Właśnie mija tydzień od szóstej edycji Biegu Rzeźnika.
W tym roku bieg ukończyło 140 drużyn, w skład których wchodziło 291 zawodników, w tym 8
kobiet. Na 14-tym miejscu uplasował się wspaniały duet z drużyny "Byledobiec Anin" w składzie Robert Celiński i Anna Świerczek. Publikujemy bardzo ciekawą relację Roberta z planów, przygotowań i zmagań podczas 11 godzin biegu po wspaniałej bieszczadzkiej trasie.
Koncepcja
wspólnego przebiegnięcie Rzeźnika narodziła się już w styczniu. Uświadomiłem
Anulce, że to nie jest bułka z masłem - wymaga ciężkiej pracy na długich
treningach i wcześniejszego doświadczenia maratońskiego. Nie zraziło jej to i
co tydzień robiła rzeźnickie treningi po turyńskich wzgórzach. Sprawdziła się
też w dwóch maratonach - w kwietniu w Turynie i miesiąc później w Kopenhadze. W
obu przypadkach uzyskała bardzo dobry czas 3:15. Anulka świetnie sprawdzała się
na podbiegach. Wygrała bieg górski w Quincinetto, a potem zwyciężyła w
pierwszej edycji biegu na Supergę w Turynie. Biorąc pod uwagę te niezwykłe
osiągnięcia i znając jej charakter, byłem pewien, że da sobie radę na Rzeźniku.
Wyjazd
Podróż na
Rzeźnika rozpoczęła się w Katowicach. Ania przyleciała tam w środę po południu
z Turynu, a ja dojechałem wieczorem pociągiem. Miała dostępny samochód i
odebrała mnie z dworca. Razem pojechaliśmy do rodzinnego domu Ani w
Bielsku-Białej, gdzie spędziliśmy noc. Następnego dnia rano zjedliśmy śniadanie
i przygotowaliśmy rzeczy na przepaki, a potem pojechaliśmy w Bieszczady. Droga
trochę się nam dłużyła. Była przerywana zatorami z powodu robót drogowych i
procesji w Boże Ciało. W Bieszczady dojechaliśmy przed 16.
Organizacja w przeddzień
Rzeźnika
W Komańczy (start
biegu) mieliśmy zarezerwowany domek letniskowy na polu kempingowym. Niestety,
jego standard okazał się bardzo słaby, a warunki sanitarne zdecydowanie nie
były takie, jak zapowiadał gospodarz. Nie udało mi się wcześniej znaleźć
niczego lepszego, bo na miesiąc przed imprezą wszystko było pozajmowane.
Obiecałem Ani, że poszukamy jeszcze czegoś, bo może w ostatniej chwili zwolniły
się jakieś miejsca. Pojechaliśmy do Woli Michowej, gdzie miało miejsce biuro
zawodów. Tam odebraliśmy numery i zostawiliśmy torby z rzeczami na przepaki.
Potem wróciliśmy do Komańczy, żeby poszukać noclegu. Udało się! Było wolne
miejsce w pensjonacie "Pod kominkiem", który jest ekskluzywny, jak na
bieszczadzkie warunki. Dogadałem się z naszym niedoszłym gospodarzem z pola namiotowego,
wynagradzając mu fatygę. Wróciliśmy do pensjonatu, gdzie urządziliśmy sobie
pasta party. Makaron, który mieliśmy ugotować w domku, przygotowała nam pani w
kuchni w pensjonacie, a pozostałe składniki (kurczak, sos) mieliśmy już gotowe
w słoiku. Zamówiliśmy piwo, rozłożyliśmy mapę i zaplanowaliśmy strategię na
bieg. Ponieważ zawsze trzeba mieć orientacyjny cel wynikowy, nastawialiśmy się
na czas w okolicach 11 godzin. Położyliśmy się spać po 21.
