłem się po
Bieszczadach!:
„Nie
wiem, czy Bóg istnieje. Ale gdyby był, to wysłałby ze mną na trasę mojego
anioła stróża - a ten biegłby razem ze mną połoninami, cieszyłby się słońcem i
cieniem na Jaśle. Płakałby ze mną, gdy nuciłem sobie Rydwany Ognia podbiegając
pod Fereczatą. Usiadłby zmęczony na Połoninie Wetlińskiej, tuż za Smrekiem i wytrzepałby
z butów odłamki skał. Dysząc po prawie pionowym podejściu najpierw zachwyciłby
się Połoniną Caryńską a potem wraz ze mną ze zgrozą zauważył, że zapada
zmierzch. Może przytrzymałby mnie i podparł ramieniem, kiedy prawie płakałem z
bólu schodząc tyłem schodami z Wetlińskiej rozważając zejście z trasy -
poddanie się. I pewnie oświetliłby mi las na zejściu do Ustrzyków, kiedy
ciemności tak zapanowały nad światem, iż wydawało się, że zstąpiłem do piekieł.
„
Ogólnie
polecam aby samemu przeżyć tą przygodę! Jest później co wspominać...i powiem
jeszcze jedno! Bieszczady wciągają....wracam tam już wkrótce aby z nimi być a w
2010 roku na trasę, tym razem na całą trasę!
Andrzej LIŚNIEWSKI
Komentarze (9)
Napisz komentarz
Treść komentarza powinna być związana z tematem artykułu.