Przed startem
Wstałem rano,
czyli o 2:30 ;-) i miałem w sobie masę energii. Anulka przez chwilę przewracała
się w łóżku i narzekała, że jednak wolałaby robić spanko, niż biegać przez cały
dzień po górach. Jeszcze bardziej ją zniechęciłem, gdy otworzyłem okno, za
którym lał deszcz. Zjedliśmy lekkie śniadanie (Ania - jogurt z płatkami, ja -
kanapki). Przygotowaliśmy też worek, który organizatorzy mieli przewieźć na
metę. Anulka zaproponowała, żeby kurtki przeciwdeszczowe mieć na początku biegu
na sobie i nie wrzucać ich do toreb. Jak się okazało po wyjściu z domu - miała
rację. Było chłodno i większość osób startowała ubrana nieco cieplej. Cały czas
padało, a ja już zdążyłem przemoczyć sobie kurtkę. Zostawiliśmy torbę
organizatorom, a ja założyłem na głowę czołówkę. Byliśmy gotowi do startu.
Komańcza - Przełęcz Żebrak
Na asfaltowej
drodze w Komańczy (455 m n.p.m.) ruszyliśmy dość spokojnie, przepuszczając
przed sobą wiele drużyn. Była wśród nich ekipa Zulus&Lena Team, która
wzięła nas na jednym ze zbiegów. Anulka widziała w biegaczce swoją konkurentkę,
ale ja już na pierwszym podbiegu wiedziałem, że przy takiej technice podejścia
rywale nie mają z nami szans. Przebiegliśmy przez most w Prełukach, a w
Duszatynie pożegnaliśmy zabudowania i czekała nas długa wycieczka po
bieszczadzkiej dziczy. Skręciliśmy w lewo z szerokiej drogi i biegliśmy zgodnie
ze szlakiem, przez trudny teren. Dużo ekip pobiegło jednak prosto drogą i
zaoszczędziło na tym kilkadziesiąt sekund. Para mieszana, którą wcześniej
wyprzedziliśmy, była znowu przed nami. Ten stan nie utrzymywał się jednak
długo, bo czekały nas kolejne podejścia. Minęliśmy dwa tajemniczo wyglądające o
tej porze dnia jeziorka Duszatyńskie. Za drugim (Górnym) ustawiła się mała
kolejka do przeprawy przez strumień. Dobiegliśmy na Chryszczatą (998 m), a
potem spokojnie pokonaliśmy odcinek do Przełęczy Żebrak (825 m).
Przełęcz Żebrak
Na przełęczy nie
zabawiliśmy długo. Wypiliśmy po dwa kubeczki izotonika i napełniliśmy Camelbaka
do pełna. Na pierwszym etapie wypiliśmy z niego wspólnie blisko litr wody. Na
przełęczy nie można było zostawić worków, więc z jedzenia pozostał nam tylko
baton, który zabrałem ze sobą na starcie. W końcu, to ja go zjadłem, bo Anulka
nie była głodna.
Przełęcz Żebrak - Cisna
Z Przełęczy
Żebrak rozpoczęło się lekkie podejście pod kolejne góry - Jaworne (992 m) i
Wołosań (1071 m). Na tym odcinku wyprzedziliśmy najwięcej ekip, które przeceniły
swoje możliwości i zaczęły zdecydowanie za szybko. Pokazywaliśmy plecy kolejnym
drużynom. Szkoda, że mieliśmy narzucone na siebie kurtki i wyprzedzani nie
widzieli, że ucieka im Anulka z Byledobiec Anin. Ubranie było jednak konieczne,
bo dopiero teraz przestawało padać.
Pokonaliśmy kilka
górek i zbiegliśmy do Cisnej. Tutaj najgorszy był fragment pod wyciągiem, gdzie
można było się łatwo poślizgnąć na błocie. Zaliczyłem tutaj glebę i porządnie
się pobrudziłem. Na asfalcie spotkaliśmy Łukasza i Wojtka - popularnych
Habysów, którzy bronili tytułu z zeszłego roku. Razem z Alexem, rywalizowaliśmy
z nimi 2 lata wcześniej o zwycięstwo. Na ostatnim etapie udało nam się ich
wyprzedzić o 15 minut. Zmotywowali nas i dzięki temu ustanowiliśmy wtedy piękny
rekord trasy. Teraz okazało się, że Wojtkowi odnowiła się kontuzja i
postanowili się wycofać. Wyraziliśmy współczucie, przybiliśmy piątki i
pobiegliśmy dalej. Chwilę potem byśmy w Cisnej (562 m). Po przeszło 4 godzinach
biegu w dziczy wróciliśmy do cywilizacji. Przywitały nas oklaski, wprawiające
nas w dobry nastrój, co widać było na naszych twarzach.
Cisna
Przepak był
umiejscowiony w Gminnym Ośrodku Kultury. Spędziliśmy tutaj sporo czasu.
Znaleźliśmy naszą torbę i wzięliśmy zaopatrzenie przed najdłuższym odcinkiem
biegu. Napełniliśmy Camelbaka do pełna (blisko półtora litra), a dodatkowo,
wziąłem z torby pas z napełnionymi wcześniej bidonami 6 x 125 ml. Do kieszonki
weszło też kilka batonów i żel. Byłem obładowany, jak wielbłąd, ale było to
konieczne. Zastanawialiśmy się, czy zdjąć kurtki, ale postanowiliśmy je jeszcze
zatrzymać na ten odcinek. Na przepaku wypiliśmy sporo izotonika, zjedliśmy po
kanapce, a na deser był batonik, zapewniony przez organizatorów. Drugiego
wzięliśmy na drogę i zdążyliśmy zjeść jeszcze w Cisnej.
Cisna - Smerek
Ten odcinek jest
najdłuższy z całego biegu. Wybiegliśmy z miasta, pokonaliśmy mostek i chwilę
truchtaliśmy po torach. Potem skręciliśmy w leśną ścieżkę i za chwilę czekała
nas przeprawa przez strumień. Kilka ekip kombinowało, jak go przeskoczyć.
Niestety, nie było wyjścia. Musieliśmy wbiec do wyjątkowo wartkiego z powodu
deszczu strumienia. W ten sposób, zamoczyliśmy sobie po jednym bucie.
Niedługo potem
przebiegliśmy przez drogę i ku mojemu zaskoczeniu, szlak prowadził tu idealnie
prosto. Pamiętam, że na poprzednich edycjach trzeba było biec kawałek drogą,
ale teraz szlak został zmieniony. Na ostrym podejściu zostawiliśmy z tyłu dwie
ekipy, w tym zaciągających Ślązaków. Minęliśmy Małe Jasło, a potem zdobyliśmy
Jasło (1153 m) - najwyższy szczyt etapu. Anulka zaczęła tam narzekać na bolące
kolano, które szczególnie dokuczało jej na zbiegach. Mieliśmy nadzieję, że ból
minie. Zawsze powtarzam, że organizm posiada magiczną moc samoleczenia.
Niedługo później byliśmy na Okrągliku, gdzie krzyżują się dwa czerwone szlaki:
polski i słowacki. Tutaj w trzeciej kolejnej edycji Rzeźnika popełniłem ten sam
błąd - skierowałem się w lewo, zgodnie z polską tabliczką. W krzakach czekał na
nas głęboki krater, wypełniony wodą, który trzeba było pokonać. Zajęło nam to
trochę czasu, szczególnie Anulce, która przeszła brzegiem, żeby nie zamoczyć
stóp. Chwilę później złączyliśmy się znowu z czerwonym i niebieskim, a potem
przy rozwidleniu polskiego i słowackiego czerwonego szlaku stali GOPR-owcy,
którzy kierowali nas w lewo, na polską stronę. Pytali nas czy wszystko w
porządku. Odpowiedzieliśmy, że tak, choć Anulka pod nosem dodała: "...poza
moim kolanem". Jeżeli chodzi o pierwsze rozwidlenie, to mam już nauczkę,
że nie można się sugerować tabliczką na Okrągliku, tylko należy biec prosto, a
dopiero przy następnej skręcić w lewo.
Połowę trasy
(zgodnie z GPS) minęliśmy w czasie 5:30, więc idealnie zgodnie z planem. Na
naszą korzyść przemawiał fakt, że byliśmy na górze, więc czekało nas więcej
zbiegów, jednak niepokojące była kontuzja Anulki. Poza tym, dwa ostatnie etapy
są najtrudniejsze - jest tam najmniej płaskich odcinków.
Ostatnim wyższym
szczytem etapu była Fereczata, z której zaczęliśmy zbiegać w kierunku drogi.
Kiedyś biegło się nią tylko kawałek, a potem był zakręt w prawo i zbieg
szlakiem do Smreka. Trasa została jednak zmieniona i prowadziła teraz długo
drogą. Jest trochę naokoło, ale za to bardzo wygodnie. Mogliśmy trzymać
stabilne tempo bez konieczności narażania się na masakryczny zbieg po
kamieniach, który pamiętałem sprzed dwóch lat. Na asfalcie powoli dochodziliśmy
dwóch wysokich chłopaków. Na szczęście, kolano Anulki miało się lepiej.
Przebiegliśmy przez mostek i byliśmy na upragnionym przepaku w Smereku (602 m).
Smerek
Na przepaku
wypiliśmy trochę izotonika i zjedliśmy kanapki. Tata braci Bieniecki pomógł mi
napełnić Camelbaka. "Tym razem zdążyłeś z tym przepakiem" -
zażartowałem w kontekście wspomnień, kiedy 2 lata wcześniej wbiegliśmy z Alexem
do Smereka, gdzie jeszcze nawet nie zaczęli rozkładać przepaka (przybiegliśmy
szybciej, niż wszyscy się spodziewali). "Tak, przez Ciebie muszę teraz
wstawać godzinę wcześniej" - usłyszałem w odpowiedzi ;-) W Smereku
zostawiliśmy pas z bidonami. 3 z nich pozostały nie ruszone, ale warto było
zabrać na ten etap więcej wody (Camelbak został opróżniony do ostatniej
kropli). Ponieważ zrobiło się cieplej, postanowiliśmy zostawić kurtki i to był
dobry pomysł. Pogoda zaczęła się poprawiać i zrobiło się nawet ciepło.
Smerek - Berehy Górne
Podejście pod
Smerek jest wyjątkowo ciężkie. To tutaj miałem 2 lata temu największy kryzys i
nawet musiałem na chwilę się zatrzymać. Zaczęliśmy dobrym tempem, a mijani
turyści byli w szoku, że spokojnie podchodzimy środkiem błotnistego zbocza, gdy
inni ostrożnie szukali suchych miejsc, żeby się nie ubrudzić. Anulka często
pociągała wodę z Camelbaka, żeby popić kanapki. Wyszliśmy na Połoninę
Wetlińską, na szczęście bez żadnego poważnego kryzysu. Podeszliśmy na zbocza
Smereka (1223 m). W tych okolicach zaliczyłem jedyny tego dnia lekki kryzys.
Anulka dzielnie walczyła z przodu, a ja trzymałem się za nią (z Anią). Szybko
wyciągnąłem żel z plecaka i opróżniłem całą jego zawartość. Kryzys minął w
ciągu kilku minut. Anulka zaczęła cierpieć bardziej ode mnie. "Kochanie,
już niedługo dojdziemy do Chatki Puchatka - stamtąd jest już tylko zbieg na
przepak". "Gdzie ta chata!" - cedziła przez zęby Anulka. Widoki
na Połoninie Wetlińskiej były przepiękne - w końcu zrobiła się pogoda.
Przebiegliśmy obok Roha (1251) i niedługo zobaczyliśmy upragnione schronisko. W
końcu, dotarliśmy do Chatki Puchatka (1232 m), a stąd czekał nas już tylko
zbieg do Berehów (738 m).
Berehy Górne
W Berehach nie
zabawiliśmy długo, ale zdążyliśmy sporo się napić. Oboje opróżniliśmy
zapewnioną przez organizatorów puszkę Red Bulla. Dzięki temu, mieliśmy
przelecieć nad Połoniną Caryńską. Uzupełniliśmy też węglowodany, zjadając
batony. Na poprzednim etapie znowu opróżniliśmy całego Camelbaka, a teraz napełniliśmy
go tylko w części. To miał być nasz najkrótszy odcinek. "Robert,
spadamy" - zarządziła Anulka.
Berehy Górne - Ustrzyki
Górne
Podejście pod
Połoninę Caryńską mieliśmy naprawdę mocne. Już na początku ujrzeliśmy przykry
obraz, kiedy jeden z zawodników opiera się o barierkę, a drugi próbuje go
zachęcić do kontynuowania walki. "Trzymaj się chłopie" - poklepaliśmy
kolegę i poszliśmy dalej. Ta ekipa skończyła potem kilka minut za nami.
Wyszliśmy z lasu i czekał nas jeszcze spory kawałek ostrego podejścia na
połoninie. Doszliśmy drużynę z Bytomia. Chłopaki dowiedzieli się, że Ania jest
z Bielska i skomentowali ten fakt: "widać, że góralka, nieźle zasuwasz pod
górę". Wdrapaliśmy się na Połoninę Caryńską (przeszło 1200 m). Stąd widoki
jeszcze ładniejsze, niż na Wetlińskiej. Wyprzedzona przez nas grupa z Bytomia
zaczęła nas powoli dochodzić na płaskim. Anulka znów miała kryzys, ale dzielnie
walczyła i biegliśmy przodem. Niedługo potem dołączyła do nas trzecia drużyna.
"Nigdy nie miałem takiego tłoku na Caryńskiej" - uśmiechałem się do
innych zawodników. W końcu grzbiet się skończył i zaczęliśmy ostatni zbieg.
Dobiegliśmy do lasu, gdzie zaobserwowaliśmy ciekawą sytuację. Doszły nas
jeszcze dwie drużyny - ósemka chłopaków zaczęła się ostro ciąć na stromym, błotnistym
zboczu. Jeden biegnący z kijkami chłopak wywalił się 3 razy. Nieźle uśmialiśmy
się z Anulką i puściliśmy te 4 sztafety przodem, kontrolując nawierzchnię na
zbiegu. Meta była coraz bliżej...
Meta w Ustrzykach Górnych
"Kochanie,
chyba słyszę bębny" - zakomunikowałem Anulce. Po chwili zbiegu nie było
wątpliwości - bębniarze z Gliwic ostro pogrywali na mecie. Wiedziałem już, że
będziemy mieli czas poniżej 11:10. Zbiegliśmy na polanę i ujrzeliśmy metę.
Przebiegliśmy przez mostek, potem szybko po schodach i... jesteśmy 11:08:43!
Mirek próbował nałożyć nam medale, co nie było łatwe, bo ja postanowiłem
wycałować moją narzeczoną i medal nie przechodził jej przez głowę. Anulka
poprawiła należący do Basi Muzyki rekord trasy aż o 45 minut! Jak się potem
okazało, następna kobieca drużyna skończyła 2,5 godziny za nami. W generalce
zajęliśmy ostatecznie 14. miejsce na 140 drużyn, które ukończyły bieg (114
zmieściło się w limicie 16 godzin). 45 ekip poddało się i zeszło z trasy.
Najszybsza okazała się drużyna Speleo Salomon Gore-Tex (dużo sponsorów), która
uzyskała bardzo dobry czas 9:14. Trwały spekulacje, kto jest teraz rekordzistą
rzeźnickiej trasy - Salomonowcy, czy Byledobiece (9:02 w 2007 roku). Zastosujmy
salomonowe rozwiązanie - obie ekipy są rekordzistami. Jeden ze zwycięzców - Artur
Kurek, przyszedł potem pogratulować Anulce świetnego występu. Ciepłe słowa
usłyszała również od kilku innych osób.
Na mecie
dostaliśmy od Mirka dwie puszki piwa, z czego ja wypiłem większość. W knajpie
zamówiłem kolejne piwo, a moja partnerka wybrała herbatę. Oboje zamówiliśmy
makaron, choć w końcu to ja zjadłem dużą część porcji Anulki.
Zapakowaliśmy się
do pierwszego busa, który odjeżdżał w stronę Komańczy. Z przepaków po drodze
zabieraliśmy zawodników, którzy postanowili zejść z trasy. Większość osób wysiadła
w Woli Michowej, a my dojechaliśmy prawie pod nasz pensjonat.
Zakończenie imprezy
W pensjonacie
wzięliśmy gorący prysznic, poleżeliśmy trochę i pojechaliśmy na przewidziane na
21 zakończenie do Woli Michowej. Ceremonia nieco się opóźniła i mieliśmy
chwilę, żeby zamówić coś ciepłego w Latarni Wagabundy. Picie gorącej herbaty,
czy grzańca ze szklanki, która nie ma nawet ucha, to ciekawe przeżycie. Z tego,
co pamiętam, zawsze tak tam było. Kilka osób pogratulowało Anulce wyniku, ale
jej skromność była ujmująca. Na scenie pojawili się bracia Bienieccy i szybko
zaprosili do siebie hardkorowców (aż 8 osób przebiegło w tym roku dodatkowy
odcinek z Ustrzyk do Wołosatego). Potem na podium wskoczyły 3 zwycięskie ekipy,
a po nich na podium została wywołana Anulka, która "ustanowiła rekord
świata kobiet". Dostała za to piękny rzeźnicki puchar i fajny plecak
turystyczny. Wszystko świetnie się udało. Wróciliśmy szybko do pensjonatu w
Komańczy, gdzie czekała na nas zamówiona wcześniej sałatka i herbata.
Położyliśmy się spać po jednym z najdłuższych i najcięższych dni naszego życia.
Po Rzeźniku
Organizm długo
dochodzi do siebie po takiej imprezie, jak Bieg Rzeźnika. Następnego dnia z
bólem wychodziliśmy z auta, a pierwsze kroki były pokraczne. W sobotę
pojechaliśmy do Gliwic. Ania mieszkała tu kiedyś, gdy pracowała dla Opla. Teraz
zamierzała sprzedać swoje byłe mieszkanie i musieliśmy sprzątnąć jego piwnicę.
Zatrzymaliśmy się na chwilę w McDonaldzie, żeby zjeść sałatkę. Oboje mieliśmy
na sobie koszulki z Biegu Rzeźnika, co zwróciło uwagę miejscowych. Nic
dziwnego, bracia Bienieccy pochodzą właśnie stąd i są tu znani. Żeby było
ciekawie, wychowali się właśnie na Osiedlu Kopernika, na którym Ania miała
mieszkanie. Jest to duży zbieg okoliczności.
Wieczorem
wróciliśmy do Bielska i odebraliśmy rodziców Ani, którzy wracali z wycieczki.
Kiedyś to rodzice odbierali nas z tego typu imprez, teraz role się odwróciły.
Noc spędziliśmy w Bielsku. Rano pojechaliśmy na lotnisko w Pyrzowicach, skąd
Ania miała bezpośredni lot do Turynu, a ja wróciłem do Warszawy samochodem z
moim przyszłym teściem.
Nogi bolały mnie
jeszcze lekko przez dwa dni, ale był to nawet przyjemny ból, dzięki któremu
wracałem do pięknych chwil, które przeżyliśmy w Bieszczadach...